ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (398) / 2020

Patryk Szaj,

PO CIENKIM LODZIE (DAHR JAMAIL: 'KONIEC LODU. JAK ODNALEŹĆ SENS W BYCIU ŚWIADKIEM KATASTROFY KLIMATYCZNEJ')

A A A
20 czerwca 2020 roku w Wierchojańsku odnotowano rekordową temperaturę 38 stopni Celsjusza. Za kołem podbiegunowym nigdy w historii (ludzkiej) nie było goręcej. Upał w Arktyce, wciąż traktowany jako anomalia, tak naprawdę staje się nową normalnością. Powtarza się regularnie od kilku lat, a w tym roku utrzymuje się już od początku maja. Copernicus Climate Change Service poinformowało niedawno, że średnia temperatura w maju w zachodniej części Syberii przekraczała normy o 10 stopni Celsjusza. Incydentalnie robi się tam 15-20 stopni cieplej, niż powinno być o tej porze roku.

Ocieplenie Arktyki następuje (co najmniej) dwa razy szybciej niż wzrost temperatury na umiarkowanych szerokościach geograficznych. Dzieje się tak między innymi z powodu wciąż zmniejszającego się albedo – stosunku ilości promieniowania słonecznego, które zostaje odbite, do promieniowania, które pada. To właśnie za kołem podbiegunowym jak nigdzie indziej widać działanie dodatnich sprzężeń zwrotnych destabilizujących klimat Ziemi: im mniej białego lodu, tym więcej energii słonecznej zostaje pochłonięte (a nie odbite), im więcej energii słonecznej zostaje pochłonięte, tym bardziej Ziemia się nagrzewa, im bardziej Ziemia się nagrzewa, tym więcej lodu się topi, prowadząc do jeszcze większego ocieplenia. Tak działa Ice–Albedo Feedback Mechanism.

Mając w pamięci te informacje, sięgnąłem po książkę znanego amerykańskiego dziennikarza Dahra Jamaila „Koniec lodu. Jak odnaleźć sens w byciu świadkiem katastrofy klimatycznej” w przekładzie Aleksandry Paszkowskiej. Powiedzieć, że potwierdza ona obawy, to nie powiedzieć nic. Trudno nawet stwierdzić, że Jamail bije na alarm – to już nie tyle ostatnie ostrzeżenie, ile requiem. Autor nie tylko stwierdza, że stąpamy po cienkim lodzie, ale i antycypuje sytuację, gdy – całkiem dosłownie – będzie już po cienkim lodzie.

„Koniec lodu” ma w sobie coś z Hitchcocka: zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie tylko rośnie. Trzęsieniem ziemi jest opisywane we wstępie otarcie się autora o śmierć, gdy załamał się pod nim most śnieżny łączący dwie szczeliny lodowca Matanuska w Alasce, wskutek czego Jamail runął w przepaść głębokiej historii, docierając do warstw lodu powstałych, zanim na Ziemi pojawili się neandertalczycy. Dziennikarz przeżył tylko dlatego, że partner zdołał go wyłapać. Rosnące napięcie wiąże się natomiast z czymś, co ktoś obdarzony wisielczym poczuciem humoru (specjalność klimatologów) mógłby określić następująco: niedługo nikt już nie zdoła ponieść takiej śmierci, ponieważ nie będzie do tego warunków – wszystkie lodowce Ziemi stopnieją.

Światowy bilans masy lądolodów i lodowców jest od lat ujemny – to suche stwierdzenie nie wywołuje w nas większych emocji. Na wyobraźnię działa już jednak zdanie: „Dziecko, które urodzi się teraz, za swego życia zobaczy Mount Everest bez lodowców” (s. 15), a gdy uświadomimy sobie, że brak lodu to brak wody pitnej dla miliardów ludzi i nie-ludzi, zalanie przez morza wybrzeży zamieszkanych przez 30% całej ludności świata, radykalne ocieplenie oceanów oznaczające eksterminację większości istot żywych, a także – gdyby było nam mało – uwolnienie do atmosfery niewyobrażalnych ilości metanu znajdujących się pod (nie tak znowu) wieczną zmarzliną, może nas zmrozić. Dodajmy do tego zwiększoną częstotliwość ekstremalnych zjawisk pogodowych i zaburzenie cyrkulacji termohalinowej, a przekonamy się, że nie ma najmniejszej przesady ani w powiedzeniu „co dzieje się w Arktyce, nie zostaje w Arktyce” (s. 240), ani w stanie emocjonalnym burmistrza zagrożonego zalaniem South Miami, określanym przez niego samego jako mindfuck (s. 151).

