ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 sierpnia 15-16 (399-400) / 2020

Katarzyna Szkaradnik,

'SEN JEST LEPSZY - NIE MA W NIM ŚMIERCI'

A A A
Wprowadzenie

O ile obrazy luteranizmu i alkoholizmu czy groteskę w utworach Jerzego Pilcha poddano wielu analizom, o tyle temat snów i widm bodaj nie doczekał się syntetycznego ujęcia, mimo iż wydaje się nie mniej frapujący. Niniejsze rozważania stanowią przyczynek do studium tego problemu, fundamentalnego zwłaszcza w książkach ogłoszonych po 2005 r., które krytycy zgodnie ocenili jako mroczniejsze niż poprzednie. Nie w pełni jednak przekonuje pogląd, że „liryczno-wspomnieniowe” oblicze autora „Miasta utrapienia” oznacza novum – wcześniejsze teksty wszak tylko po części są niefrasobliwe, kpiarskie, de facto od początku obcujemy z obsesyjnie powracającymi motywami i scenami. Poszukam zatem wspólnego mianownika dla Pilchowej „domeny widziadeł” (2008: 55) i ukażę, że chodzi o zagadnienie kluczowe dla wymowy tej twórczości, a zarazem ściśle skorelowane z innym. Jak bowiem nie bez patosu stwierdza Bronisław Maj (2013), książki prozaika z Wisły mówią „tak jak każda wielka literatura, na jeden temat – o umieraniu”. Nawiązuję do tego stanowiska cytatem w tytule, sygnalizującym, że relacje pomiędzy oboma stanami autor „Marszu Polonia” interpretuje polemicznie wobec banalnego wyobrażenia snu jako brata śmierci.

Literackie sny, fantasmagorie są oczywiście kreacją artystyczną, ale oniryczne zawieszenie reguł logiki może służyć oświetleniu paradoksu tożsamości podmiotowej, która godzi bycie tym samym i zmiennym w czasie. W rozpatrywanym przypadku podmiotem byłby narrator – silnie autobiograficzny, acz igrający z prostymi identyfikacjami. Warto jednak mieć na uwadze tezę Jerzego Jarzębskiego (1984: 344–345), że choćby prezentowane zdarzenia były sfingowane czy surrealistyczne, psychika i kompleksy narratora obdarzonego autorskimi personaliami to „prywatna własność pisarza”. Jak z kolei zaznacza Monika Ładoń (2013: 162), w utworach interesującego nas literata intryguje „tekstowy ślad, […] kreacja tyleż odsyłająca do realnej biografii, co się od niej dystansująca. Pilch to żongler maskami, schizofrenicznie mnożący »ja« […]”. Słowa te, dotyczące „Dziennika”, odnosiłyby się również do pozostałych jego tekstów, a trudność wytyczenia tu granicy np. między opowiadaniami a felietonami pozwala metaforycznie stwierdzić, że cała owa proza rozgrywa się pomiędzy „jawą” a marzeniem sennym lub wizją.

U autora „Wielu demonów” napotkamy wszystkie główne sposoby transpozycji motywów onirycznych w domenę literatury: sen bywa zasadą konstrukcji świata przedstawionego, anegdotą, przedmiotem refleksji; osobne miejsce zajmują objawienia i kontakty z zaświatami. Przyjęty dalej tok wywodu stanowi propozycję oświetlenia tożsamości, w jej biograficzno-fantazmatycznych uwikłaniach, przez metafizyczne i eschatologiczne konotacje snu i widzeń.

Transy

W fabułach Pilcha często występuje trans rozumiany za słownikiem PWN jako „stan braku kontaktu z otoczeniem, połączony z zatraceniem się w jakiejś czynności”, przy czym jest wartościowany dwojako. Z jednej strony ujemnie, kiedy wynika z ulegania „stadnym” emocjom, czego przejawem są choćby okrzyki „Polska! Polska!”, jakie ni stąd, ni zowąd w „Tysiącu spokojnych miast” zaczynają wznosić zebrani spierający się o planowany zamach na Gomułkę. Z kolei w wizyjnym monologu Profesora Chmielowskiego z „Nart Ojca Świętego” zostaje wykpiona pseudopobożność Polaków, oparta na uwielbieniu dla Jana Pawła II niby dla idola piłkarskiego. (Młody Messerschmidt mówi wprost, że ludzie czują „sentymentalny tłumny trans”, a nie miłość do papieża [2004b: 112]). Ich uniesienie oddziela się tu od tła religijnego podobnie jak od gry podczas meczu, którego sensem staje się infantylna wspólnota, transowa euforia. Również odnośnie do „Marszu Polonia” można mówić o satyrycznym ujęciu narodowych przywar w czymś na kształt chocholego tańca.

