ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 czerwca 11 (395) / 2020

Natalia Grabka,

UNHOLYWOOD (HOLLYWOOD)

A A A
W czołówce otwierającej każdy z odcinków „Hollywood” oglądamy grupę młodych bohaterów usiłujących wspiąć się na wysokie na czternaście metrów litery napisu „Hollywoodland” (w takiej wersji został on zaprojektowany przez Thomasa Fiska Goffa, pełniąc w latach 1923-1949 funkcję reklamy nieruchomości) znajdującego się na południowym zboczu góry Lee w Los Angeles. Ikoniczny znak, choć stał się symbolem american dream i do tej pory pojawił się już w wielu filmach, posiada także złą sławę. By przytoczyć tutaj jeden, ale znaczący dla nowej produkcji Ryana Murphy’ego i Iana Brennana przykład, z tego właśnie znaku amerykańskiej fabryki snów, a dokładnie z litery „H” we wrześniu 1932 roku skoczyła aktorka Peg Entwistle, mająca na swoim koncie kilka ról w brodwayowskich i filmowych produkcjach, ale to o tych drugich marzyła najbardziej. Prawdopodobnie w wyniku licznych niepowodzeń w Hollywood aktorka wpadła w depresję i po zrealizowaniu filmu „Trzynaście kobiet” (1932) popełniła samobójstwo. Historia tragicznej śmierci zaledwie 24-letniej kobiety, dla której amerykański sen zamienił się w koszmar, stała się główną osią fabuły drugiej już (po serialu „Wybory Peytona Hobarta”) produkcji zrealizowanej przez Ryana Murphy'ego dla platformy Netflix w ramach kontraktu sięgającego 300 milionów dolarów dla amerykańskiego reżysera i scenarzysty.

Wiodącym wątkiem jest tutaj bowiem próba realizacji przez wzorowane na wytwórni Universal Ace Studio i wspomnianych wcześniej bohaterów filmu nawiązującego do wydarzenia z 1932 roku. Co istotne, projekt w trakcie realizacji zmienia swój kształt – tytułową Peg ostatecznie zastępuje czarnoskóra kobieta o imieniu Meg, a by wydźwięk opowieści nie był nazbyt pesymistyczny dla czarnoskórej publiczności, także finalny skok zamieniono na „hollywoodzkie zakończenie” (taki tytuł nosi nawet ostatni z odcinków), w którym przekonana przez ukochanego bohaterka decyduje się przeżyć i schodzi ze znaku wprost w objęcia partnera. Nie tyle zatem Murphy i Brennan bezpośrednio opowiadają o losach Peg (a właściwie Meg), ale czynią to poprzez swoich bohaterów. I choć ta uwaga jest dość błaha i oczywista, to wydaje się kluczowa. Twórcy miniserialu wyraźnie sygnalizują swoim widzom, że dokonana na ekranie zmiana nawet autentycznej historii ma sens, jeśli jest wynikiem dobrych intencji. Jeden z bohaterów „Hollywood”, reżyser Raymond Ainsley (szczególnie przekonujący w tej roli Darren Criss), namawia producentów „Meg”, by wbrew powszechnemu rasizmowi (obecnemu szczególnie na Południu Stanów) tytułową rolę zagrała czarnoskóra kobieta, a ponieważ rola czarnoskórej bohaterki całkowicie zmienia wydźwięk zakończenia, producent Dick Samuels proponuje poprawki w scenariuszu filmu. Chcąc zachować konsekwencję, przekonuje reżysera i scenarzystę, by tytułowa Meg ku pokrzepieniu serc czarnoskórych, dorastających dziewczynek zwyciężyła, a więc przeżyła.