Napisałbym, że autor „Końca lodu” tropi sygnały katastrofy, ale byłoby to przekłamanie. Dowody na wydarzający się koniec świata (jaki znamy) dosłownie bowiem same wpadają mu w ręce. Podróż z dziennikarzem rozpoczynamy od położonego w Alasce masywu Denali – najwyższej góry Ameryki Północnej. Jamail staje się naocznym obserwatorem tego, jak odpadają od niej bloki lodu, odsłaniając nagie skały, jak z roku na rok cofają się czoła lodowców i jak wciąż skraca się sezon zimowy (gdy, teoretycznie, zapasy śniegu i lodu powinny się odbudowywać), a wydłuża okres letni (gdy na skutek wysokich temperatur śniegu i lodu ubywa). To samo, jak się dowiadujemy, dzieje się w całej Alasce, w Parku Narodowym Glacier, a w istocie – w każdym rejonie świata.

Tym, co szczególnie przeraża, jest tempo zmian: większość lodu poza biegunami, który istniał tysiące lat, najpewniej stopi się do końca XXI wieku, i to nawet gdybyśmy już dziś przestali pompować do atmosfery wszystkie gazy cieplarniane (w razie gdyby ktoś zapomniał: tempo ich emisji wciąż rośnie). To dlatego Dan Fagre, dyrektor Mountain Ecosystem Project, który wie, co mówi, stwierdza w rozmowie z Jamailem: „To jest wybuch, nuklearny wybuch zmiany geologicznej (…). Jest nietypowy, niewiarygodnie szybki i przekracza możliwości normalnej adaptacji. Wrzuciliśmy szósty bieg i zdjęliśmy ręce z kierownicy” (s. 53).

Dlaczego w ogóle powinniśmy przejmować się losem lodu? W lodowcach zmagazynowane jest 69 procent całej słodkiej wody na świecie potrzebnej każdemu z mieszkańców Ziemi: ludziom, zwierzętom nie-ludzkim i roślinom. Boliwia, Peru, Turcja, Szwajcaria, Stany Zjednoczone – to tylko kilka krajów uzależnionych od owych zbiorników. Bez nich obywatelom tych państw grozi coś znacznie gorszego niż droga żywność. Czeka ich los uchodźców klimatycznych, prawdopodobnie i tak lepszy niż los wielu nie-ludzi, którzy zostaną skazani na zagładę (to zresztą już się dzieje: w związku z topnieniem wiecznej zmarzliny mieszańców alaskańskiego Newtok relokuje się do nowo utworzonej wioski Mertarvik – Lisocka-Jaegermann 2020). „Lodowce cenniejsze niż złoto!” – chciałoby się zakrzyknąć, gdyby nie fakt, że ów slogan wyprzedziła rzeczywistość: w 2019 roku Sąd Najwyższy w Argentynie wydał wyrok zakazujący dalszego wydobywania złota w Andach. Niestety, wciąż jest on bezprecedensowy. W innych miejscach siły globalnego kapitalizmu nadal robią wszystko, by wycisnąć lodowce do ostatniej kropli.