Z drugiej strony, w transie pogrążona bywa jednostka, ta zaś ma prawo działać w amoku –w takim wypadku ironia pobrzmiewa inaczej, bo w półprzytomnym zachowaniu będącym odpowiedzią na cierpienie tkwi ślad wzniosłości. Z predylekcji do wyładowywania frustracji w transie zwierza się protagonista „Najpiękniejszej Kobiety Świata”, który po straceniu z oczu tytułowej piękności strzela z wiatrówki do rozmaitych celów, kończąc na rzędzie buteleczek z wódką (skądinąd sama scena ma charakter fantasmagoryczny). Pod tym względem bohater przypomina postacie z portretowanej przez Pilcha ewangelickiej wspólnoty, zapamiętałe do nieprzytomności w różnych czynnościach. Czasem, np. u fiakra z Wymowy, do takiego stanu przyczynia się alkohol, po którym „Janka ogarniał jakiś rodzaj furmańskiego transu i wtedy jego wóz ciągniony przez parę spienionych wierzchowców sunął po […] krawędziach katastrof” (2003b: 237). Niekiedy pierwotną pasję może wzmagać choroba, niczym u narratora „Dziennika”; badaczka wyrokuje o nim: „Pilch »narkotycznie« i »histerycznie« czyta i zapisuje siebie w procesie następnej lektury” (Ładoń 2013: 170).

Niezależnie od innych namiętności i manii niemal wszyscy bohaterowie analizowanej prozy dotknięci są istną logoreą (milczących wyręcza narrator) i można o nich jak o panu Trąbie powiedzieć, że rzadko udaje im się „ocknąć z narracyjnego transu” (1997: 25). Kiedy Kohoutek, stwierdziwszy, iż doktor Oyermah używa rosyjskich terminów weterynaryjnych, zaczyna wyliczać przykłady, „wpad[a] w rodzaj leksykalnego transu” (2000a: 54), a nawet niewykształcone postacie operują wybujałą retoryką, jakby za Nietzschem uznając życie za możliwe do usprawiedliwienia wyłącznie jako fenomen estetyczny (Czapliński 2001: 238–240). Niektóre nie tylko wygłaszają płomienne perory, ale też je zapisują – choćby Fryc Moitschek, zmagający się z problemami metafizycznymi i roztaczający wizję ocalenia od rozpaczy: „Jeśli pradawnej wersji bytowania podniebnego nie przywrócimy – niczego nie zrozumiemy i niczego sobie nie opowiemy […]” (2013: 63). Z potrzeby kontaktu z transcendencją bierze się obfitość wśród Pilchowych gaduł – samozwańczych proroków.

Proroctwa

Na ekstatycznych profetów z definicji przeznaczeni są surowi protestanccy kapłani, zresztą ukazani hiperbolicznie i groteskowo. Ksiądz Potraffke ma żarliwe widzenia, Pastora z „Innych rozkoszy” „homiletyczne natchnienie” odrywa od obiadu na kilka godzin, Ksiądz Kubala w didaskaliach dramatu zostaje określony mianem „fantasty i wizjonera” (2004b: 9). Niemniej gros ewangelików to u Pilcha domorośli filozofowie pozujący na Bożych wybrańców, którzy prorocką sugestywność roztaczanych wizji potęgują dzięki stylizowaniu ich na „Apokalipsę”. Czują się wybrani – tak jak pijak Trąba oznajmujący à propos swoich zapisków: „nie ja własną rękę prowadziłem” (1997: 16), co aluzyjnie przywołuje doktrynę o podwójnym autorstwie Biblii. Listonosz Moitschek wydaje się nie tylko posłańcem ludzi, ale także, niczym Hermes, pośrednikiem między tym i tamtym światem, a jego wizjonerstwo odpowiada na zapotrzebowanie pogrążonych w duchowym chaosie mieszkańców Sigły.

Ostatni przykład poświadcza, że Pilchowi „prorocy” bardziej niż galerię ekscentrycznych typów reprezentują fundamentalne pragnienie pewności, choć ich kontakty z zaświatami okazują się wątpliwe. Z ironią traktuje tę komunikację również narrator „Dziennika”, którego matce ponoć Bóg obiecał uzdrowienie syna. Wina za brak poprawy zostaje przez kobietę przerzucona na potomka, gdyż ten „kwestionuj[e] stare konszachty matuli z opatrznością” (2014: 181). Trzeba dodać, że matki protagonistów u Pilcha nieraz – jak w „Innych rozkoszach” – cechuje czarnowidztwo połączone z satysfakcją ze sprawdzania się ponurych przepowiedni. Im częstsze ich sny profetyczne, tym większa owa sprawdzalność – wszak w końcu dochodzi do sytuacji, kiedy człowiekowi przydarza się już tylko zło spodziewane (2006b: 46).

