Wydanie bieżące

15 lipca 14 (86) / 2007

Łukasz Iwasiński, Karol Schwarz,

100 FILMÓW

A A A
Formacja Karol Schwarz All Stars istnieje już 9 lat, ale szerszej publiczności ujawniła się dopiero w 2005 roku, dzięki kompilacji „Greatest hits”, będącej wyborem z wcześniejszych, wydanych własnym sumptem i funkcjonujących w bardzo ograniczonym obiegu płyt. Od kilku tygodni ferment sieje nowy materiał grupy – „100 filmów”. O jednym z najoryginalniejszych zespołów naszego undergroundu rozmawiałem z jego mózgiem – Karolem Schwarzem; co nieco dopowiedzieli także Cent i Borys Kossakowski.



Łukasz Iwasiński: Opowiedz o projekcie Karol Schwarz All Stars, przedstaw jego historię.

Karol Schwarz: Projekt powstał w 1998 roku. Kupiłem wtedy swój pierwszy komputer PC i zacząłem eksperymentować z dźwiękiem. Był to czas, kiedy jeszcze działałem w B10 TO Underground i Superslicer – gitarowych zespołach, w których grali m.in. Artur Tobolski oraz bracia Dowgiałło [można ich usłyszeć na późniejszych płytach Karol Schwarz All Stars]. Nazwa została zainspirowana biografią Milesa Davisa – wyczytałem w niej, że w pewnym okresie prawie każdy jazzowy band nazywał się „Imię Nazwisko + All Stars”. To bardzo pasowało do nie-jazzowej formuły mojej pierwszej płyty.
W 1999 roku z Arturem i braćmi Dowgiałło zmontowałem projekt Podzespół - projekt performerski, z piosenkami w stylu EBM/new wave i tekstami o miłości. Było to jednorazowe przedsięwzięcie, ale ważne muzycznie, dlatego o tym wspominam. Efektów można posłuchać na: myspace.com/podzespol
Rok 2000 to „Strzał” – muzycznie zbliżony do debiutu [industrial-shoegaze-ambient]. Podobnie dopieszczona produkcja i sporo ostrych brzmień. Słychać wpływy Nine Inch Nails oraz Spiritualized. W tym samym roku wyszedł jeszcze minialbum „B”. B jak Bieszczady. W 2002 ukazała się „Wiocha”. Na niej ostatecznie rozliczyłem się z Reznorem i jego udawanymi emocjami (śmiech) nagrywając swoją wersję „eraser” [el laser]. Brzmienia były tu słabe, czasem przypadkowe, najważniejszy był klimat wiochy. Pojawiły się flirty z dubem. Rok 2004 to pierwsze koncerty pod szyldem Karol Schwarz All Stars. W 2005 ukończyłem płytę „Bożena poszła”, będącą kontynuacją „Wiochy” rozszerzoną o heimat melodies [„Griechischer Wein”] . Zainteresował się nią Łukasz Pawlak (szef Requiem Records) i tak powstała kompilacja „Greatest Hits” złożona z hitów z „Wiochy” i „Bożeny”.
Jesienią 2006 pojechałem z Borysem i Centem do Szymona Albrzykowskiego i wówczas powstało „100 filmów”.



Ł.I.: Jak byś porównał „Greatest Hits” do „100 filmów”? – płyta pokazuje zupełnie inne oblicze zespołu?

K.S.: „Greatest Hits” miała rytmy robione w komputerze. Była poskładana z klocków. Montowałem ją mozolnie, głównie sam w domu. „100 filmów” bazuje na rytmach z generatora i została nagrana w 3 dni. Pełna improwizacja. Miks zajął dwa miesiące, bardzo szybko. „100 filmów” to zupełnie inny skład. Wojtek Dowgiałło dograł wokal tylko do jednej piosenki [„Simply Happy Song fo Christmas”]. „Greatest Hits” – brzmienia chillout, a “100 filmów” – sporo noisu; „Greatest Hits” – komputer, a „100 filmów“ – analog; „Greatest Hits” – 45 minut, a „100 filmów” – 74 minuty.

