ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (397) / 2020

Jan Zając,

KOMU WOLNO MIEĆ DEPRESJĘ? (MICHAŁ TABACZYŃSKI: 'POKOLENIE WYŻU DEPRESYJNEGO')

A A A
„Pokolenie wyżu depresyjnego” to opublikowany przez Korporację Ha!art esej literacki autorstwa Michała Tabaczyńskiego. Zgodnie z tym genologicznym określnikiem książka stanowi próbę opisania doświadczeń życiowych pewnej grupy społecznej, próbę nakreślenia biografii pokolenia polskich czterdziestolatków zmagających się z depresją (proszę o przyjęcie tego zdania z pewnym dystansem, to wstępne i porządkujące określenie zakresu tematycznego tekstu Tabaczyńskiego należy potraktować jako zupełnie robocze, nie jest bowiem do końca jasne, jaką grupę społeczną autor opisuje). Druga z przywołanych tu kategorii genologicznych – biografia – jest pojęciem dla autora na tyle ważnym, że znajduje drogę aż do podtytułu książki; nieobecna jest co prawda na okładce, ale widoczna w tej roli na karcie tytułowej. Ma więc czytelnik do czynienia z biografią pokolenia – od początku uwidocznione jest napięcie pomiędzy kategoriami indywidualnymi („biografia”), a społecznymi („pokolenie”) i to napięcie pomiędzy „ja” i „my” wyznaczać będzie ukrytą dynamikę całego eseju. Używam słowa „ukrytą”, ponieważ „ja” jest w „Pokoleniu wyżu depresyjnego” nieobecne. Tabaczyński obficie stosuje gramatyczną pierwszą osobę, ale jest to zawsze pierwsza osoba liczby mnogiej. To z perspektywy „my” autor opisuje doświadczenia, które mają wyróżniać pokolenie wyżu depresyjnego na tle innych pokoleń i innych grup społecznych. „My” jest jednak zawsze bardzo kłopotliwą kategorią, potrafi być zaborcze i zawłaszczające albo przeciwnie – wykluczające i dystansujące, bywa za szerokie lub za wąskie. Spróbuję więc zrekonstruować, kogo obejmować ma „my” Tabaczyńskiego.

Poza elementami ściśle związanymi z doświadczeniem depresji (leki, ich przyjmowanie i ich efekty uboczne, gabinety psychologiczne, psychoterapeutyczne, psychiatryczne; chcę podkreślić, że już tu pojawia się problem – czy oznacza to, że cierpiąca na depresją osoba nieposiadająca dostępu do opieki medycznej nie należy do tytułowej grupy?), cechy pokolenia wyżu depresyjnego obejmują między innymi:

Posiadanie dzieci i schorowanych seniorów – są to informacje faktycznie o charakterze generacyjnym, wskazujące, że mowa o pokoleniu, plus minus, czterdziestolatków.

Ateizm lub agnostycyzm – nie bardzo jest dla mnie jasne, dlaczego ta akurat cecha ma wyróżniać przedstawicieli opisywanej przez Tabaczyńskiego generacji, stanowi ona jednak istotną granicę, pozwalającą mu na odróżnienie jego pokolenia od pokoleń młodszych. Tabaczyński wykazuje spory dystans względem tychże, podkreślając nie tylko to, że porwał ich „konserwatywny nurt ulicznej mody patriotyczno-religijnej” (s. 23), ale też – z problemów z religią niezwiązanych – że pstrykają, pardon le mot, selfie (eseista, oczywiście z dużą ogładą, pisze zamiast tego „o manii autoportretów”), podczas gdy przedstawiciele „pokolenia wyżu depresyjnego” wolą robić bardziej artystyczne fotografie (s. 132).

Posiadają niedającą satysfakcji pracę o quasi-niewolniczym charakterze (a dotyczy to większości zawodów w późnokapitalistycznej gospodarce) – Tabaczyński używa określenia „galernicy biur i fabryk” (s. 159). Pierwsza osoba liczby mnogiej obejmuje tu grupę najszerszą, a w każdym razie najbardziej zróżnicowaną – przytoczona przez eseistę enumeracja jest może krótka, ale o dość sporym rozrzucie: „akwizytor środków chemii domowej, tłumacz techniczny w międzynarodowej korporacji, wyżarzacz w elektrociepłowni, lekarz stażysta” (s. 160). Rozdział poświęcony pracy jest w eseju Tabaczyńskiego, jak sądzę, jednym z najlepszych, szczególnie warto zwrócić uwagę na literacki kolaż złożony z fragmentów coachingowego artykułu i wyimków z różnych powieści produkcyjnych. Metodą tekstowego kolażu posługuje się zresztą Tabaczyński bardzo sprawnie, widowiskowo opowiadając własną, nie, przepraszam, „pokolenia”, historię z wykorzystaniem skrawów powieści, wierszy, esejów naukowych, elementów graficznych i literackich apokryfów.

