Wydanie bieżące

15 lipca 14 (86) / 2007

Wiesław Kowalski, Paweł Łysak,

TEATR ZACZEPIAŁ, WIDZOWIE REAGOWALI

A A A
Z Pawłem Łysakiem rozmawia Wiesław Kowalski
Wiesław Kowalski: Minęło osiem miesięcy od objęcia przez Pana dyrekcji bydgoskiego teatru. W tym czasie zrealizowane zostały trzy duże projekty: „Po to tyle żreć/Szekspir+”, „Wiele ojczyzn, ojczyzna wielu/Wyspiański+” oraz „Smutni nastoletni/+”, o których wiele się mówiło i pisało nie tylko w grodzie nad Brdą. Łukasz Drewniak napisał w „Dzienniku”: „Teraz, żeby zrozumieć, co dzieje się w polskim teatrze trzeba regularnie bywać w Wałbrzychu, Legnicy, Wrocławiu, Poznaniu, Gdańsku, Łodzi, Bydgoszczy, Toruniu”.

Paweł Łysak: Takie opinie zawsze są bardzo miłe i to nie tylko dla teatru, ale również dla miasta, w którym on działa. Jest to dopiero początek mojej pracy w Bydgoszczy i cieszę się, że został zauważony. Myślę, że dla wszystkich pracowników zaangażowanych w pracę nad kolejnymi projektami i premierami taka wypowiedź to prawdziwy komplement.

W.K.: Tym bardziej, że do przygotowania sezonu artystycznego 2006/2007 przystąpił Pan dopiero w październiku, po zawirowaniach towarzyszących konkursowi na stanowisko dyrektora teatru w Bydgoszczy.

P.Ł.: To były rzeczywiście okoliczności dość trudne, również z tego powodu, że obejmowałem dyrekcję dwukrotnie. Musiałem na przykład wycofać się z umów z reżyserami, które zawarłem po wygraniu pierwszej edycji konkursu. I to na pewno zachwiało rytmem pracy, wprowadziło obawy, czy uda się trwający już sezon zapiąć na ostatni guzik. Tak więc początki były trudne. Ale udało się pozyskać do współpracy takich reżyserów jak Maciej Prus, Paweł Wodziński i Wiktor Rubin oraz scenografów w osobach Marcina Jarnuszkiewicza i Justyny Łagowskiej.

W.K.: Zdecydował się Pan na nowatorski pomysł budowania teatru wokół projektów. Zaangażował Pan na etacie dramaturga Łukasza Chotkowskiego, z którym wspólnie wymyślaliście działania mające na celu bardzo silne zaakcentowanie obecności teatru w przestrzeni miejskiej. Jak Pan tę ideę ocenia z perspektywy mijającego sezonu 2006/2007?

P.Ł.: Realizując kolejne projekty wokół premier „Tymona Ateńczyka”, „Powrotu Odysa” i „Przebudzenia wiosny” jednocześnie uczyliśmy się jak tę formułę wprowadzać w życie i jak ją modyfikować. Generalnie można powiedzieć, że każdy z projektów opierał się na podobnej zasadzie. Różnice wynikały z tego, że każdemu z nich towarzyszyły inne cele. W ten sposób obserwowaliśmy i badaliśmy jak duży zakres powinny mieć te przedsięwzięcia i do jakiego odbiorcy miałyby być skierowane; na ile te działania powinny być różnorodne i na ile skupione. Niewątpliwie najwięcej się działo podczas projektu drugiego, wokół Wyspiańskiego. Dlatego wymagał on wzmożonego wysiłku wszystkich ludzi zaangażowanych w jego realizację i przebieg. Z satysfakcją muszę stwierdzić, że w działania techniczno-wykonawcze całą swoją energię włożyły poszczególne działy teatru. Natomiast dział marketingu i kierownictwo techniczne pracowało również nad koncepcją i ostatecznym kształtem projektu. Jego recepcja natomiast powiedziała nam najwięcej o tym, co warto kontynuować, co spotyka się z pozytywnym odbiorem społecznym. Bardzo się cieszę, że z tak twórczymi ludźmi mogłem się tutaj w bydgoskim teatrze spotkać.

W.K.: Można powiedzieć, że jest Pan prekursorem, bo nikt wcześniej w Bydgoszczy takiego pomysłu nie realizował. Stąd może miał on swoich zwolenników, ale padały też uwagi krytyczne, jak choćby ta, że o „Tymonie Ateńczyku” mówiło się mniej, niż o pomidorowej uczcie Chotkowskiego. Zresztą to akurat spostrzeżenie niezbyt trafne, albowiem Szekspirowskiemu spektaklowi Macieja Prusa wiele miejsca poświęciły „Teatr”, „Didaskalia” oraz „Dziennik”, „Polityka” i Nowa Siła Krytyczna.

