ISSN 2658-1086

15 września 18 (402) / 2020

Gaweł Janik,

KREW Z KRWI, KOŚĆ Z KOŚCI (ANNA DZIEWIT-MELLER: 'OD JEDNEGO LUCYPERA')

A A A
Po nominowanym do Nagrody Literackiej Gryfia debiucie prozatorskim „Disko” (2012) oraz docenionej przez krytyków i czytelników „Górze Tajget” (2016) Anna Dziewit-Meller powraca ze swoją najnowszą powieścią „Od jednego Lucypera”. Warto w tym miejscu zauważyć, że ostatnie lata były dla pisarki czasem wytężonej pracy, gdyż na rynku wydawniczym ukazały się także jej dwie książki skierowane do młodszego czytelnika – bestsellerowe „Damy, Dziewuchy, Dziewczyny. Historia w spódnicy” (2017) oraz ich kontynuacja „Damy, Dziewuchy, Dziewczyny. Podróże w spódnicy” (2018).

Autorka, która sama o sobie mówi, „że jest Polką i Ślązaczką równocześnie” (nota biograficzna, tylne skrzydełko okładki), kolejny już raz wybiera właśnie Śląsk jako tło dla kreślonej przez siebie opowieści. Podczas gdy „Góra Tajget” przenosiła nas na śląskie ziemie w czasie II wojny światowej, w „Od jednego Lucypera” przedstawiona zostaje historia rodziny Solików rozgrywająca się od drugiej połowy lat 40. XX wieku aż po czasy współczesne.

Podobnie jak w przypadku wspomnianej już „Góry Tajget”, również historia, którą poznajemy w trakcie lektury najnowszej powieści Dziewit-Meller, inspirowana jest do pewnego stopnia prawdziwymi wydarzeniami. Autorka, przygotowując się do napisania książki, korzystała ze źródeł znajdujących się w zbiorach Archiwum Instytutu Pamięci Narodowej w Katowicach oraz Archiwum Państwowego w Katowicach. Śladem poczynionych przez pisarkę kwerend są zamykające każdy rozdział książki fragmenty dokumentów (między innymi donosów) pochodzących z lat 1945–1952.

Powieść o intrygującym tytule zaczerpniętym z ludowego porzekadła „Jaka marchew – taka nać, taka córka – jaka mać. Jaka matka, taka cera – od jednego Lucypera” prezentuje losy przedstawicieli kolejnych pokoleń śląskiej rodziny, które poznajemy w toku prowadzonej dwutorowo, rozbitej na dwie płaszczyzny czasowe narracji. Pierwsza z nich skupia się wokół krzepkiej dziouchy Marijki, przodowniczki pracy zatrudniającej się tuż po wojnie w chorzowskich zakładach azotowych, druga zaś rozgrywa się w czasach współczesnych i dotyczy Kasi – młodej naukowczyni, która z rodzinnego Śląska emigrowała do Holandii, by tam układać sobie życie z dala od rodziny i związanych z nią demonów przeszłości. Gdy pewnego dnia Katarzyna znajduje w mieszkaniu swojej babci schowane w pudełku po czekoladkach zdjęcie tajemniczej kobiety, która okazuje się być Marijką, postanawia odkryć jej historię. Historię, którą Solikowie wiele dekad wcześniej postanowili na trwałe usunąć z rodzinnych albumów i opowieści. Jak się okazuje, rozwikłanie zagadki z przeszłości może niespodziewanie pomóc bohaterce w odpowiedzi na zadawane nieustannie samej sobie pytanie: „Dlaczego wszystko jest ze mną nie tak?” (s. 6).

Autorka powraca w „Od jednego Lucypera” do tematów podejmowanych już w swojej poprzedniej powieści. Ponownie kreśli historię skupioną wokół kategorii takich jak (nie)pamięć, postpamięć i trauma. Główna bohaterka – Kasia – nieustannie ucieka przed kliszami i schematami, w które próbuje wepchnąć ją historia i tradycja rodzinna; przed „wizją tej staroświeckiej formy, w której piekło się kolejne pokolenia dzieci, pustych w środku, ale za to bogato zdobionych na wierzchu” (s. 15). Rodzina jest bowiem dla niej tym, „czego sobie nie wybrała” (s. 12). Staje się źródłem życiowych problemów. Zastanawiając się nad jej historią, kobiecie na myśl przychodzi porównanie do „szkatułki, schowanej głęboko pod materacem wielkiego łóżka babci, pod warstwą pachnącej walerianą i krochmalem pościeli. (…) Otwierała ją, spodziewając się, że wreszcie odkryje coś ważnego, ale nie znajdowała tam nic, tylko kolejną szkatułkę, a w niej następną, i tak być może aż po wieko własnej trumny” (s. 6–7). Przeszłość przykryta jest „całunem ciszy” (s. 238), a na straży wymazanej historii rodzinnej stoi ostatnia łączniczka z tym co minione – Babcia Miejscowa. To ona pielęgnuje wspólnotę milczenia, zbiorową afazję, „odwieczny rodzinny palimpsest, trupi tort z niedomówień, żali i przemilczeń” (s. 28).