Co ciekawe, wieszczby głoszą też „zwyczajni” przybysze spoza opisywanej wspólnoty, np. „anielica pierwszej miłości” Jerzyka wróży mu rozmiłowanie się w letargu: „[O], jak słodko będzie ci się […] mieszkać w sednie tego powoli budzącego się i zawsze przed ostatecznym rozbudzeniem zasypiającego życia” (1997: 37). Zarazem doprowadza chłopca do wyrzutów sumienia, przypominając mu, że według Biblii istnieje czas snu i czas pracy, a ewangelik na odpoczynek musi zasłużyć.

Wytchnienie i poznanie

Ewangelikom nie uchodzi więc długo się wylegiwać, gdyż praca jest priorytetem; w dodatku okna zaciemnione poza (demoniczną z natury) nocą stanowią zły omen: „Babka Pechowa skoro świt […] odsłaniała zasłony, aby przypadkiem nikomu […] nie przyszło do głowy, że u Pechów ktoś umarł albo, co gorsza, że Pechowie śpią jeszcze. – Wstawaj! Nie śpij! Nie wróż pogrzebu! – wpadała do ostatniej izby […]” (2006b: 40). Niemniej spokojny sen bywa dobrodziejstwem, jawi się jako ucieczka od roztrząsania zawiłej rzeczywistości: „Zasypiała z lekkim sercem. Jedynie tuż przed snem przypomniała sobie podaną jej przy wysiadaniu z kolasy dłoń i potem wprawne wyprzęganie Fuksa. Co ten poczciarz taki zadomowiony? – pomyślała i na szczęście runęła w studnię snu” (2010: 32).

Zatrzymując się przy metaforze studni, warto podkreślić symboliczną bliskość snu i wody w obrazie zapadania w głąb, docierania do czegoś skrytego – by rozważyć w tym świetle wspólny sen narratora „Dziennika” i jego matki o wodzie jako mający znaczenie archetypowe. Zwłaszcza iż czytamy, że nie chodzi o zagmatwaną fabułę, lecz o „sen […] pierwotny i mocny jak nazwy elementów. Śni nam się rzeka. Krystaliczna woda, dobrze widoczne ryby i kamienie na dnie. Mój nurt trochę mniejszy i tylko jedna ryba w nim pływa; jedna, ale wielka, jakby szarogranatowy delfin. […] stoję blisko brzegu, skacze w pobliżu, wręcz w moim kierunku, jakby chciał płetwami się przywitać […]” (2014: 190). W ludowej interpretacji matki czysta woda oznacza błogosławieństwo, ulgę, lecz sen ten aż się prosi o wykładnię Jungowską, kojarzącą wodę z pierwotną dynamiką oraz związkiem z rodzicielką – dający życie żywioł symbolizuje poczucie zależności i powrót do prajedni. W wypadku Pilcha zależność od źródła wydaje się więzią z rodzinną Wisłą (również widywaną w literackich snach), a jak twierdzi Tadeusz Sławek (1997: 15): „Sen o mieście [abstrahując od alienującej aglomeracji – K. Sz.] jest marzeniem o bezpieczeństwie, dla którego znajdujemy dwie metafory: wyspy i łona”. Wisła byłaby łonem, wydającym pisarza na świat, a także wyspą, nieco skansenowym bastionem protestantyzmu, powrót do prajedni zaś dokonuje się przez wgląd w metafizyczną podszewkę, zasadę rzeczywistości.

Nawet brak gwaranta sensu – „bytowania podniebnego”, o którym wspomina Moitschek – nie wyklucza iluminacji, jakiej doświadcza narrator jednego z opowiadań: „[N]ad samym ranem w przebłysku półprzytomności nagle mi się uroiło, że jestem kimś, kto rozumie przeraźliwą wyrywkowość świata. Nagle ujrzałem, że świat jest wielkim polem pełnym niesymetrycznie rozłożonych ognisk; trzeba nieustannie iść od płomienia do płomienia; gasić i wzniecać; iść przez ciemność, iść przez jasność; […] nagle uroiło mi się, że wiem, jak trzeba pisać i jak trzeba zdawać sprawę z wyrywkowości, bo poza nią nie ma niczego (2006a: 181). Niestety, olśnienie znika wraz ze snem, okazuje się w istocie niekomunikowalne, można je tylko ogólnikowo opisać z zewnątrz. Pozostaje świadomość rzeczonej „wyrywkowości”, lecz nie likwiduje ona pragnienia, by ktoś dowiódł, że ten świat to jednak nie wszystko.