P.Ł.: Wszystkie komentarze i opinie na temat pracy artystycznej teatru staram się przyjmować z pokorą. Myślę, że propozycje nowe i nieznane mają prawo spotykać się z różnymi, nie zawsze pozytywnymi reakcjami ze strony dziennikarzy i publiczności. Tym bardziej, że były one wprowadzane, no, trochę jakby w zwariowany sposób. Stąd mogły być różnie odbierane, mogły wzbudzać niekiedy opór i niezrozumienie. A być może było i tak, że niektóre pomysły wprowadzałem w niewłaściwym momencie i stąd wrażenie tego, że przesłaniały spektakle. A przecież sam projekt miał być wehikułem dla przedstawienia, które jest najważniejsze. Ale opinia na temat „Tymona Ateńczyka” jest na pewno krzywdząca. Tym bardziej, że Maciej Prus to pierwsza liga reżyserów w polskim teatrze. Jego pojawienie się tutaj to zaszczyt nie tylko dla mnie, ale dla tego teatru i miasta. Dlatego sądzę, że w tej dziennikarskiej wypowiedzi chodziło bardziej o prowokację i gazetową popularność, niż o rzetelną informację prasową. Zresztą na temat naszych projektów pojawiło się bardzo wiele kontrowersyjnych i prowokujących komentarzy również na forach teatralnych. Teatr zaczepiał ludzi, a oni na to reagowali.
Nie bez znaczenia był także fakt, że dwa pierwsze przedstawienia nie były łatwe. Gdyby prześledzić repertuar bydgoskiej sceny za moich poprzedników, to klasyka nigdy nie była tutaj przyjmowana ze szczególnym entuzjazmem i z euforią. Dlatego formuła projektów miała pomóc w zrozumieniu tych trudnych tekstów, miała zwrócić uwagę na dramaturgię klasyczną w teatrze.

W.K.: Podobne złośliwości towarzyszyły premierze „Powrotu Odysa” Wyspiańskiego. Wtedy twierdzono, że więcej emocji wzbudzały discopolowe szmoncesy zespołu Bayer Full.

P.Ł.: Powiem tak. Mam to, na co sobie zasłużyłem. To był rodzaj żartu z mojej strony, a że był mocny i prowokujący to wywołał takie, a nie inne reakcje. „Powrót Odysa” to w sensie przekazu spektakl naprawdę bardzo trudny. Ja osobiście niezwykle cenię to przedstawienie, uważam, że jest bardzo ciekawe w sensie inscenizacyjno-interpretacyjnym. Wszystkie działania wokół tej premiery miały przybliżyć problematykę tego dramatu i wyjaśnić pewne mechanizmy w pojmowaniu patriotyzmu i ojczyzny. Być może było tych działań za dużo. Dlatego bardzo uważnie słucham wszystkich wypowiedzi i sugestii na ten temat. Są dla mnie istotne i cenne. Analizuję je i wyciągam wnioski na przyszłość.

W.K.: Musiał Pan również tłumaczyć się przed bydgoskimi radnymi, którzy żądają, by w teatrze grano więcej komedii, fars…”Chcemy porządnego teatru, nie tylko wizjonerskich projektów” – powiedział jeden z urzędników.

P.Ł.: Taka wypowiedź w sytuacji, kiedy wystawiam wybitną klasykę w projekcie dotyczącym patriotyzmu, to jest skandal. Ja rozumiem, że ludzie lubią oglądać rzeczy prostsze i do przyswojenia łatwiejsze, jak show Szymona Majewskiego, ale teatr ma bez wątpienia do spełnienia obowiązki wobec wybitnej literatury dramatycznej. A szukanie nowego języka scenicznego wymaga ogromnej pracy i wielu poszukiwań. Dlatego bardziej oczekiwałbym od ludzi piastujących takie stanowiska wsparcia i zrozumienia. Zawsze będę dbał o charakter misyjny wszelkiej działalności teatralnej.

W.K.: Projekty obejmowały szeroką gamę działań – wystawy, konferencje, wykłady, dyskusje, pokazy filmowe, warsztaty i lekcje teatralne, performance…Była też próba czytana sztuki „Niestąd” Łukasza Chotkowskiego i słuchowisko „Akropolis” wg Wyspiańskiego. Które z tych pomysłów według Pana najlepiej wpisały się w ideę „teatru wokół projektów”?

