ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 października 19 (403) / 2020

Bartosz Marzec, Bartosz Paduch,

'OSIEDLOWE AKCJE, CO MOŻNA O NICH POWIEDZIEĆ?' ('SKANDAL. EWENEMENT MOLESTY'; WYWIAD Z BARTOSZEM PADUCHEM)

A A A
Bartosz Marzec: „Skandal” ukazał się 23 marca 1998 roku. Szybko zdobył zainteresowanie słuchaczy i wytyczył nowy kierunek rozwoju polskiego rapu. Dziś uznawany jest za jeden z kamieni milowych w historii gatunku oraz stanowi punkt odniesienia dla wielu raperów. Choćby Pezet na płycie Płomienia 81 „Historie z sąsiedztwa” rapuje w bragadaccio, czyli w konwencji przechwałki „Nowy towar pojawił się na mieście / Pamiętasz pierwszy Płomień jak pierwszą Molestę”. Jak zapamiętałeś „Skandal”?

Bartosz Paduch: Chodziłem wtedy do liceum. Pamiętam, że chłopaki, którzy potem założyli skład Deluks, który zresztą później także zapisał się w historii polskiego hip-hopu, słuchali tej płyty na okrągło. Ja odbierałem ją jako ostrą, a nawet chuligańską. To była ciężka, uliczna muzyka. Też jestem chłopakiem z bloku, ale jeśli słuchałem rapu, sięgałem raczej po utwory Kalibra 44, a więc po rap, powiedziałbym, raczej poetycki. W ogóle było mi bliżej do muzyki gitarowej i alternatywnej: hardcore’u i grunge’u.

B.M.: Dlaczego zatem zdecydowałeś się zrobić dokument o Moleście, a nie na przykład właśnie o Kalibrze 44? Kiedy wyszedł „Skandal”, katowicki zespół miał już na koncie wydane albumy, podobnie jak inni pionierzy.

B.P.: Muzyczne fascynacje to jedno, a temat na film to drugie. Tak jak mówisz, były płyty, które ukazały się wcześniej, ale „Skandal” wyróżniał się realizmem. Okazało się, że polscy raperzy mogą mówić po swojemu o tym, co ich otacza, i pozostać przy tym autentyczni. Mam wrażenie, że wcześniej tego brakowało. Rap Kalibra był zaawansowany technicznie, oni mieli skillsy, byli naprawdę nieźli. Ale kierowali się do tego, co siedziało w ich głowach, więc ich rap sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Choć akurat mnie to bardzo się podobało i nadal doceniam tę muzykę. Pierwsze próby innych pionierów zapamiętałem jako naśladowanie stylu, w szczególności gangsta rapu. To naśladownictwo zabijało wszystko, co mówili od siebie.

B.M.: Na czym dokładnie polegał ewenement Molesty?

B.P.: „Skandal” ustanowił nowy styl. Chłopaki z Molesty uznali, że nie ma co się oglądać na amerykański rap, choć oczywiście go słuchali, a nawet do pewnego stopnia wzorowali się na Mobb Deep, co chyba szczególnie słychać w pierwszych podkładach muzycznych. Niemniej przechwycili tę mocną, uliczną poetykę i zaadaptowali do polskich realiów. Nie rapowali, że biegają po ulicy z bronią palną i do siebie strzelają. Wszystko, o czym mówili, to była prawda. I kiedy młodzi ludzie usłyszeli ich kawałki – a w tym czasie w telewizji czy w ogóle w sferze publicznej panował albo kapitalistyczny hurraoptymizm, albo lęk przed wyprzedaniem majątku narodowego – poczuli, że wreszcie ktoś mówi ich językiem i w dodatku o ich własnych doświadczeniach. Ludzie po prostu rzucili się na tę płytę. Wybór między polskim hip-hopem a czymś, co przypomina hip-hop, nie był trudny. „Skandal” nie był socjologiczną diagnozą, ale stanowił oddolny opis życia wielu ludzi młodego pokolenia, które wchodziło w dorosłość w niespokojnych czasach. To był taki raport, jak to powiedział Wilku, z pierwszej linii frontu. „Hip-hopowy raport z osiedla w najlepszym wykonaniu”, jeśli posłużyć się tytułem producenckiej płyty dj-a Volta, który zresztą zrobił podkłady do „Skandalu”.

B.M.: Jak zareagowali Włodi i Vienio, a więc niejako trzon Molesty, kiedy dowiedzieli się, że chcesz zrobić dokument o ich debiutanckim albumie?