Znaki z zaświatów

Szczególną rolę autor przydziela tu zmarłym, poświęcając opowiadanie „Trup ze złożonymi skrzydłami” zapowiedziom śmierci oraz znakom, jakie babce Pechowej dawali nieboszczycy. Echem tego byłby przejmujący, kontrastujący z groteską reszty, epizod z „Tysiąca spokojnych miast”, w którym Jerzyk z matką po śmierci ojca doszukują się w poprzedzających ją zajściach zwiastunów owego zgonu. Także narrator „Dziennika” zdaje się wierzyć w zdolności babci, a poniekąd jej zazdrościć, toteż do ks. Adama Pilcha, ofiary katastrofy smoleńskiej, apeluje bez ironii (przekleństwo tylko łagodzi patos): „[J]ak Pan Bóg Ci powie, jaki popełniliśmy błąd w Jego wizerunku, przyśnij mi się i powiedz, o co – do jasnej cholery – w tym wszystkim chodzi” (2012: 85). Kiedy indziej zaś z czułością, podszytą metafizycznym niepokojem, odczytuje dziwny dźwięk jako pożegnanie od „Henia” Berezy, ubolewając nad niejasnością mowy zmarłych. Dlatego nie zgodzę się z autorem tezy, że skoro narrator „Marszu Polonia” toczy „dialog z […] nieżyjącym dziadkiem, a świat przedstawiony zostaje oddany władzy oniryzmu […], zanegować należy autobiograficzny wymiar samego dzieła” (Grajewski 2012: 77). Byłoby to zasadne, gdyby autobiografizm utożsamić z naiwnym realizmem, tutaj jednak obserwujemy borykanie się z pewnymi kompleksami, z „przeklętymi pytaniami”, na które odpowiedzi próżno szukać „po tej stronie”. Coraz wyraźniej obecność gości „stamtąd” odczuwa narrator „Drugiego dziennika”: „Na pogrzebach nie byłem. A choćbym i był – co to za argument? […] Ciągle mam poczucie, że ktoś jest obok. Stoi przy biurku, […] zdejmuje buty w przedpokoju. […] Jakby z krwi i kości w sensie ścisłym” (2014: 65).

Widma, majaki, fantazmaty

A przecież i wcześniej pojawiają się widma, najczęściej jako ratunek przed samotnością. Ratunek dzięki czy to komitywie z „duchami starych wiślańskich ochlaptusów” (1998d: 93), czy namiastce nieosiągalnej kobiety (notabene, kierowane do niej słowa, będąc trawestacją, tonują rozpacz: „Gracha, pociesz mnie, jak możesz, a staw się przede mną lubo snem, lubo cieniem, lub marą nikczemną” [1996: 47]). Widma mnożą się w toku pisania, wnikają w materię wspomnień: „Fantazmatyczność nie jest wyznacznikiem prozy, tak […] jak wyznanie autobiograficzne nie jest gwarancją braku fantazmatyczności. […] nie jestem pewien, czy była Ewa Chudoba, czy ją wymyśliłem” (1998b: 87–88). Wspomnienia, lektury, sny stapiają się z sobą, a umysł Pilchowego narratora przypomina bibliotekę, w której osobną pozycję zajmują „»Postylla« Lutra, »Jak się bronić przed diabelstwem życia codziennego«Kubali Seniora oraz »Ilustrowane dzieje zboru w Granatowych Górach« – na regale widm” (2006c: 135–136).

Zjawy zaczynają jednak niepokoić; np. te, które w „Marszu Polonia” „zmartwychwstają” w niemal pustym autobusie wiozącym gości na przyjęcie u Bezetznego. Co prawda później protagonista identyfikuje je z orkiestrą górniczą (pijani muzycy mogli przysnąć na siedzeniach), niemniej status ontologiczny większości bohaterów powieści pozostaje niejasny – może chodzi o widma-stereotypy, które w tej parafrazie „Wesela” nadal straszą Polaków. I choć w „Dzienniku” narrator przedstawia jeszcze surrealistyczną anegdotę o tym, jak rzekome duchy dawnych lokatorów kamienicy przewieszają na korytarzu kalendarz, to akcenty poważne i mroczne dominują. Dariusz Nowacki (2014: 3) zauważa w kontekście „Mojego pierwszego samobójstwa”: „Przeszłość stała się tu obszarem niepewności zaludnionym przez widma; pisarz zmodyfikował […] mit rodzinno-środowiskowy: luterańska Wisła nie jest już krainą łagodności, zbyt dużo w niej śmierci i ubywania […]”.

Piętno przeszłości

Dlaczego Wisła, rzeczone „łono”, zostaje w ten sposób nacechowana? Oto kolebka okazuje się grobem, predestynacją do nicości, nieuniknioną schedą po przodkach. Inne widma też stanowią figury niespełnienia – tak jak dla doktora Oyermaha tajemnicza Akiko, która po przelotnym spotkaniu nawiedza go w snach. Wszakże temu bohaterowi udaje się uporać ze swoim (mówiąc za Jungiem) Cieniem i doznać oczyszczenia. „Co ty myślisz – krzyczy [Oyermah do zjawy – K. Sz.] – że ja będę się całą wieczność błąkał po twoich pogańskich zaświatach?” (2000a: 122). Choć uwalnia się on spod władzy minionego, taki finał sprawia wrażenie myślenia życzeniowego, skoro w następnych utworach przeszłość niesie fatum. Protagoniście »Pod Mocnym Aniołem« stają przed oczami nie tylko pijani przodkowie, ale również inni „fataliści”, którzy widzieli tytułowy gwiazdozbiór. Jerzyk z »Tysiąca spokojnych miast« w pierwszym kieliszku wódki dostrzega prefigurację swych delirycznych snów. Wydaje się jednak, że chodzi mniej o „przeznaczenie” do picia niż o diagnozę wyartykułowaną przed wiekami w »Eposie o Gilgameszu« (2008: 64): „Życia, co go szukasz, nigdy nie znajdziesz”.