P.Ł.: Najbardziej dumny jestem z tego, że do drugiego projektu, dotyczącego ojczyzny udało mi się namówić do współpracy takie instytucje jak Radio PiK, BWA czy Wyższa Szkoła Gospodarki. Jako człowiek przebywający w tym mieście zaledwie kilka miesięcy byłem zaszczycony, kiedy na konferencji prasowej mogłem usiąść obok prezesa Michała Jagodzińskiego, dyrektora Wacława Kuczmy i przedstawicieli WSG. Wsparcie tych szacownych instytucji w projekcie ojczyźnianym uważam za sukces i nobilitację. W Radiu PiK można było na żywo posłuchać słuchowiska transmitowanego z teatru, w BWA prezentowali swoje prace performerzy, a na WSH odbywały się wykłady, których koordynatorem był dr hab. Marek Chamot. Szkoda, że ta ostatnia sfera naszego działania nie do końca została dostrzeżona przez media. Wykłady prof. Andrzeja Szahaja, dr Grzegorza Kaczmarka, dr Joanny Wnuczyńskiej cieszyły się dużym powodzeniem nie tylko w środowisku studenckim. Myślę, że taka forma ambitnego spotkania, choć bardziej elitarna, jest bardzo potrzebna i wartościowa. Dlatego serię wykładów, dotykających istoty problemów poruszanych w teatrze, chciałbym kontynuować.

W.K.: Czy to znaczy, że w przyszłym sezonie bydgoskie życie teatralne będzie nadal toczyło się wokół projektów?

P.Ł.: Tak, tylko że nowe projekty przybiorą nieco inną formę. Dopiero w tej chwili nad tym pracujemy. Do tej pory projekt był tworzony wokół każdego spektaklu osobno. Teraz będzie łączył tematycznie kolejne premiery. Przewiduję, że w sezonie 2007/2008 będzie ich siedem.

W.K.: Czy jesienna premiera spektaklu „Motortown” Simona Stephensa, w reżyserii Grażyny Kani, związana będzie z jakimś projektem?

P.Ł.: Nie. Ten spektakl jest przygotowywany specjalnie na otwarcie Festiwalu Prapremier.
Długo z Grażyną Kanią szukaliśmy tekstu, który by nas zainteresował. Stephens jest dramaturgiem dotychczas w Polsce mało znanym i w ogóle nie granym. Związany jest z Royal Court Theater w Londynie, gdzie wcześniej pracowali Mark Ravenhill i Sarah Kane. W tej chwili jego dramaty wystawiane są już w Niemczech. Mamy taką nadzieję, że niedługo stanie się dramatopisarską gwiazdą również w naszym kraju.
Sztuka „Motortown” napisana jest w konwencji dramatów wyrosłych z Royal Court; z jednej strony jest bardzo prosta, ale opisuje trudny problem ostrym językiem nieociosanej poezji. Mówi o człowieku powracającym z irańskiej Basry, który nie potrafi odnaleźć się w społeczeństwie. W ten sposób angielski dramat dotyka również naszych problemów i naszej rzeczywistości. Możemy zobaczyć rozdźwięk, jaki powstaje między ludźmi powracającymi z wojny, a tymi, którzy w tym czasie byli w kraju. I w tym sensie jest to rzecz przejmująca. Zarówno dla Anglików, jak i dla nas Polaków.

W.K.: W tym roku po raz pierwszy będzie Pan, po kadencji Adama Orzechowskiego, dyrektorem Festiwalu Prapremier. Podobno w programie zobaczymy również spektakle międzynarodowe. Poszukiwał ich Pan w Niemczech i w Moskwie.

P.Ł.: Spektakle zagraniczne będą swego rodzaju aneksem do festiwalu i będą pokazane poza konkursem. Zawsze podkreślałem, że idea, by uczynić Festiwal Prapremier imprezą międzynarodową, jest raczej utopijna. Nie wiem czy jakiekolwiek miasto w Europie byłoby stać na zaproszenie najlepszych spektakli prapremierowych z całego świata. Dlatego staram się tylko o rozszerzenie perspektywy. Trzon festiwalowego repertuaru będą stanowiły realizacje polskich teatrów. Sądzę, że zobaczymy razem około dziesięciu przedstawień.

W.K.: W tym roku zdobył Pan nagrodę dla najlepszego reżysera podczas Festiwalu Dwa Teatry w Sopocie, za słuchowisko „ Witaj w tej krainie”, wg prozy Marka Nowakowskiego. W Bydgoszczy zrealizował Pan słuchowisko „Akropolis” na podstawie Wyspiańskiego. Ci, którzy nie mogli przyjść do teatru, mogli wysłuchać bezpośredniej transmisji radiowej.