Za intencjami bohaterów-twórców filmu przemawiają ich własne doświadczenia związane z uczuciem wyobcowania i dyskryminacji oraz utożsamieniem się z mniejszością – debiutujący reżyser ma filipińskie korzenie, w związku z czym przedstawia się jako pół-Amerykanin, pół-Azjata; wschodzący scenarzysta to czarnoskóry Archie Coleman o homoseksualnej orientacji, czarnoskóra jest także główna bohaterka, Camille Washington, natomiast grający zaledwie epizod, ale będący u progu własnej kariery (w co trudno uwierzyć po obejrzeniu „Hollywood”) Rock Hudson to w miniserialu partner Archiego. Projekt nadzorują natomiast skrywający własną orientację seksualną Dick Samuels oraz Avis Amberg – żona właściciela wytwórni, który na skutek ataku serca ląduje w szpitalu. Co tu dużo mówić? Grono outsiderów Murphy’ego i Brennana tworzących zgraną paczkę, w której każdy jest „inny” )w znaczeniu „wyjątkowy”) oczywiście przywodzi na myśl telewizyjny debiut tego duetu twórców – „Glee” (2009-2015).

Ponadto bohater, którego losy śledzimy od pierwszego odcinka miniserialu, Jack Castello – weteran wojenny, który po powrocie ze służby, jak wielu innych młodych żołnierzy postanawia spróbować swojego szczęścia w branży filmowej – swoją historią, wrażliwością i dylematami, z jakimi musi się mierzyć, przeżywając każdy swój dzień na granicy snu i jawy, przypomina Willa Schuestera. To wprost przepisana opowieść o nauczycielu i opiekunie chóru New Directions. Odrywanie się od ziemi (i pragnącej założenia rodziny żony) oraz gonienie za marzeniami to jednak jedyne punkty wspólne dwojga bohaterów. David Corenswet niestety nie jest ani trochę tak przekonujący jak Matthew Morrison. Trudno bowiem porównywać ewolucję i psychologiczną głębię tych dwóch bohaterów – o ile postać Willa jest przez twórców skrupulatnie budowana przez kilka dobrych sezonów, Jack towarzyszy nam przez zaledwie siedem odcinków. I to wydaje się poważnym zarzutem wobec twórców. Nie – rzecz jasna – fakt, że tym razem Murphy i Brennan stworzyli krótszą formę (formuła miniserialu w ostatnich latach sprawdza się przecież doskonale), ale to, że chcą oni opowiedzieć za dużo w tak krótkim czasie, przez co „Hollywood” wypada nijako i trudno z autentycznym zaangażowaniem śledzić losy tak lubianych przez fanów twórców „Glee” outsiderów – tym razem pozbawionych psychologicznej głębi, prezentujących się niczym z naklejonymi na czoło karteczkami opisującymi powód ich społecznego wykluczenia.

Największym jednak zarzutem ze strony krytyków jest stosunek twórców do prawdy. Już przy okazji rewelacyjnego zresztą „Konfliktu: Bette i Joan” mogliśmy przekonać się, że to nie na prawdzie zależy Murphy’emu. Do tego stopnia, że jedyna z żyjących autentycznych postaci obecnych w miniserialu (początkowo miał to być serial, ale twórcom ostatecznie zabrakło pomysłu na drugi sezon), Olivia de Havilland grana przez Catherine Zetę-Jones, wniosła pozew przeciwko twórcy, posądzając go o zniesławienie polegające na przeinaczeniu faktów i wkładanie w usta kobiety zmyślonych słów. Przegrany Murphy miał potwierdzić, że rzeczywiście nigdy nie kontaktował się z de Havilland w sprawie ustalenia faktów, ponieważ mogłoby to zostać odebrane jako obraźliwe, ponadto nie chciał jej przeszkadzać w wolnym czasie (zob. Kostrzewa 2017). Wielu krytyków, w tym m.in. Tomasz Raczek, którego, jak twierdzi, wiele łączy z twórcami „Hollywood”, wyraża obawę względem przedstawiania przez Murphy’ego historii autentycznych postaci. Niezależnie jednak od podejścia odbiorców względem tej kwestii niewątpliwie najbardziej zaskakuje portret Rocka Hudsona w wydaniu Murphy’ego i Brennana. Nie tylko nie zgadza się to, że amerykański aktor jeszcze u progu kariery ujawnił własną orientację seksualną, wszak uczynił to dopiero pod koniec życia, walcząc z pokonującym go AIDS (choć nie uważam, żeby wykreowanie w serialu wcześniejszego „wyjścia z szafy” Rocka Hudsona była akurat czymś złym czy szkodliwym). Większym problemem jest „głupkowatość” bohatera, która sprawia, że widz z zażenowaniem łapie się za głowę i zastanawia, jak ktoś taki mógł zrobić karierę w Fabryce Snów. To jednak jest przecież część słodko-gorzkiego przekazu twórców – Hollywood zdobywa się może i przez łóżko, ale w ostatecznym rozrachunku wszyscy „żyją długo i szczęśliwie”.

