Wydanie bieżące

15 lipca 14 (86) / 2007

Monika Glosowitz,

POETYCKIE ESPERANTO

A A A
Debiutanckie „Ajajaj…!” Marty Grundwald kwestionuje zastane poetyckie porządki. Tajemniczy tytułowy szereg powstał w wyniku prostego przestawienia znaków w „ja” – kluczowej dla tomu kategorii podmiotu (nie?)lirycznego – i powieleniu otrzymanego tworu. Przypomina też anglojęzyczne zaimki w transkrypcji fonetycznej, zwłaszcza biorąc pod uwagę zamiłowanie autorki do języków obcych i nawiasów kwadratowych. Ciekawostka: „ai” to z kolei w języku prowansalskim po prostu czosnek. A podmiot już w pierwszym wierszu opatrzonym tytułem „pokażę ci jak przechodzę przez jezdnię” ostrzega parokrotnie: „[Mam zły smak w ustach]”. Można by zresztą mnożyć dalej: „ai” to japońskie imię żeńskie oznaczające miłość, a „AI” to przecież sztuczna inteligencja. Ponadto powtórzoną sylabą „aj” (Grundwald dodaje tu, dla własnego nie-porządku, trzeci element) w tragedii greckiej chór wyrażał swoje cierpienie. Faktycznie, splot bólu, lęku i głodu powraca w tej poezji jak lejtmotyw. Sam tytuł sygnalizuje już językowy chaos, poetycki wielogłos. Powstała mieszanina przypominająca somatyczną reminiscencję biblijnego fragmentu zawartą w powieści „Wszystkie języki świata” Zbigniewa Mentzla. Wizję bezkształtnej masy języków poruszających się w gorączkowych parkosyzmach. Stąd też pewnie ten potop: „rankiem tonę we własnej ślinie” („wilgoć”).

Do świata po językowej katastrofie wkracza się całkiem zwyczajnie: „pokażę ci jak przechodzę przez jezdnię / patrz: nie jestem żadną wyrocznią” – kusi podmiot. Szybko jednak dostrzega się nowatorstwo poetyckiego obrazowania, szał skojarzeń oraz rytmiczny freestyle. Wreszcie młoda poezja (zwłaszcza ta pisana przez kobiety) została uwolniona od zabiegów mityzacji rzeczywistości, a więc projektowania własnych wizji prapoczątków, onirycznych krajobrazów i natarczywego wykorzystywania ogranej symboliki. Grundwald zawzięcie rozbija słowa, symbole i stereotypy. Wykorzystuje (z)używane szablony, doprowadzając je do absurdu: „dziś jestem (…) / rybą głębinową [pod-daję się] / wywróżono mnie z wosku w klozecie / wspominam czasy kiedy żyłam w wodzie” („chwila wywróżona [z wosku]”).

Poetka unika też operacji, które wykonywano dotychczas na tożsamości podmiotu lirycznego, mam tu na myśli nieustanną decentralizację „ja” i ukrywanie go za światem przedstawionym. Jej „Ja-ja-ja” na znak protestu niesie nawet w zębach „swój akt urodzenia” („entelechie”). Ponadto sprzęgnięcie wielu głosów i odgłosów rozsadza wszelkie rygory formalne w prezentowanych wierszach. Teksty zawarte w tomie „Ajajaj…!” tworzą więc nie tyle poetycki eksperyment, bo wiemy, że żyjemy w „kulturze wyczerpania”, co kolaż. Nie można również nie zauważyć plastycznej oprawy książki, która jest efektem wspólnych wysiłków autorki i Piotra Zdanowicza. Ta poezja ma w sobie coś z happeningu, czy może raczej z (bardziej współczesnego) performance’u.