Jazda samochodem – Tabaczyński argumentuje, że istnieje głęboki związek pomiędzy „automobilizmem” a depresją. Samochód osobowy izoluje i alienuje, stanie w korku w drodze do niewolniczej (jw.) pracy jest zaś doświadczeniem głęboko traumatycznym. Zgoda, jest; swoje tezy eseista popiera zresztą przekonującymi argumentami. Wprowadza jednak tym samym kolejną dystynkcję – nie posiadając samochodu nie jest się może wolnym od ryzyka depresji, ale nie jest się też na pewno częścią pokolenia wyżu depresyjnego.

Mieszkanie w mieście – jak argumentuje Tabaczyński na wsi nie ma depresji, a melancholików ma „tylko miasto; czy ktoś potrafi wyobrazić sobie melancholijnego siewcę wychodzącego o świcie w pole? depresyjnego rolnika na traktorze furczącego gdzieś w oddali pod lasem? czy zaduch chlewu po ciepłej nocy może nastrajać melancholijnie? czy takie też bywa zbijanie ogrodzeń na pastwiskach – trawa jest mokra od rosy, a poranne słońce pokazuje swoje promienne oblicze? czy melancholijne bywa szukanie jajek za stodołą? Nic z tego. Wyłącznie miasto ma w sobie ten potencjał melancholii – nawet jeżeli nie jest tak naprawdę, to tak właśnie wymyśliliśmy i w to uwierzyliśmy, czyli że tak jest naprawdę” (s. 203-204).

Czytanie książek – esej Tabaczyńskiego pełen jest erudycyjnych odniesień i wnikliwych analiz rozmaitych utworów literackich (mógłbym szczerze chwalić autora za ten aspekt jego książki, nie jest to jednak zasadniczy temat mojego komentarza). Pełen jest również sugestii, że znajomość europejskich i amerykańskich „klasyków” literatury depresyjnej jest stałą cechą przedstawiciela „pokolenia wyżu depresyjnego”.

Pisanie – tak, właśnie pisanie. I to na wyjątkowo głębokim poziomie, nie chodzi bowiem po prostu o to, że przedstawiciele prezentowanej generacji są wyjątkowo skłonni to uprawiania tego zajęcia, ale że istnieje głęboki związek pomiędzy pismem jako takim, a depresją – również jako taką. Istotowo.

Wyjątkowo silnie objawia się tu wspomniany wcześniej problem. Portret psychologiczny przedstawiciela pokolenia wyżu depresyjnego wskazuje na osobę z inteligenckiej klasy średniej, pochodzącą z jednego z dużych ośrodków miejskich. Tabaczyński podkreśla, że diagnoza depresji, której poświęca swoją książkę, jest „diagnozą nowoczesnego, zachodniego społeczeństwa dobrobytu, pierwszego świata z jego specyficznymi problemami, czyli także: naszą diagnozą” (s. 71-72). Pomijając wątpliwość, czy mówiąc o Polsce faktycznie można mówić o „zachodnim społeczeństwie dobrobytu”, sądzę, że warto zadać pytanie – co właściwie oznaczają tak zakreślone linie przedstawianego przez autora socjologicznego zarysu? Spostrzeżenie, że depresja, podobnie jak inne problemy psychiczne, może mieć społeczne podłoże i że systemowe patologie współczesnego świata negatywnie wpływają na zdrowie psychiczne, jest, rzecz jasna, spostrzeżeniem trafnym, celnym i cennym. I miejscami, jak na przykład w rozdziałach poświęconych pracy, Tabaczyński sugeruje, że właśnie o tym problemie opowiada. Miejscami „my” przywoływane przez eseistę zdaje się faktycznie obejmować wszystkich tych, którzy pod naporem coraz bardziej toksycznych czynników środowiskowych podupadają na zdrowiu psychicznym. Częściej jednak okazuje się, że chodzi o grupę węższą – o osoby mieszkające w odpowiednich miejscach, posiadające odpowiednie zainteresowania, a być może również wykształcenie, zmotoryzowanych, czytających odpowiednie teksty.

