ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (86) / 2007

Mariusz Wiatrak,

THE CHEMICAL BROTHRES

A A A
“We Are the Night”. EMI, 2007.
Big-beat ugrzeczniony. To już szósty krążek The Chemical Borthers i ostateczny dowód, że światoburcze pokolenie klubowiczów przestało marzyć o rewolucji.

Pod koniec lat 80. w Anglii mnożyły się nielegalne imprezy organizowane w opuszczonych halach fabrycznych. Gazety rozpisywały się o tajemniczej i niepokojąco brzmiącej muzyce acid house, zabójczych właściwościach ekstazy i starciach uczestników nielegalnych muzycznych spędów z policją.

Kultura rave niemal dwadzieścia lat temu wstrząsnęła Wielką Brytanią. Paradoksalnie tworzyli ją ludzie, którzy nie interesowali się polityką i po tygodniu pracy chcieli się tylko świetnie bawić. To polityka zainteresowała się nimi. Zjawisko szybko stało się pożywką dla mediów, zwłaszcza dla prawicowych brukowców. Dziennikarze, nie wychodząc z redakcji, do woli rozpisywali się o zdeprawowanej młodzieży, która słucha ogłupiającej muzyki, a do tego zażywa podejrzanych używek. Rave osiągnął swoje apogeum w 1995 roku, kiedy osiemnastoletnia Leah Betts zmarła na jednej z takich imprez rzekomo po zażyciu po raz pierwszy tabletki ekstazy. Od tamtego czasu zjawisko zaczęło stopniowo przygasać, zaś raverzy nie wywołali – wieszczącego przez rozhisteryzowane media – społecznego przewrotu. Poza tym, kiedy dwa lata później pokolenie acid house’u bojkotujące od kilkunastu lat oficjalne życie polityczne po raz pierwszy poszło do lokali wyborczych – konserwatyści ponieśli sromotną klęskę. Raverzy zaś przenieśli się do legalnych klubów.

Dopiero tam doszło do prawdziwej rewolucji. Urządzenia miksujące zaczęły być traktowane jak równoprawne instrumenty, didżeje zyskali status twórców równych muzykom, remiksy stały się chlebem powszednim artystów. To tam zaczęły powstawać nowe gatunki muzyki elektronicznej (trip-hop, acid jazz czy nawet sięgający korzeniami eurodance), pojawiły się nowe twarze muzycznego show-biznesu. Swoją karierę zaczynali Fatboy Slim, The Prodigy, Propellerheads i The Chemical Brothers, którzy szybko stali się międzynarodowymi gwiazdami.

Ten chętnie przytaczany przez dziennikarzy rave’owski kontekst w obliczu wydawanych kolejnych krążków wyżej wspomnianych artystów to nic nowego, ale dopiero teraz – przy okazji premiery „We Are The Night” The Chemical Brothers – stał się on wyjątkowo aktualny. Pierwsze pokoleniu clubbersów, któremu dawno już stuknęła czterdziestka, straciło impet z początku lat 90. Taneczne rytmy zostały przemielone przez popkulturę. Klubowa elektronika zaczęła wchłaniać inne style muzyczne: jazz, funk, muzykę filmową, sam zaś duet przestał zachwycać krytykę, która zdążyła się przyzwyczaić do ich niezbyt już dzisiaj nowatorskich patentów. Stąd nic dziwnego, że tworząc „We Are The Night”, podążyli ścieżką utorowaną przez siebie samych przed laty.

Tom Rowlands i Ed Simons swoje najnowsze dzieło nagrali w dawnym schronie atomowym w północnym Londynie (nawiązanie do poprzemysłowych parkietów lat 80?). Ze swobodą połączyli nowe ze starym – współczesną psychodelę z matematycznymi rytmami, które rządziły na parkietach Manchesteru przeszło dwie dekady temu, pozbywając się przy tym naleciałości popowej melodyki, odsuwając na bok też breakbeat. Co nie znaczy, że nie ma ich tam wcale. Na „We Are The Night” jest i połamana perkusja (zapętlony „Do It Again”), i odrobina przebojowości (dyskotekowy „Salmon Dance”), ale też sporo prostego electro („Das Spiegel” czy „Saturate”). Z jednej strony, mamy charakterystyczne dla nich karkołomne popisy perkusyjne, z drugiej – o wiele bardziej oszczędną rytmikę: taneczny bit łączy się z industrialnymi dźwiękami; głęboki, zakwaszony bas z cukierkowymi podkładami melodycznymi.

„We Are The Night” to nostalgiczny powrót do korzeni współczesnej elektroniki, a jednocześnie zamknięcie pewnego okresu w muzyce rozrywkowej. Jeszcze parę lat temu Fatboy Slim wywołał skandal, przyznając się do zażywania ekstazy, co Paul Betts, ojciec osławionej Leah, skomentował jednym słowem: idiota. Dzisiaj wiadomo już na pewno – rave i partyzancka kultura klubowa to przeszłość. Wiedzą o tym także panowie z The Chemical Brothers, którzy zaczęli się bawić formą, a swoje najświeższe dzieło zakończyli jasno brzmiącym tytułem – „The Pills Won’t Help You Now”. To już czysta klubowa radość, ale też sygnał dla słuchacza, że warto pamiętać o czasach, kiedy na parkietach królowała zdeprawowana młodzież oraz tabletki ekstazy. I ta ogłupiająca muzyka, która na zawsze zmieniła oblicze muzyki pop.