Grundwald, nie dość, że przyznaje się do bezpośrednich zapożyczeń z Johna Cage’a figurującego na jej liście „rodziców chrzestnych”, to tworzy własny autorski megakolaż. Przeszczepia na grunt poezji kadry filmowe („wenega”), eksperymenty malarskie („malewiczowi”), a nawet popularyzowane przez serwis „YouTube” filmy przyrodnicze („tribute2S.”). Oprócz tego transponuje słowa piosenek (Queen) oraz wplata fragmenty współczesnej poezji (choćby wierszy Poświatowskiej i Wojaczka) czy aluzje literackie („tnę się jak pianistka”, z tekstu „lsm”). Poetka śmiało zestawia surrealistyczne wizje: „niemowlęta unoszą się wzdłuż ulic” („wenega”), z postulatem „geometryzacji przestrzeni” i minizabawami lingwistycznymi. Tworzy zatem swoje poetyckie esperanto. Nieprzypadkowo pojawia się tu „Ro”, które oznacza też nazwę sztucznego języka stworzonego przez Edwarda Powella Fostera. Można by śmiało przypisać jej realizację poematu performacyjnego, który też nie jest już przecież żadnym literackim novum.

Tak powstaje „kopia kopii kopiii”, nowoczesny wielowymiarowy centon, „miasto-głos-tapeta” („nauka wiary w weekend”). Prywatny „model do składania”. Produkt wymagający dekodowania albo własnego re-kodowania, bo brak w tomie numeracji stron, spisu treści, a fragmenty tekstów, które wyszły spod pióra wymienionych na końcu autorów, wcale nie tak łatwo zidentyfikować. Autorka zachęca jednak w notce umieszczonej na okładce: „Proszę wąchać, wydzierać, kalkować, lizać, odplamiać, gubić, kraść, czytać, wachlować, podsłuchiwać, podejrzewać, szturchać itd. itd. Im większa różnorodność interakcji, tym bardziej będę uradowana”. Poważnie potraktowaliby taką propozycję na pewno brytyjscy artyści: Barry Flangan i John Latham, którzy w latach 60. XX wieku zorganizowali akcję przeżuwania stronic kultowej dla tej dekady książki Clementa Greenberga „Art and Culture”. Rewolucje w sztuce mają to do siebie, że poruszają odbiorców tylko do następnej kulturowej kontestacji. Grundwald jednak sprytnie przemyca w swoich wierszach słynny gest à la Kozakiewicz: „plujcie przede mną na chodnik / żebym jeszcze łagodniej stąpała” („doktoranci jeżdżą tramwajami”).

Przestrzenią tej poezji jest niewątpliwie chaotyczne miasto wraz ze swoim natręctwem odgłosów, zapachów i feerią „tele-wizji”. Nawet Bóg jest „satelitą”, a „papieże filtrują w stylu pop powietrze” („nauka wiary w weekend”). Oczywiście, podmiot poszukuje tu jakiegoś punktu oparcia, środka, sensu: „nie wychodzić / słychać dźwięków, widać kolorów czuć // nic” („saffron 2004”), ale nawet „mo-mentalna” próżnia okazuje się niemożliwa. Schronieniem staje się wtedy ciało, ratunkiem bezdyskusyjny dyktat fizjologii. Choć czasami somatyczne wizje miasta mieszają się z mechanistycznymi wizjami ciała: „mogę sobie najwyżej polizać łyżeczkę / za godzinę wypchają mnie cukrem / i sprawdzą odczyty – / stan liczników mojego ciała” („tribute2S.”); „dlaczego czekają na mnie / wszystkie głodne pociągi?” („doktoranci jeżdżą tramwajami”).

Mimo wszystko ciało jest też kolejnym ze znaków: „czuję się jak litera” („wilgoć”), „moja krew nabiera znaczeń” („mój dom jest teraz pełen zasadzek”). Tekstowy korpus jest jednak rozczłonkowany. Jakby w myśl twierdzenia Jeana-Luca Nancy’ego – ciało jest tu „bytem roz-pisywanym”. Ro-zbieranym. (Grundwald posiada „instynkt zbieracki”.) Jednym z elementów okładkowego kolażu jest fragment obrazu Rembrandta, gdzie w miejscu ciała Adriaena het Kinta znajdują się nieproporcjonalnie duże usta. Autorka urządza więc prywatną autopsję języka. Gromadzi i miesza rejestry poetyckie, wyraźnie się od nich dystansując. Jej poezja jest nieuporządkowana (co jednak daje wrażenie świeżości, nawet surowości) i niepodporządkowana żadnym klasyfikacjom tworzonym na potrzeby krytycznoliterackich syntez.