Pozostaje jeszcze wątek pisania. Muszę tu powiedzieć jasno i wyraźnie – depresja w żaden szczególny sposób nie jest związana z pisaniem – ani z czytaniem, mieszkaniem na wsi lub w mieście, jeżdżeniem samochodem lub autobusem, wykształceniem itd.; o pisanie konkretnie tu jednak chodzi, na „bezlitosne sprzężenie depresji z pisaniem” (s. 283). Tabaczyński powołuje się wielokrotnie, dlatego podkreślam ten wątek. Pisarze i pisarki, którzy cierpią na depresję, mają co najwyżej możliwość wyartykułowania swojego doświadczenia w taki sposób, że staje się ono publicznie jawne. Depresja ani nie zamienia nikogo w magiczny sposób w pisarza, ani nie jest warunkiem koniecznym do podjęcia się tej formy aktywności twórczej. Na pewno wpływa na to, w jaki sposób się pisze, to jednak wszystko. Całe rzesze ludzi – jakby to ujął Tabaczyński, „są nas miliony, jest nas legion” (s. 288) – nie miały nigdy możliwości, okazji, warunków albo chęci, żeby wyrazić swoje depresyjne doświadczenie na piśmie, w formie literackiej czy jakiejkolwiek innej (by uzasadnić ryzykowne logicznie powiązanie pomiędzy depresją a pisarską aktywnością twórczą, przywołuje Tabaczyński dzienniczki, do których pisania zachęca się czasem pacjentów depresyjnych. To oczywiste nadużycie – jak już wspominałem, nie wszystkie osoby z depresją mają dostęp do pomocy medycznej, a nawet spośród tych, którzy mają, nie wszystkim zaleca się akurat to narzędzie terapeutyczne).

Na czwartej stronie okładki pojawia się reklamujący książkę tekst: „rozkręca się depresyjny wyż, przybiera jego fala. Oto obraz cywilizacji, która w szaleńczym tempie produkuje kolejnych pacjentów – zdiagnozowanych i nie. Ta frywolnie smutna książka jest o nich. O was? O nas wszystkich?”. Otóż nie. A w każdym razie – nie całkiem. Faktycznie, depresyjny wyż rozkręca się i ogarnia coraz szersze obszary społeczeństwa, zmagające się z kapitalistycznym wyzyskiem, bezsensownością coraz większej części wykonywanej pracy (bezsensownością świetnie opisaną przez Davida Graebera), z niestabilnością społecznych instytucji i z widmem katastrofy klimatycznej. Nie o tym jest jednak ta książka. Nie o nas wszystkich. I jej autor bardzo wyraźnie to podkreśla, mieszając diagnozy o charakterze ogólnospołecznym z dystynkcjami klasowymi (w większym) i generacyjnymi (w mniejszym stopniu). „My” Tabaczyńskiego fluktuuje, przetacza się po populacji cierpiących na depresję, raz po raz zagarniając i wyrzucając różne osoby. Czasami faktycznie zdaje się dotyczyć polskich czterdziestolatków zmagających się z depresją, czasami – tylko niektórych z przedstawicieli tej grupy, czasami zaś – potencjalnie całego społeczeństwa.

Jeżeli jednak ta – miejscami wręcz nieprzyzwoita – niestabilność „my”, na którym pracuje w swoim tekście Tabaczyński, wydaje się niepokojąca i odrzucająca, to jest tak dlatego, że to nie pierwsza osoba liczby mnogiej jest właściwą osobą tego tekstu. Eseista, zanim w ostatnich słowach tekstu nazwie swoją książkę „łże-biografią” (s. 315), w końcowym rozdziale zrzuca tę odpychającą maskę. Nie jest to jednak pełne ujawnienie – pierwsza osoba liczby mnogiej zastąpiona zostaje przez trzecią osobę liczby pojedynczej. Pierwsza osoba liczby pojedynczej przebija się, owszem, ale jest podwójnie ukryta, wciąż jeszcze zawoalowana: „Statystyczny przedstawiciel depresyjnej generacji kładzie się spać późno (tak, tak, za jakiś czas będzie mógł to wspominać: «przez jakiś czas kładłem się spać późno»). Dokładnie nawet powiedzieć trzeba: kładzie się do łóżka. Od snu dzieli go jeszcze generacyjny snobizm i osobisty nawyk – czytanie” (s. 310). „Ja” w tekście Tabaczyńskiego nie objawia się nigdy w pełni, kiedy już odrzuci uwierającą je formę „my”, dalej ukrywa się za poręcznym „on”. A mimo to, to właśnie ono jest głównym bohaterem eseju. „Pokolenie wyżu depresyjnego” nie jest bowiem książką o żadnym pokoleniu, nie jest żadną społeczną diagnozą i jeżeli czyta się je jako taką, znaleźć można tylko piętrzący się absurd. Jest natomiast opowieścią o depresyjnym podmiocie i – tu otwiera się pole do interpretacji – o nieudanych próbach odnalezienia i zrozumienia siebie, o niespełnionym pragnieniu wspólnoty i przynależności, o napięciu pomiędzy jednostką a społeczeństwem; możliwości jest wiele, a ja nie mam zamiaru wykonywać za czytelników i czytelniczki całej pracy. Co jednak, jak sądzę, najistotniejsze, dopiero czytany w ten sposób – jako naznaczone depersonalizacją świadectwo komunikacyjnych i tożsamościowych porażek depresyjnego podmiotu – esej Tabaczyńskiego okazuje się bardzo dobrą książką.
Michał Tabaczyński: „Pokolenie wyżu depresyjnego. Biografia”. Korporacja Ha!art. Warszawa 2019.