Cieplejsza planeta to oczywiście również cieplejsze oceany, pochłaniające ponad 90 procent nadmiaru gazów cieplarnianych i, jak pisze autor, płacące za to wysoką cenę. Tempo ich ocieplania i zakwaszania jest przy tym tak błyskawiczne – nie tylko w skali ewolucyjnej, ale i w skali pojedynczego życia – że znaczna część zamieszkujących ten największy ekosystem ziemski gatunków na pewno wymrze. Proces ów już zresztą postępuje, co Jamail śledzi, obserwując blaknięcie raf koralowych – domu około 25 procent wszystkich istot żyjących w oceanach (szacuje się, że ekosystemy raf dorównują pod względem bioróżnorodności lasom deszczowym). Życie po prostu nie nadąża za ociepleniem: epizody blaknięcia zdarzają się już tak często, że koralowce nie mają szans na regenerację. Wedle ostrożnych (!) szacunków wymrą one do 2050 roku.

I znów: dlaczego się tym przejmować? Jeśli kogoś nie martwi los istot współzamieszkujących naszą planetę, powinien zmartwić go los jego bliskich i jego własny. Z oceanów pochodzi około 17 procent białka spożywanego przez ludzi, ale to jeszcze nic. Odgrywają one także niezwykle istotną rolę w pochłanianiu nadmiaru CO2, jednak ich zakwaszenie sprawia, że radzą sobie z tym zadaniem coraz gorzej. Trzeba sobie uzmysłowić, co to oznacza, choć może się od tego zakręcić w głowie: zakwaszenie jest dziś większe niż kiedykolwiek na przestrzeni ostatnich 300 milionów lat (zob. Bińczyk 2018: 91-92).

Nie mniejszy problem stanowi wzrost poziomu mórz, który według (najpewniej znacznie zaniżonych) prognoz IPCC wyniesie minimum jeden metr do 2100 roku. To na pozór niewiele, ale już to „niewiele” spowoduje choćby konieczność przesiedlenia co najmniej 30 milionów ludzi w samym Bangladeszu. Nie trzeba chyba dodawać, że nikt nie będzie się wówczas przejmował zamieszkującymi te same rejony zwierzętami. Nie są to kasandryczne przepowiednie, ale coś, co na pewno nastąpi (przy czym warto pamiętać, że niektóre modele przewidują podniesienie poziomu mórz o co najmniej kilka metrów). W tym kontekście Jamail przywołuje słowa Johna Holdrena, doradcy naukowego Baracka Obamy: „(…) będziemy musieli odpowiedzieć na wzrost poziomu mórz mieszanką minimalizacji strat, adaptacji i cierpienia. Do ustalenia są jeszcze proporcje” (s. 153). A skoro o proporcjach mowa… autor przypomina, że już dziś na granicy indyjsko-bangladeskiej stoi ogrodzenie przeciwko uchodźcom klimatycznym, strzeżone przez 80 tysięcy żołnierzy.

Jamail przenosi się także na ląd, by przyjrzeć się „losowi lasów”. I tu powtarza się znana historia: zmiany dzieją się za szybko, by drzewa zdążyły dostosować się do nich ewolucyjnie. Pożary, susze, deforestacja – wszystko to sprawia, że już za kilka dekad lasy nie tylko stracą zdolność do sekwestracji CO2, ale wręcz zaczną dokładać do globalnych emisji… o ile do tego czasu przetrwają. Wiele danych wskazuje bowiem na to, że na całym świecie znajdują się one w stanie agonalnym. Dotyczy to także lasów deszczowych, swoistych laboratoriów bioróżnorodności, trawionych coraz gorszymi pożarami i coraz większą wycinką pod monokulturowe uprawy soi czy oleju palmowego.

I wreszcie: metan – gaz o znacznie większym potencjale cieplarnianym niż dwutlenek węgla, zdolny uwięzić w atmosferze nawet 100 razy więcej ciepła w ciągu 5 lat (a około 25 razy więcej – w perspektywie 100 lat). Zmagazynowany od tysiącleci w wiecznej zmarzlinie, wraz z jej topnieniem zostaje uwolniony do atmosfery. Sytuacja ta do złudzenia przypomina paleoceńsko-eoceńskie maksimum termiczne sprzed 55 milionów lat, które podniosło globalną temperaturę o 5-6 stopni Celsjusza w ciągu kilkunastu tysiącleci. Porównuje się ją także do wymierania permskiego sprzed 252 milionów lat. „Subtelna” różnica jest taka, że trwające obecnie ocieplenie i wymieranie dzieją się o wiele szybciej, a metan z wiecznej zmarzliny tylko je przyspieszy. Co gorsza, hydraty metanu znajdują się także na dnie arktycznych mórz i także z nich – na skutek ocieplenia – zaczynają się wydostawać. Aż chciałoby się zapytać: are we fucked?