Pomimo tych zarzutów warto przywrócić uwagę ikonom amerykańskiego kina lat 40., oczywiście tym, które w tamtym czasie mierzyły się z odrzuceniem i dyskryminacją. Nie tylko Rockowi Hudsonowi („Olbrzym”, „Wszystko na co niebo pozwala”), ale i Annie May Wong (Michelle Krusiec) – pierwszej gwieździe azjatyckiego pochodzenia, znanej przede wszystkim ze „Złodzieja z Bagdadu” Raoula Walsha z Douglasem Fairbanksem w roli głównej czy filmu „Szanghaj Ekspres” Josefa von Sternberga, gdzie wystąpiła u boku Marleny Dietrich. Równie przełomową rolę w historii Hollywood odegrała Hattie McDaniel (Queen Latifah), która za rolę służącej w „Przeminęło z wiatrem” jako pierwsza czarnoskóra kobieta otrzymała statuetkę Oscara. W całkowicie innym świetle został przedstawiony słynny agent gwiazd, zgorzkniały i sfrustrowany Henry Wilson (jedyny w swoim rodzaju Jim Parsons), który odegrał kluczową rolę w rozwoju kariery m.in. Lany Turner. W krzywym zwierciadle fabryki snów odbija się natomiast postać Ernie’ego (najprawdopodobniej najmniej znana widzom) i jego „Dreamland”, czyli stacja benzynowa, gdzie wzorowani na filmowych amantach młodzieńcy bynajmniej nie są od napełniania baków, a przynajmniej nie tylko. W ujęciu twórców miniserialu te dwa przybytki wbrew pozorom łączy wiele podobieństw.

Choć akcja miniserialu jest tak błyskawiczna jak kariera młodych marzycieli i wiele można wytknąć twórcom, w ich produkcji trudno nie dostrzec przebłysków aktorskich talentów. Do grono tych najjaśniejszych, którzy jak tylko mogą ratują odgrywane przez siebie postaci, należy zaliczyć Patti LuPone, wcielającą się w rolę Avis Amberg, Darrena Crissa (co akurat nie powinno dziwić fanów „Glee” czy „American Crime Story: Zabójstwo Versace”), oczywiście Jima Parsonsa, Dylana McDermotta czy Holland Taylor. Koniec końców, „Hollywood” Ryana Murphy’ego i Ianna Brennana z pewnością nie jest serialowym Charlesem Bukowskim, a może i jest, ale ukryta pod tak grubą warstwą lukru, że trudno to dostrzec. Trzeba jednak przyznać, że finałowa gala oscarowa (a przynajmniej jej fragment) okazuje się jedną z najbardziej satysfakcjonujących w historii i w tym momencie można nawet z małym zawstydzeniem sięgnąć po chusteczkę.

LITERATURA:

D. Kostrzewa: „Gwiazda Konfliktu: Bette i Joan oskarża jego twórców” [2017]. https://www.filmweb.pl/news/Gwiazda+%22Konfliktu%3A+Bette+i+Joan%22+oskar%C5%BCa+jego+tw%C3%B3rc%C3%B3w-123856.
„Hollywood”. Reżyseria: Ryan Murphy, Janet Mock, Michael Uppendahl, Daniel Minahan, Jessica Yu. Scenariusz: Ryan Murphy, Ian Brennan, Janet Mock, Reilly Smith. Obsada: Darren Criss, David Corenswet, Jeremy Pope, Laura Harrier, Dylan McDermott, Holland Taylor, Patti LuPone, Jim Parsons i in. Stany Zjednoczone 2020, Netflix.