Wracając do problematyki ciała, które jest podmiotem/przedmiotem najgłębszej, poetyckiej eksploracji, trzeba od razu zastrzec, że pierwsze konotacje z koncepcjami kobiecego pisania à la Cixous nie są pożądane. „Próbuję coś urodzić skórą” – pisze wprawdzie Grundwald, ale od razu zaciera trop frazą: „pracuję dupą ergo zbieram na ksero / z demobilu kseruję ciała moje i zwierząt / cudzych ludzi podbródki gardła i trzustki” („nauka wiary w weekend”). Szczepan Kopyt w swojej recenzji tomu „Ajajaj…!” zauważa, że poetka „na nowo robi z poezji sztukę i to od razu abject”. Faktycznie, utwory bardziej przypominają wymioty niż „biały atrament” (choć francuska feministka kobiecą hojność widziała w metaforyzacji tekstu jako każdej z wydzielin ciała). Poza tym właśnie natura abject jest chaotyczna, co odpowiada kompozycji tomu. Ciało niejednokrotnie jest tu rozebrane do ostatnich granic – wtedy jest samym mięsem i jednocześnie samym głodem, co od razu przywodzi na myśl wiersze Wojaczka. Grundwald jednak żongluje zapożyczeniami. Tworzy zarys relacji pomiędzy ciałem i przetworzonymi w medialnej i poetyckiej praktyce oraz społecznej świadomości obrazami ciała: „jak się ma cipkę to ma się dużo problemów / i sztuczne perły i częste dylematy” („subtelnie”), „homo. hetero. homo. homo. hetero. / ha ha ha ha ha” („lsm”). Takiej społecznej symetrii strzeże „perwersyjna stróżka krwi na kafelku. rzeczka-miesiączka” („podaj przykład przesunięcia kategorialnego”). Histeria (w feministycznym rozumieniu swoisty żeński protojęzyk) występuje tu obok sentymentalizmu (w ujęciu popularnym – kobiecego biadolenia). Podmiot jednak, konsekwentnie dystansujący się od „poetów”, uparcie atakuje wszystkie utrwalone społeczne i kulturowe normy: „pierdole”, mówi, „całuję was / gdzie chcecie”. Znamienny jest też gest odrzucenia maski: „idę z odsłoniętą twarzą / pierwsze autobusowe spojrzenie / nada mi rysy na cały dzień” („feux d’artifice”). Obraz ciała stworzony przez Grundwald jest ruchomą wizją, ciągłym ironicznym przetwarzaniem wygenerowanych przez kulturę masową i umieszczonych w obszarze tabu wyobrażeń. Właśnie dlatego jej atak na rzeczywistość przekonuje. Tym bardziej, że podmiot, chcąc, nie chcąc, sam wpada „dzień-w-dzień-w-tę-samą-sieć – pajęczą” („podaj przykład przesunięcia kategorialnego”). Kolejnym etapem jego buntu może być już tylko samotna hibernacja albo autoagresja: „[w lustrze byłam sobą / i leciała mi od tego krew]” („guerilla”), dlatego też pewnie pojawia się ta wszechobecna woda, nawiedzająca sny w postaci rzeki i cyklicznego deszczu. Oczyszczająca, ale i niosąca śmierć.

Niewątpliwie, udało się stworzyć poetce prowokujące zaproszenie do lektury. Udała się również „sztuka dotyku” poprzez słowa (jeszcze raz odnosząc się do performance art, poezja byłaby bliska zwłaszcza projektom Valie Export). Lektura tomu przypomina przejście przez „zaminowane pole”. Ucieka się jak najszybciej, tropiąc po drodze eksplozje i tracąc słowa. Tyle że wiersze wracają potem jak bóle fantomowe: „proszę nas obciążyć odpowiedzialnością za straty” („ze szklanką czy bez”). I jeszcze raz: „proszę nas obciążyć odpowiedzialnością za straty”.
Marta Grundwald: „Ajajaj…!”. Wydawnictwo Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej i Centrum Animacji Kultury w Poznaniu. Poznań 2006.