Yes, I’m afraid – słyszę w głowie odpowiedź Jamaila i nie umiem nie docenić jego uczciwości: zarówno wobec czytelnika/czytelniczki, jak i wobec samego siebie. Może to wyglądać na szkodliwy defetyzm, ale autor czyni wiele, by pokazać, że czas na zatrzymanie zmian tak naprawdę minął już dawno temu. Przy okazji krytykuje takie instytucje jak IPCC czy NOAA, które z powodów polityczno-ekonomicznych zachowawczo zaniżają swe prognozy środowiskowo-klimatyczne, wprowadzając opinię publiczną w błąd. W przeciwieństwie do tych organów bez ogródek stwierdza: „Myślałem o tym, że to koniec, że już za późno, że wszelka prawdziwa walka o to, by to zatrzymać czy nawet załagodzić, już dawno powinna była się zacząć, i że to, co robimy, wydaje się bezsensowne” (s. 243). Jest w tym pewien heroizm rezygnacji, ale jest i trzeźwość oceny. Nie chodzi tylko o to, że być może dokonał się już „zwrot systemowy” warunków planetarnych, którego nie da się odwrócić (zob. np. Hamilton 2017), ale i o strukturalną niezdolność istniejącego paradygmatu ekonomiczno-politycznego do zaradzenia kryzysowi klimatycznemu.

Kapitalizm wydaje się Jamailowi cierpieć (obok wielu innych chorób) na przewlekły dysonans poznawczy. Nie ma w tej diagnozie nic odkrywczego, ale przywoływane przez autora przykłady beztroski, bezmyślności czy zaklinania rzeczywistości i tak uderzają. Jasno wskazują one na założycielski irracjonalizm, na jakim zasadza się racjonalność kapitalistyczna (zob. np. Altvater 2016). Dzika komercjalizacja turystyki wokół topniejącego w szybkim tempie lodowca Matanuska czy wokół umierającej Wielkiej Rafy Barierowej, boom budowlany w Miami, które prawie na pewno zostanie zalane w ciągu najbliższych dziesięcioleci, postępujące wylesianie ignorujące pomocną rolę drzew w wyłapywaniu emisji CO2, apetyt korporacji paliwowych na złoża ropy znajdujące się w Arktyce, odwołanie przez administrację Donalda Trumpa Denali Comission zajmującej się adaptacją Alaski do zmian klimatu – to tylko kilka dowodów na to, że staliśmy się niewolnikami międzynarodowych firm, trafnie nazywanych przez Stefana Libertiego „przedsiębiorstwami-szarańczami” (Liberti 2019), oraz chodzących na ich pasku słabych państw. Na smutną ironię zakrawa fakt, że świat zmaga się również z plagą prawdziwych szarańczy, obejmującą aktualnie aż trzy kontynenty: Afrykę, Azję i Amerykę Południową.

Jak to zgrabnie ujmuje Jamail, „impreza już skończona, (…) a mimo to alkohol się leje, wszystkie pary tańczą, a konta bankowe deweloperów, lobbystów i współpracujących z nimi polityków puchną w rekordowym tempie” (s. 132). Słowem: problemem nie są emisje CO2 jako takie, ale istnienie całego systemu, z którym ani ekonomiści, ani politycy, ani przyzwyczajeni do luksusu obywatele globalnej Północy, ani aspirujący do niego mieszkańcy globalnego Południa nie chcą się pożegnać. Co więcej, także takie ruchy jak Extinction Rebellion czy młodzieżowe strajki klimatyczne tkwią zdaniem Jamaila w samooszustwie, wierząc, że można jeszcze powstrzymać kryzys, który trwa już w najlepsze.