Koszmary

Poczucie beznadziei i daremności odbija się w „relacjonowanych” w prozie Pilcha koszmarach, choćby w tym, w którym narrator felietonu jako piłkarz czeka na ławce rezerwowych, gotów rozstrzygnąć losy meczu, „ale nie mogę, nogi mam jak z waty, nogi mam spętane. I boisko nagle […] faluje niczym wzburzone morze, prowadzę piłkę pomiędzy ruinami skrytymi w trawie, składam się do strzału i – całkiem jak na jawie – nic mi nie wychodzi” (1998c: 75). Ruiny najpewniej symbolizują tu zaprzepaszczone szanse, nadzieje ległe w gruzach. W „Pod Mocnym Aniołem” bohater opowiada sen o mocowaniu się z „ciemnoskórym zapaśnikiem” (co znów konotuje Cień), który go jednak „upodlił” (2000b: 15). Wycieńczony chorobą narrator „Drugiego dziennika” pozostaje obojętny na instrukcje nadgorliwego krytyka – zmory sennej; wreszcie przywołuje sen równie „archaiczny” co tamten o wodzie, tyle że pierwotną pełnię zastępuje pustka: „Sen starszy od ciebie, niby twój, a jakby od wieków śniony na planecie […]. Wisła pusta jak po bombie neutronowej, szaro i zielono, góry nieruchome, stary dom tak wypucowany, że niepodobna nie pomyśleć o trumnie. Babka Mara otwiera drzwi, ale nie przekraczam progu […]. Mara nieuchwytna? Chyba dla was; ja znam te wężowe uściski […]. Senna Mara nie jest. Przychodzi co noc, kładzie się, ale nie śpi” (2014: 155).

Demony

Owa mara należy do rzeszy demonów nękających bohaterów (zwłaszcza narratora) omawianej prozy. Znamienny w tym kontekście jest tytuł powieści z 2013 r.; zaczęto wprost mówić o „demonach Pilcha”, które można utożsamić ze wzmiankowanym już archetypem Cienia – nieakceptowanej strony „ja”. Jak utrzymuje Konstancja z „Miasta utrapienia”: „Każdy ma w sobie jakiegoś gnoma, karła, diabelski pomiot czarcie nasienie albo tylko krwiożercze niemowlę […]” (2004a: 83). Cień może ulec substancjalizacji, oddzieleniu od ego; np. wspominając tytułową próbę, narrator „Mojego pierwszego samobójstwa” nadmienia, że nocą „ktoś siadał na brzegu wersalki i przekonywał” go do desperackiego kroku (2006b: 37). Jak zaś twierdzi Nowacki (2014: 4) na temat „Marszu Polonia”: „W tej […] oniryczno-barokowej opowieści pisarz dokonał przeglądu naszych zbiorowych fantazmatów, […] ale i wziął się za bary ze swoim starym znajomym, diabłem”. Wszak nie chodzi tylko o „księcia ciemności” Bezetznego, łączącego cechy Jerzego Urbana oraz akolitów Wolanda z „Mistrza i Małgorzaty”.

W „Wielu demonach” córki pastora Mraka, upozowane na wcielenie diabelstwa, odprawiają perwersyjne obrzędy, lecz w zasadzie po prostu koncentruje się w nich aura szaleństwa i koszmaru wypełniająca Sigłę. Można rzec, że gros bohaterów Pilcha przesiąkło manichejską atmosferą lokalnego środowiska protestanckiego. Już „Tysiącu…” letniczka ocenia pastora jako wierzącego znacznie mocniej w Diabła niż w Boga, a w domu narratora „Drugiego dziennika” rozgościły się demony sprowadzone przez jego ojca, opętanego lekturą „Doktora Faustusa”. Dlatego Jerzyk snuje autorefleksję: „[B]ez złudzeń przypatrywałem się wypełnianemu demonami światu” (1997: 86) i dlatego nawet alkoholiczne rojenia mają drugie dno.