W najnowszej książce Anny Dziewit-Meller jednym z kluczowych tematów jest cielesność, będąca żywiołem znajdującym się poza kontrolą bohaterów. Wszystkie przedstawione w powieści męskie ciała są słabe, wiotkie, chude, brzydkie, cherlawe, niejako pozbawione życia. Taki stan rzeczy ma być skutkiem kastracyjnego potencjału drzemiącego w kobietach z rodu Solik – „mężczyźni zjawiający się w orbicie tej rodziny nagle słabli, jakby pobyt z kobietami z tego rodu odbierał im życiodajne soki. Więdli i marnieli jak rośliny pozbawione dostępu do słońca” (s. 58). Ta przekazywana kolejnym pokoleniom wraz z genami rodzinna matriarchalna klątwa „wysysała życie z mężczyzn zbyt słabych, by dorównać kroku kobietom” (s. 105).

Na kartach powieści przeczytamy także o ciałach niepełnosprawnych i dręczonych chorobą. „Od jednego Lucypera” czytać można więc również jako rodzaj opowieści maladycznej, narracji o chorobie, braku kontroli nad własnym organizmem. Cierpiąca na anoreksję Katarzyna uparcie wierzy, że jej choroba jest efektem tego, iż „nie mogła kontrolować niczego w swoim domu, [więc – G.J] zaczęła kontrolować siebie” (s. 129). Kasia nie jest zresztą jedyną postacią, która zmaga się w książce z zaburzeniami odżywania – jej wuj Oskar cierpiał bowiem na bulimię, a obie te postaci są niczym „jin z jangiem, dwie pasujące do siebie symetryczne opowieści o chorowaniu z powodu jedzenia” (s. 62).

Powieść traktuje zresztą nie tylko o (nie)jedzeniu, ale także o wydalaniu; wydzielinach pochodzących z ciał postaci – pocie, łzach, wymiotach, mleku z piersi karmiących matek, wodach płodowych, moczu i ekskrementach. Historia rodziny Solik zdaje się być zapisana jednak przede wszystkim krwią. To przez krew pępowinową bohaterowie dziedziczą traumę, to więzy krwi łączą ich z duchami przodków. To właśnie krew decydować będzie o losach postaci – krew menstruacyjna, której wyczekiwać jak zbawienia będzie Marijka, krew polskich patriotów na rękach Józefa Solika – żołnierza Wehrmachtu, krew transportowana dla chorego na białaczkę przodownika pracy Wincentego Pstrowskiego, krew na zmęczonych rękach robotników pracujących ponad siły, by wykonać plan, wreszcie krew w krupniokach i żymlokach, których spożywanie, zdaniem Świadków Jehowy, skazywać będzie na wieczne potępienie. Rolę symbolicznego łącznika z przeszłością nieprzypadkowo pełnić będzie przekazywany z pokolenia na pokolenie pierścionek z rubinem. Babcia Miejscowa, dając go swojej wnuczce, powie: „Noś i ty, dzioucha, tę krew i to nieszczęście zaklęte w starym kamieniu” (s. 36).

Ważnym dla autorki tematem jest także pozorne równouprawnienie kobiet, które do Polski zawitać miało wraz ze stalinizmem. Dziewit-Meller zauważa, że to właśnie PRL odebrał młodym dziewczynom kobiecość, zapędzając je do hut i kopalń, w których brakowało rąk do pracy. Obywatelki stały się babochłopami, „odzwierciedleniem cnót obywatela” (s. 49). Nie musiały być już kobietami, a mogły stać się „jak baby i chopy zarazym” (s. 49). Zdaniem Babci Miejscowej „całe to pieprzone równouprawnienie przyniosło im tylko zło. Marijka bowiem, ta nieskończenie głupia, durna dziewucha, uległa kiedyś podszeptom szatana nowoczesności, uwierzyła w całą tę propagandę komunistyczną, wyszła z domu, porzuciła tradycyjną rolę i gówno jej z tego przyszło” (s. 255). Polska Ludowa kazała kobiecie stać się bezpłciową – „ani kobietą, ani mężczyzną (…), lecz jakimś »homo duplex«, który zrzucił kobiecą skórę” (s. 39). Marijce więc nawet w kwestii wyglądu bliżej było do mężczyzny. Jej silne, postawne ciało porastały wyraźne, ciemne włoski, zaś jej koledzy z pracy chętnie z niej żartowali, mówiąc: „Jo bych się boł takij baby, że ôna mi ciulika urwie, tymi udami swojumi, dyć to jak imadło musi być” (s. 39). Niestety XXI wiek nie przynosi dużej zmiany w traktowaniu kobiet. Także Kasia żyć musi w męskim, seksistowskim świecie, w którym nigdy nie będzie w pełni niezależną badaczką, a jedynie „wzorową uczennicą swoich profesorów” (s. 16). Na pierwszy plan wysuwa się jej uroda, nie zaś kompetencje. Jak zauważa bohaterka, „najważniejsze u inteligentnej kobiety na poziomie jest poczucie humoru; żeby umieć się śmiać z siebie, tyle jest przecież śmiesznych spraw” (s. 16–17). Pozorne równouprawnienie kobiet i mężczyzn, podobnie jak w przypadku Marijki, jest możliwe dla Kasi wyłącznie poprzez zatracenie własnej płciowości. Bohaterce gwarantuje je język, w tym przypadku angielski, w którym „słowo »expert« jest doskonale nienacechowane dżenderem. (…) [Angielszczyzna – G.J.] obmywała ją [Kasię – G.J] do czysta swoją bezpłciowością, obojętną na jej krajowe kłopoty płciowe”. (s. 15)