Jak zatem odnaleźć sens w byciu świadkiem katastrofy klimatycznej? Nieco tautologicznie można by powiedzieć, że dla autora „Końca lodu” sens mieści się w samym świadczeniu, w zobowiązaniu, że zostanie się z Ziemią do końca, cokolwiek by się nie działo, w zaangażowaniu w pracę, która najprawdopodobniej niczego nie zmieni. Zaryzykowałbym tezę, że Jamailowi chodzi po części o ocalenie honoru ludzkości. Brzmi to wzniośle, ale i „Koniec lodu” pełen jest wzniosłych opisów majestatu przyrody, graniczącego z metafizyką poczucia jedności z planetą czy nawet swego rodzaju mistyki kojarzącej się z głęboką ekologią. Fragmenty te bywają poruszające. Należy do nich na przykład zadedykowanie książki przyszłym pokoleniom wszystkich gatunków czy historia zakupu przez autora 2 hektarów zalesionej ziemi w poczuciu, że to minimum tego, co powinien zrobić (co przypomniało mi o smutnym losie polskiej inicjatywy Wolny Las: społecznej próby wykupienia i objęcia ochroną ponad 5 hektarów lasu w Beskidzie Sądeckim, na którą sam wpłaciłem pieniądze, a która spełzła na niczym, gdyż – korzystając z prawa pierwokupu – teren nabyły Lasy Państwowe).

Akurat te fragmenty „Końca lodu” częściej pozostają dla mnie jednak problematyczne. Retoryka wzniosłości nie jest chyba najlepszą formą pisania o katastrofie klimatycznej, między innymi dlatego, że wzniosłość nieuchronnie wprowadza perspektywę antropocentryczną. Po pierwsze może jej doświadczać tylko ktoś, kto czuje się jednocześnie wyalienowany z mitycznej natury i owładnięty jej „majestatem”, po drugie – co ważniejsze – choć deklaratywnie ceni ona „przyrodzoną” wartość przyrody, to w istocie podporządkowuje ją estetycznym czy duchowym potrzebom człowieka.

Timothy Morton określił taką postawę – właściwą całej tradycji Nature Writing, w którą z powodzeniem można wpisać Jamaila – mianem ekomimesis (zob. Morton 2007). Charakteryzuje się ona substancjalnym ujmowaniem natury jako czegoś namacalnego i wszechobecnego, a także jej niechybnym estetyzowaniem: powrót na łono natury jawi się wówczas jako ucieczka z alienacji, ponowne zjednoczenie podmiotu i przedmiotu, romantyczne zespolenie ze światem. Co więcej, ekomimesis pełna jest specyficznych tropów, które pragną ukryć swój wymiar figuratywny, tworząc iluzję niezapośredniczonego kontaktu z naturą: a to poprzez etykietowanie narracji metką „gdy to piszę” (tak jakby autor notował swoje spostrzeżenia dosłownie na żywo), a to poprzez sugestie, że lepiej byłoby, gdyby czytelnik czy czytelniczka doświadczył(a) opisywanych wydarzeń osobiście, a to rozwijając retorykę „usytuowania”, a to stosując poetykę ambientu, wywołującą w czytelniku/czytelniczce wrażenie, że narrator zewsząd otoczony jest naturą.