Sny deliryczne i koszmar jawy

Sen u alkoholika ukazuje swoje janusowe oblicze – z jednej strony głęboki i spokojny jest upragnioną niemożliwością, z drugiej przypomina literaturę jako sferę niejednoznaczności, stąd wyznanie: „[N]ie były to majaczenia […], realność sytuacji sprawiała mi ulgę, nadto byłem udręczony nieustannie doskwierającą fikcyjnością” (2000b: 77). Sny deliryka zjawiają się „pełne klasycznych cytatów” oraz „amorficznych, literackich widm” (2000b: 75-76), co sugeruje wpasowanie się jego życia w powielane fabuły, zanik indywidualności, zdolności do sterowania swoim losem. To z kolei doskwiera jeszcze boleśniej na jawie. Narrator „Monologu z lisiej jamy” zwierza się, że przekleństwem po przebudzeniu nie było stwierdzenie braku czegoś, co przepił lub zgubił, lecz uczucie bycia pozbawionym wszystkiego (1996: 17), w „Pod Mocnym Aniołem” zaś nie chce się obudzić, gdyż jawa odziera z nadziei.

Ponieważ odczucie takie dotyczy nie tylko alkoholika, powraca w „Dzienniku”: „[S]en z jawą, przynajmniej na razie, się nie miesza, ale to marna, a może żadna pociecha. Może lżej by było […] nie wiedzieć, po której się jest stronie? A już z pewnością lepiej by było nie przechodzić koszmarów […], jakie przychodzą po przebudzeniu” (2012: 370). W chorobie koszmary stają się „lękiem o poranną makabrę”, kiedy ciało w największym stopniu odmawia posłuszeństwa, lecz znowu nie chodzi o prostą dosłowność. Rozważając sentencję Heraklita: „Na jawie widzimy tylko śmierć, we śnie tylko sen”, Pilch zauważa, że akcentuje ona rozziew między obydwoma stanami. Młody i odważny człowiek, któremu śni się śmierć, czuje strach, stary jest świadom, iż „nie ma większego koszmaru ponad przebudzenie” (2012: 377). Pisarz odwraca zatem stereotypowe wyobrażenia: młodzieniec nie lęka się życia, przerażają go natomiast bezpośrednio doznane mary. Później już wie, że są one niczym w obliczu realnej, nieskończonej grozy: „Boże, niech śni mi się umieranie, […] niechaj się nie budzę; obudzony widzę koszmar, […] który zbliża się nieubłaganie […]. Kiedyś budziłeś się do życia, teraz budzisz się do śmierci” (2012: 377). Wobec tych wanitatywnych refleksji pojawia się myśl o przewadze snu, bo de facto śmierć jest w nim nieobecna.

Sen i narracja

Nieobecna jak w literaturze – ewentualna śmierć bohatera to przecież projekcja będąca, paradoksalnie, świadectwem aktywności autora. Za alegorię funkcji narracji polegającej na wstrzymywaniu entropii można uznać opowiadanie Szeherezady, czyli odwlekanie końca. Owym pragnieniem tłumaczy też Pilch wioskowych „fałszywych proroków”, którzy folgując „instynktowi opowiadania”, nie oczekiwali apokalipsy, „przepowiadali Zagładę, ponieważ chcieli żyć” (2003a: 13). Na tej zasadzie działa literatura, przez co okazuje się pokrewna snowi – istotą obu byłoby narracyjne panowanie nad czasem, tożsame z zawieszeniem mocy śmierci. Jak stwierdza Przemysław Czapliński (2001: 242), analizując „Tysiąc spokojnych miast”: „Narrator […] nie jest […] niewolnikiem nostalgii, lecz […] bezczasowości. W ten sposób Pilch […] rozszerzył niepomiernie zakres tęsknoty […]: przedmiotem marzenia uczynił życie, które nie upływa […]”. W tym świetle można rozumieć proroctwo „anielicy” z „Tysiąca…” („Nie będziesz żył, ale spał”) – literatura przypomina sen, gdyż pozwala eksperymentować z czasem, z kolei snowi blisko do narracji obdarzonej swoistą logiką, nieraz absurdalną, jednak korespondującą z wewnętrznym życiem człowieka.

Potrzebę snucia opowieści wyjaśnia fakt, że – jak zauważa Paul Ricoeur (2008: 83) – czas obiektywny staje się ludzkim o tyle, o ile może być narracyjnie wyartykułowany. Zapewne to poczucie kieruje dziadkiem narratora „Trupa…”, który przeciwstawia się głosom słyszanym przez żonę, maniacko nakręcając domowe zegary. Zaryzykowałabym tezę, iż nie tylko w celu zagłuszenia „nieziemskich łoskotów” (2010: 42), ale również dlatego, że „tik-tak” stanowi miniaturowy mo­del fabuły, czyli „zorganizowania uczłowieczającego czas przez nadanie mu formy” (F. Kermode; cyt. za: Burzyńska 2004: 20). Takie odczytanie potwierdza konstatacja Moitschka: „Każdy robak swój byt niepojęty łagodzi, jak umie. […] My opowiadamy historie” (2013: 51).