P.Ł.: Pracowałem bardzo długo w Teatrze Polskiego Radia i tam uczyłem się warsztatu. Lubię to medium, jest naprawdę wspaniałe. Przyznam, że pomysł z „Akropolis” był trochę szalony, ale jako dyrektor teatru mogłem sobie na taki kaprys pozwolić. Widziałem już wcześniej takie słuchowiska transmitowane na żywo w Londynie. Bardzo mi się podobały. Dlatego zawsze miałem ochotę na pokazanie kuchni radiowej, z jej wszystkimi efektami. To był dla bydgoskich aktorów duży wysiłek, ale myślę, że się dobrze przy tej realizacji bawili i mogli spenetrować obszary dotychczas im nieznane.

W.K.: „Akropolis” zostało bardzo ciepło przyjęte przez publiczność, podobnie jak próba czytana sztuki „Niestąd” Łukasza Chotkowskiego.

P.Ł.: W końcu lat 90. w Poznaniu organizowaliśmy często takie czytane pokazy, kiedy inne teatry jeszcze tego nie robiły. Wtedy było to dla mnie szalenie fascynujące, bo przecierałem jakby nowe szlaki w teatrze. W tej chwili jest to już forma dużo bardziej popularna i nie jest niczym nowatorskim. Natomiast istnieją teksty, które warto w ten sposób sprawdzić na scenie. Wtedy, kiedy nie do końca jesteśmy pewni ich wartości.

W.K.: Był Pan w tym roku jurorem na Festiwalu Szkół Teatralnych w Łodzi. Jak Pan ocenia umiejętności tegorocznych absolwentów i czy udało się Panu pozyskać młodych ludzi do Teatru Polskiego w Bydgoszczy?

P.Ł.: Tak, znalazłem cztery osoby, które – mam nadzieję – od nowego sezonu będą z nami współpracować na stałe. Trzy z nich to absolwenci łódzkiej „filmówki” Maciej Radel zagrał już rolę Telemaka w „Powrocie Odysa”, Dominika Biernat i Mateusz Łasowski zadebiutowali w „Przebudzeniu Wiosny” Wedekinda. Natomiast Marta Ścisłowicz, absolwentka wrocławskiej PWST, pracuje aktualnie z Grażyną Kanią przy „Motortown”.
Odnoszę wrażenie, że na tegorocznym festiwalu trudniej było dostrzec ciekawe i interesujące aktorskie osobowości. Było ich po prostu znacznie mniej niż wtedy, kiedy poszukiwałem nowych aktorów do zespołu Teatru Polskiego w Poznaniu. Może to kwestia wieku i przychodzącego z nim dystansu, a może wynik seryjnej produkcji telenowel, gdzie aktorstwo jest gładkie, nie wymaga szaleństwa i kreatywnej siły.

W.K.: Jak Pan ocenia stan polskiej krytyki teatralnej? Czy rzeczywiście jest tak, jak pisze Tomasz Mościcki, że „polska krytyka teatralna spaskudniała”, że nie kieruje się ona zasadą bezstronnej oceny tylko polityką kulturalną?

P.Ł.: Sam się nad tym problemem często zastanawiam i sądzę, że winne takiemu stanowi rzeczy są same media. Kiedyś wystarczyło zrobić premierę, dziś, trzeba zrobić wydarzenie, bo tego wymagają media. Dlatego pewne fakty przestały być faktami artystycznymi, stając się tylko medialnymi. Czyli można powiedzieć, że giełda teatralna w Polsce rządzi się prawami newsu. Reżyserzy i dziennikarze też stali się postaciami medialnymi. Nie rozumiem tylko dlaczego krytycy piszą o krytykach. Podejrzewam, że Puzynę szlag by trafił. Ale mam wrażenie, że ten cały galimatias powodują i podsycają jednak same media.

W.K.: Łukasz Drewniak mówi, że to wynik zmian generacyjnych. Może rzeczywiście nie wszyscy nadążamy za poszukiwaniami nowego języka w teatrze.

P.Ł.: Zadaniem każdej sztuki jest szukanie nowych środków wyrazu. I z tego powodu nikt nie powinien się oburzać. Pod tym względem sprawa jest bezdyskusyjna. A wszelkie rozmowy na ten temat powinny mieć zawsze charakter merytoryczny, a nie dotyczyć samych mediów i środków przekazu. Jest to bez wątpienia temat bardzo trudny do rozstrzygnięcia i nie chciałbym się w tej materii wypowiadać kategorycznie.

W.K.: Dziękuję za rozmowę.