„Koniec lodu” obfituje w przykłady ekomimesis. Co rusz napotkać w nim można fragmenty w rodzaju: „Jestem na górze od prawie trzech tygodni. (…) Mój świat jest tak zespolony i prosty, jak to surowo majestatyczne miejsce [oto wzniosłość! – P.S.]” (s. 25-26); „(…) każda baza jest ołtarzem, każdy szczyt – najświętszym miejscem, w którym mogę złożyć hołd Ziemi [oto wzniosłość do kwadratu – P.S.]” (s. 35); „Słuchanie śpiewu ptaków i szumu wiatru przesączającego się przez korony drzew zawsze przynosiło mi wytchnienie od dawania świadectwa ekobójstwu” (s. 175). Trudno oczywiście mieć za złe autorowi, że nieraz przytłacza go ogrom apokaliptycznej wiedzy i że szuka wówczas ukojenia w przyrodzie (któż z nas tego nie robi?), jednak towarzyszące temu przekonanie, że ludzie przestaliby niszczyć swój dom, gdyby odzyskali poczucie łączności z nim, wychodzi z fałszywych przesłanek (można by na przykład zapytać, czy w historii ludzkości kiedykolwiek nie istniało oderwanie od natury, jakkolwiek by ją definiować). Co gorsza, nierzadko stanowi ono część problemu, a nie jego rozwiązanie.

Kłopotliwość tej narracji ujawnia się w momentach, w których Jamail przypuszcza, że „właśnie patrzymy, jak Ziemia umiera” (s. 251). Pobrzmiewa w nich wyraźnie podskórny ludzki gatunkowizm, charakterystyczny zresztą dla bliskiej autorowi ekologii głębokiej. Tymczasem to, że „Ziemia umiera” oznacza jedynie, że umiera ona dla ludzi. W pewnym sensie wydarzająca się właśnie katastrofa klimatyczna jest przejawem dążenia Gai do przywrócenia równowagi systemowej, wyregulowania własnego termostatu, wyeliminowania zakłóceń w obiegu węgla w przyrodzie. Jak zresztą zauważa Jamail, „(…) przyroda Ziemi (…) na pewno przetrwa. Chodzi tylko o to (…) że może już zabraknąć ludzi, by mogli ją podziwiać” (s. 186). Nawet jednak to zdanie zdradza romantyczną, ekomimetyczną proweniencję autora „Końca lodu”: autentycznie cierpi on, że nie będzie już mógł uprawiać wspinaczki wysokogórskiej albo nurkować wokół raf koralowych. Jest trochę tak, jakby było mu bardzo przykro, że skończył się holocen, ale odmawiał przyjęcia do wiadomości, że nastała nowa epoka geologiczna.

Niemniej, siła „Końca lodu” tkwi we wspomnianej już uczciwości intelektualnej i egzystencjalnej. Gotowość do życia bez nadziei oznacza dla Jamaila pogodzenie się z nieuchronnym: wyjście z depresji klimatycznej i przejście przez żałobę, która – jakkolwiek paradoksalnie by to nie brzmiało – okazuje się życiodajna. Odmowa autoiluzji, przepracowana do głębi, pozwala bowiem docenić codzienność, cieszyć się wciąż jeszcze istniejącym światem, żyć pełnią życia i żyć dobrze – póki żyjemy. To mimo wszystko wartościowa lekcja, nawet jeśli przez samego Jamaila nie domyślana do końca.

LITERATURA:

Altvater E.: „The Capitalocene, or, Geoengineering against Capitalism’s Planetary Boundaries”. W: „Anthropocene or Capitalocene? Nature, History, and the Crisis of Capitalism”. Red. J.W. Moore. Oakland 2016.

Bińczyk E.: „Epoka człowieka. Retoryka i marazm antropocenu”. Warszawa 2018.

Hamilton C.: „Defiant Earth: The Fate of Humans in the Anthropocene”. Crows Nest 2017.

Liberti S.: „Władcy jedzenia. Jak przemysł spożywczy niszczy planetę”. Przeł. E. Nicewicz-Staszowska. Warszawa 2019.

Lisocka-Jaegermann B.: „Grzęzawisko Alaska”. „Przekrój” 2020, nr 3570.

Morton T.: „Ecology without Nature: Rethinking Ecological Aesthetics”. Cambridge, London 2007.
Dahr Jamail: „Koniec lodu. Jak odnaleźć sens w byciu świadkiem katastrofy klimatycznej”. Przeł. Aleksandra Paszkowska. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2000 [seria: Seria z morświnem].