Wierność duchom przeszłości

Czy w wypadku Pilcha nie powinniśmy wszakże mówić o jednej historii? „Duch babki Pechowej nie przychodzi do mnie. […] Stary dom w centrum Wisły śni mi się zawsze pusty i oświetlony. […] Nigdzie nikogo nie ma, ale czyjeś kroki słyszę przed sobą. […] Niekiedy ją widzę. […] Siedzi za stołem, ale ubrana jest, jakby zaraz gdzieś szła. […] Gdzieś daleko i o niezwykłej porze. […] Od lat nie ma […] kuchni, paleniska, stołu przykrytego błękitną ceratą” (2010: 5, 6–7). Tymczasem ów stół i widma bliskich są w prozie pisarza nieustannie obecne, a narrator felietonu przyznaje się do ciągłego „nawiedzenia”: „Jak powiada Maria Janion: Do Europy tak, ale z naszymi umarłymi. – Inna sprawa, że jak idzie o mnie, ja bez nich mało gdzie się ruszam. Oni mnie prowadzą” (2007: 20). Niemniej także przeszkadzają. W „Dzienniku” pada wyznanie, iż „pomylonym” przodkom, krewnym i sąsiadom chciałoby się kazać odejść, lecz ucieczka przed widmami jest nieskończona, one stale, natrętnie osaczają.

Jak się wyzwolić z tego opętania? Autor sam wskazuje drogę, opowiadając sen o dziadku, Starym Kubicy, z którym nigdy nie rozmawiał, ale teraz wędrowali i „szła razem z nami przez sen cała czereda głęboko urażonych i poszkodowanych na umyśle przodków, szło o to, żeby, jak to we śnie, gdzieś dojść, coś znaleźć, na powrót trafić w znane, też całkiem obce, miejsce. Wesele chyba […] się tam odbywał[o], […] a myśmy wciąż nie mogli trafić do izby, w której były naszykowane nasze niedzielne marynarki. […] W końcu jednak na ostatnim odcinku, co był jak stroma ścieżka albo jak most powietrzny, […] z onirycznego bełkotu […] wyskakuje […] fraza, która swoją czytelnością zachwyca Starego Kubicę: izba w izbie – powiadam z triumfem i ulgą […]. Izba w izbie! – ekstatycznie wykrzykuje Stary Kubica i z radości […] spada w przepaść, siłą woli udaje mi się go powstrzymać i zawrócić […]” (2009: 246–247).

Proponuję następującą interpretację tej wizji: miejsce znane, lecz obce oznaczałoby byt pośmiertny, wieczność (sugeruje to m.in. most powietrzny, a odświętny strój na wesele budzi asocjacje z biblijną przypowieścią), droga tam byłaby zaś poszukiwaniem ostatecznego sensu. Tajemnicze „zaklęcie” może symbolizować nieskończoność tych dążeń (w każdej izbie kolejna jak matrioszka) lub przekonanie, że pożądana izba znajduje się w owej starej izbie wiślańskiej, czyli sens życia mieści się w codzienności, odświętność – w tym, co zwyczajne. Jednak otaczające bohatera duchy nadal szukają izby w izbie, stukając do jego drzwi. Może upominają się o głos, o to, by zapisał ich narrację, gdyż ona tkwi w jego (pod)świadomości niczym izba w izbie?

Przyjęcie takiej wersji tłumaczyłoby, dlaczego protagonista „Marszu Polonia” nazywa Starego Kubicę „sobowtórem nieboszczyka” i utrzymuje: „wy żyjecie” (2008: 116). Może nie tyle stara się zracjonalizować nierealistyczne spotkanie, ile daje wyraz temu, że dziadek żyje w nim i przemawia jego głosem (rozmowa ze zmarłym byłaby dialogiem wewnętrznym). Notabene, dziadek już wcześniej jawi się jako postać bardziej fantastyczna niż empiryczna – narrator poświęconego mu felietonu twierdzi, że jeszcze gdy Stary Kubica chodził po tym świecie, on dobrze się czuł w towarzystwie jego widma (1998a: 215).

Co zatem począć z fatalizmem, z widmami przeszłości i „ewangelickimi zmorami”, które wciąż powodują wyrzuty sumienia (np. 2006b: 42)? „Być może literatura jest zaklinaniem widm, […] ale widma niech wystarczą. Trzeba przeganiać demony, ale trzeba im w pamięci dochowywać wierności” (1998a: 214) – deklaruje w felietonie narrator, chociaż jego następne wcielenia wyraźnie ulegają demonom. Proza Pilcha zdaje się ciągłym bojem o to, by rozpoznać własne fatum w predestynacji nie do autodestrukcji czy niespełnienia, lecz do bycia medium cudzych-bliskich głosów. Diagnozie: „życia, którego szukasz, nigdy nie znajdziesz” autor „Innych rozkoszy” raz po raz przeciwstawia pytanie: może pozostaje (mi/nam) szukać „izby w izbie”? Owego życia niepodległego śmierci – jak sen i jak literatura – szukać w sobie?