Ł.I.: Zgodzisz się, że Wasza muzyka jest dość dezorientująca? (Co dla mnie jest dużą wartością.) Balansujecie na granicy poezji, surrealizmu i groteski. Nie wiadomo nigdy, ile jest w tym powagi, ile zgrywy. Tak było na „Geatest Hits”, tak jest też teraz, choć proporcje się zmieniły, bo na poprzedniej płycie było na pewno więcej dosłownego, bezpośredniego humoru.

K.S.: Ten surrealizm nazwał bym raczej psychodelią lub muzyką hippisowską po prostu. Wypadkowa wektorów Centa, Szymona, Borysa i mojego. „Taking drugs to make music to take drugs to”. Jeśli chodzi o żarty to przyznaję się do nich w utworach numer 1, 7 i 11. A czy jest dezorientująca? Chciałbym, żeby ta płyta trafiła do ludzi, którzy rozumieją co, to jest shoegaze, Velvet Underground – oni chyba nie będą zdezorientowani. [VU & Nico też niby dezorientacja, a jaka dobra!] Czytając wiele recenzji „Sleep well vol. 3.”, na której znalazł się nasz utwór – „Simply Happy Song for Christmas”, byłem nieco zmartwiony, że tylko Artur Rojek odgadł czym się inspiruję... Za poezję Wojaczka i Pisza (Piotra Szwabe) odpowiedzialny jest Cent, który przywiózł ze sobą tomiki tych poetów. Tam chyba żartów nie ma.

Cent: Dobór tekstów był też spontaniczną improwizacją. Na sesję przywiozłem 7 czy 8 tomików bardzo różnych autorów. Wojaczek jest bezkompromisowy i buntowniczy, nieprzejednany, ale jednocześnie niespełniony w swoim dążeniu do odkrywania prawdy o sobie. Jest uniwersalny, chociaż już trochę niemodny. Pisz to pozornie inna bajka, stonowany, refleksyjny, z nutą rezygnacji i smutku. Jest jednak coś nieuchwytnego, co łączy ich teksty, może dekadencki klimat, może podobny punkt, z którego opisują rzeczywistość, może jeszcze coś innego. Wybrałem te teksty bo mnie poruszyły i w jakiejś mierze utożsamiam się z nimi. Różnorodność tekstów i partii wokalnych dobrze wpisuje się w „dezorientujący” charakter muzyki. Wojaczek, co widać po pierwszych komentarzach na temat płyty, to dla wielu ciągle prowokacja.



Ł.I.: Może Cię zaskoczę, ale rozedrgana, spogłosowana gitara pobrzmiewająca na „100 filmach” skojarzyła mi się z solową twórczością Marcina Dymitera (jako Emiter), a także Columbus Duo – w tym sensie, że podobnie jak one wywołuje u mnie obrazy morza. Czy to, że mieszkacie nad morzem, morze samo w sobie, jakoś Was inspiruje?

K.S.: Morze jest cudowne, szczególnie w Rozewiu, poza sezonem, gdzie czasem bywam u Kaczmara. Ale bardziej mnie inspiruje do życia, niż do grania. Moje granie na gitarze jest efektem inspiracji sprzed lat. Wychowałem się na Spiritualized i Velvet Underground. Ostatnio przesłuchiwałem dyskografię Neila Younga i zauważyłem podobieństwa. Taka leniwa gitara. Utwierdziłem się więc w tym, co robię.

Ł.I.: Dużą estymą darzysz Jasona Pierce’a, co jest w nim tak wyjątkowego?

K.S.: Zespół Spiritualized jest chyba jedynym z fali shoegaze, który z powodzeniem nadal wydaje płyty i gra koncerty. W Polsce jest mało znany, ale ja w postaci „Spacemana" widzę bratnią duszę. Kocham te jego monotonne gitary, często połączone z trąbkami, harmonijką ustną i chórkami gospel. Może nie do końca identyfikuję się z jego wypełnionymi przez Boga Wszechmogącego tekstami z ostatnich albumów, ale jeśli założyć, że w sprawach wiary chodzi mu o to samo co Prawattowi, to w stu procentach jestem za (śmiech). Nigdy jednak nie wiadomo do końca, na ile artysta jest poważny w tym, co robi. Zupełnie jak w Karol Schwarz All Stars. I taką furtkę zawsze sobie pozostawiam, zarówno jako słuchacz, jak i muzyk.