Podobnie jak w swoich wcześniejszych powieściach, Dziewit-Meller kreśli obraz Polski i Śląska – miejsc choć pod wieloma względami od siebie różnych, to jednak nierozerwalnych, wzajem się przenikających. „Od jednego Lucypera” to w dużej mierze opowieść o PRL-u. Autorka przenosi nas do czasów, kiedy „Polska Ludowa wykluła się z powojennego chaosu jak ze śmierdzącego jajka” (s. 47). Kreśli wizję kraju, w którym „świnia mo dużo miynsa i mały ôgōnek, a sklep miynsny blank na ôdwrōt” (s. 108). Kraju, „gdzie króluje Jezus i Maryja Królowa Polski, gdzie gryka nad śnieg biała, a węgiel od diabła czarniejszy” (s. 18). Miejsca, w którym największym wrogiem jest folksdojcz, a „Niemców w katowni zastąpili Polacy” (s. 203). Pisarka zwraca również uwagę na niejednoznaczność i wewnętrzne skomplikowanie położenia Ślązaków podczas II wojny światowej. Jedna z bohaterek przyzna: „za Niemca (…) tak źle zaś nōm niy było, było aby co do gara wrazić, szkoła była, porzōnek bōł. Czasami ludzie po kōntach szeptali, że »to Hitler złoty nauczył nos roboty«” (s. 47). PRL przynosi jednak kres tego typu dywagacjom, które muszą zostać głęboko zakopane wraz „ze zdjęciami ojca w mundurze Wehrmachtu” (s. 47). Dla bohaterów powieści śląskość bywa czymś, czego należy się wstydzić i wyzbyć. Tkwi ona „w prostackim akcencie” (s. 26); to „godka pierōńsko”, którą zastąpić powinna literacka polszczyzna – symbol nowoczesności, inteligencji, wyższego statusu społecznego. Dziewit-Meller zaskakuje gorzkimi rozpoznaniami na temat śląskich rodzin, w których „miłość (…) to był towar deficytowy. Ciężko pracujący ludzie nie mają na nią czasu, bo muszą harować, żeby uzasadniać swoje istnienie” (s. 176). Relacje panujące w domu Solików dalekie są od ideału. Od miłości ważniejsza okazuje się dyscyplina, a od okazywania sobie uczuć ciężka praca. Nawet tragiczna śmierć dziecka skwitowana zostaje jedynie wzruszeniem ramion i krótkim stwierdzeniem „Bóg dał, Bóg odebrał” (s. 57).

„Od jednego Lucypera” to szorstka opowieść o Śląsku i śląskości. O tym, jak dziedziczona trauma, „pasywna agresja, milcząca wściekłość, niezałatwione latami sprawy, węzły gordyjskie” (s. 286) mogą wpływać na losy kolejnych pokoleń. To także historia o wewnętrznej niemocy do zmiany, powielaniu schematów, ale również próbie ucieczki przed historią własnej rodziny oraz demonami przeszłości; zerwania ze starotestamentową mądrością mówiącą o tym, że „Matki jedzą niedojrzałe winogrona, a córką cierpną zęby” (s. 268), sugerującą, iż to dzieci cierpią za grzechy swych rodziców. To wreszcie opowieść o rozdrapywaniu starych ran i dawno powstałych blizn, bolesnym dociekaniu przeszłości, odkopywaniu historii swojej rodziny spod grubych i latami pielęgnowanych warstw przemilczeń i niepamięci. Wszystko po to, by lepiej zrozumieć nie tylko bliskich, ale przede wszystkim samego siebie. W tym ujęciu „Od jednego Lucypera” czytać można jako narrację o odzyskiwaniu oraz kształtowaniu na nowo własnej tożsamości. Wyrywaniu się z objęć wielopokoleniowych nieprzepracowanych traum. Walce o poczucie podmiotowości i sprawczości, choćby za cenę krwi.
Anna Dziewit-Meller: „Od jednego Lucypera”. Wydawnictwo Literackie. Warszawa 2020.