Literatura:

Pilch J.: „Dawni fałszywi prorocy”. W: tegoż: „Tezy o głupocie, piciu i umieraniu”. Kraków 2003 (a).

Pilch J.: „Drugi dziennik”. Kraków 2014.

Pilch J.: „Duch cudownych znalezisk”. W: tegoż: „Moje pierwsze samobójstwo i dziewięć innych opowieści”. Warszawa 2006 (a).

Pilch J.: „Dziennik”. Warszawa 2012.

Pilch J.: „Elegia na wożenie odpadów pokonsumpcyjnych”. W: tegoż: „Bezpowrotnie utracona leworęczność”. Kraków 1998 (a).

Pilch J.: „Ewa Chudoba, Bronisław Maj i ja”. W: tegoż: „Bezpowrotnie…”. 1998 (b).

Pilch J.: „Futbol funèbre”. W: tegoż: „Bezpowrotnie…”. 1998 (c).

Pilch J.: „Inne rozkosze”. Kraków 2000 (a).

Pilch J.: „Izba w izbie”. W: tegoż: „Upadek człowieka pod Dworcem Centralnym”. Kraków 2009.

Pilch J.: „Marsz Polonia”. Warszawa 2008.

Pilch J.: „Marsz wiosenny”. W: tegoż: „Bezpowrotnie…”. 1998 (d).

Pilch J.: „Miasto utrapienia”. Warszawa 2004 (a).

Pilch J.: „Moja babka i Unia Europejska”. W: tegoż: „Pociąg do życia wiecznego”. Warszawa 2007, s. 20.

Pilch J.: „Moje pierwsze samobójstwo”. W: tegoż: „Moje pierwsze…”. 2006 (b).

Pilch J.: „Monolog z lisiej jamy”. Kraków 1996.

Pilch J.: „Pod Mocnym Aniołem”. Kraków 2000 (b).

Pilch J.: „Rękopisy człowieka z moich stron”. W: tegoż: „Moje pierwsze…”. 2006 (c).

Pilch J.: „Narty Ojca Świętego”. Warszawa 2004 (b).

Pilch J.: „Trup ze złożonymi skrzydłami”. W: tegoż: „Sobowtór zięcia Tołstoja”. Warszawa 2010.

Pilch J.: „Tysiąc spokojnych miast”. Londyn 1997.

Pilch J.: „Wiele demonów”. Warszawa 2013.

Pilch J.: „Wisła jako duchowa forma życia”. W: tegoż: „Tezy o głupocie…”. 2003 (b).





Burzyńska A.: „Kariera narracji. O zwrocie narratywistycznym w humanistyce”. W: „Narracja i tożsamość”. T. 2. Red. W. Bolecki, R. Nycz. Warszawa 2004.

Czapliński P.: „Jerzego Pilcha groteska nostalgiczna”. W: tegoż: „Wzniosłe tęsknoty. Nostalgie w prozie lat dziewięćdziesiątych”. Kraków 2001.

„Gilgamesz. Epos babiloński i asyryjski”. Oprac. R. Stiller. Kraków 2008.

Grajewski G.: „Funkcja bohaterów »Marszu Polonia« Jerzego Pilcha w perspektywie autobiografizmu”. „Dociekania. Kwartalnik humanistyczny” 2012, nr 1.

Jarzębski J.: „Kariera »autentyku«”. W: tegoż: „Powieść jako autokreacja”. Kraków–Wrocław 1984.

Ładoń M.: „»Być kronikarzem własnego zaniku«. Lektura »Dziennika« Jerzego Pilcha”. „Śląskie Studia Polonistyczne” 2013, nr 2.

Maj B.: głos w dyskusji „Jerzy Pilch i jego demony” w Programie II Polskiego Radia, audycja z 22.04.2013 r.

Nowacki D.: „Różne oblicza Jerzego Pilcha”. „Odra” 2014, nr 6.

Ricoeur P.: „Czas i opowieść”. T. 1: „Intryga i historyczna opowieść”. Przeł. M. Frankiewicz. Kraków 2008.

Sławek T.: „Arche/nekro/polis. Wyobrażenia miejskiej przestrzeni”. W: „Pisanie miasta – czytanie miasta”. Red. A. Zeidler-Janiszewska. Poznań 1997.
Niniejszy szkic stanowi skróconą wersję artykułu zamieszczonego w tomie „Sen, marzenie, zaświaty w literaturze i kulturze”. T. 2. Red. P. Poterała i in., Łódź 2017, toteż w analizach pominięte są ostatnie książki pisarza. Jeśli nie wskazano innego nazwiska, odsyłacze w nawiasach kierują do tekstów Pilcha zgodnie z bibliografią.