Ł.I.: Patrząc na twój dorobek, dostrzegam fascynację gitarową, hałaśliwą psychodelią, wyraźne wpływy postindustrialne i dubowe, z drugiej strony elementy soulu, folku a nawet country. Często dają o sobie znać jednocześnie ciągoty w kierunku pastiszu, igrania z kiczem i tandetą. Jest w tym jakiś wspólny mianownik?

K.S.: Wydaje mi się, że nie jestem odpowiednią osobą do odpowiedzi na to pytanie.

Ł.I.: Nad płytą pracowaliście w dość ciekawych warunkach. Jak przebiegał proces twórczy i sesja?

Borys Kossakowski: Akcja była zupełnie spontaniczna. Pewnego dnia zapakowaliśmy instrumenty do starego fiata uno i, przedzierając się przez strugi deszczu, pojechaliśmy do Łosiennic, gdzie znajduje się dom Szymona. Materiał nagrywaliśmy bez żadnych wcześniejszych założeń. Nikt nie przypuszczał, że powstanie z tego płyta. Rozłożyliśmy sprzęt w starym domu z czerwonej cegły. Szymon palił w piecu kaflowym, było już naprawdę zimno. Kiedy przychodziła wena, zasiadaliśmy za instrumentami, Karol wciskał klawisz „record" i graliśmy. Czasami improwizacje trwały godzinami, czasami graliśmy wcześniej przygotowane kompozycje Karola (np. „Simple Happy Song For Christmas”). Coś zjedliśmy, coś wypiliśmy i znów graliśmy, zmieniając się przy instrumentach. Była późna jesień. Chata Szymona to takie przysłowiowe „In the middle of nowhere". I słychać to na „100 filmach".

Cent: Dom Ani i Szymona oraz jego otoczenie jest niezwykłe. Jednocześnie zupełnie normalne. Po prostu wieś, gospodarstwo i jego gospodarze o duszach artystów. Zawsze się tam dobrze czułem, spotykałem ciekawych ludzi. Swoboda, tolerancja, używki. Niewiele trzeba, żeby się tam fajnie znaleźć, albo dobrze zgubić. W każdym razie warunki mocno sprzyjające muzycznym improwizacjom i poszukiwaniom. Mój udział w sesji był raczej skromny i zdecydowanie spontaniczny. Głównie czytałem wiersze. Nie znałem zamierzeń Karola, chociaż wiedziałem oczywiście o rejestracji tego, co gramy. W efekcie materiał od strony wokalnej ma sporo niedociągnięć, ale dzięki temu być może pozbawiony jest rutyny i poprawności, które często źle wpływają na całokształt.

K.S.: Podsumowując, Szymon zadzwonił, że ma wolną chatę, więc wpadłem z kumplami uzbrojony po zęby (śmiech).

Ł.I.: Wykorzystaliście generatory Szymona Albrzykowskiego, które już niemal obrosły legendą. Opowiedz o tym sprzęcie.

K.S.: Maszynę wykonał nieznany mi konstruktor, chyba amator. Oczywiście to jedyny egzemplarz. Niegdyś wykorzystywał ją Szelest Spadających Papierków, a obecnie służy Prawattowi i KSAS. Urządzenie posiada 4 kanały, z których 3 to generatory, a jeden jest pusty i do niego Szymon podłącza zewnętrze źródło dźwięku. W przypadku Prawatta jest to gramofon, jednak tym razem był to magnetofon, który odtwarzał nagrane wcześniej dźwięki. Szymon umila sobie czas, grając na generatorach i gramofonach. Nagrywa to na taśmy magnetofonowe i nazywa ten projekt „100 filmów” [kaset ma być w sumie 100]. Stąd tytuł płyty. Wracając do konstrukcji maszyny, każdy kanał jest wyzwalany przez automat perkusyjny. Rytm ustala się za pomocą 64 przycisków, po 16 na każdy kanał] Wszystko zapakowane w stylową walizeczkę. To, co wychodzi z generatora przechodzi dodatkowo przez efekty, z których jeden jest również domowej roboty. Ale jego działania nie pojmuję, choć brzmienie kocham. Wypada w tym miejscu dodać, że te graty działają dzięki Jachiemu [Prawatt], który je kilka lat temu przywrócił do życia po długiej przerwie. Chwała mu za to!

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.