B.P.: Pomysł wyszedł od producentów, Maćka Ostatka i Kacpra Jaroszyńskiego. Posłuchałem sobie na nowo tej płyty i stwierdziłem, że nadal jest mistrzowska. Niesamowicie sugestywna, a jednocześnie zanurzona w tamtych latach. W zasadzie wystarczyłoby dorobić obrazy i byłby gotowy dokument o grupie chłopaków dorastających w drugiej połowie lat 90. Na początku więc byłem pełen optymizmu, w dodatku spodziewałem się, że projekt jest przygotowany do realizacji. Tymczasem okazało się, że czeka na mnie ledwie zarys pomysłu [śmiech]. Trzeba było wymyślić, o czym dokładnie będzie film i jak go zrobić. Jeśli dobrze pamiętam, najpierw spotkaliśmy się z Vieniem, który wcześniej pracował z Maćkiem przy projekcie „Druga strona ulicy”. Vienio był za i podrzucił nam kilka kontaktów. Z tym że… do Włodiego dobijaliśmy się przez ponad rok.

B.M.?!

B.P.: Próbowaliśmy chyba przez paręnaście osób, z różnych stron. Kiedy w końcu spotkaliśmy się z Włodim na herbacie, zapytałem, co sprawiło, że w końcu zgodził się na rozmowę. Odpowiedział, że nie wiedział, co chcemy zrobić i właściwie dlaczego miałby nam od razu zaufać. Przekonała go dopiero nasza wytrwałość. Uświadomiło mi to, że czas poświęcony chłopakom będzie wyjątkowo ważny i należy potraktować go jako zadanie, które jeśli zostanie dobrze wykonane, zaprocentuje.

B.M.: Czy właśnie „zaufanie” to było słowo klucz w tym projekcie?

B.P.: Myślę, że tak. Wydaje mi się, że Vienio i Włodi nie sądzili, że ktoś może chcieć zrobić film o „Skandalu”. Chyba nie byli też na niego gotowi, a tu nagle zgłaszają się jacyś dokumentaliści i mówią, że chcą przyjść z kamerą i kręcić. Pytali, o czym właściwie ma być ten film, a na początku chyba nie potrafiłem tego dokładnie wytłumaczyć. Niby żyją w towarzystwie kamer, czy to na scenie, czy kiedy kręcą teledyski, ale kamera dokumentalisty jest trochę inna. W pewnym sensie jest ważniejsza, ponieważ więcej jej wolno. I teraz jak tu wytłumaczyć, że będziemy pojawiać się z kamerą w różnych miejscach, czasem zupełnie niespodziewanie? Zaufanie było więc niezbędne, a czas pomógł go nabrać. Raperzy to hermetyczne środowisko, znają się od wielu lat. Słowo jest dla nich podstawą, nie możesz rzucać go na wiatr. Musisz być konkretny. Niełatwo robiło się ten film.

B.M.: Czy coś zaskoczyło cię pozytywnie?

B.P. Tak, kilka rzeczy. Na przykład obawiałem się kontaktu z Wilkiem. Słuchaczowi Wilku może wydawać się gościem spod ciemnej gwiazdy, tymczasem okazał się superczłowiekiem: niezwykle miłym, otwartym i pomocnym. Był podekscytowany, że robimy ten film, i bardzo nas wspierał. W pewnym momencie stał się nawet kimś w rodzaju członka naszej ekipy. Podpowiadał, na jaki koncert powinniśmy pójść, którą miejscówkę sfilmować, gdzie i z kim jeszcze się spotkać itd. Także dzięki Wilkowi skontaktowaliśmy się z Pelsonem.

B.M.: No właśnie, uwagę zwraca brak jego wypowiedzi w filmie.

B.P.: Pelson zakończył karierę raperską, zajmuje się golfem i raczej nie chce występować publicznie. Byłem u niego kilka razy na polu golfowym, próbowałem go namówić, ale nic z tego nie wyszło. Pelson nie brał udziału w dniach zdjęciowych – poza jednym. W zasadzie było to po dniu zdjęciowym, kiedy w dość przypadkowych okolicznościach pojechaliśmy na koncert „Szacunek za klasyk”. Ostatecznie te zdjęcia z Pelsonem nie trafiły do filmu, ponieważ chciałem uniknąć pytań, dlaczego występuje tylko w takiej formie. Starałem się jednak pokazać tę ważną dla Molesty postać, członka składu od drugiej płyty, poprzez archiwalia.

B.M.: À propos Wilka, zwróciłem uwagę na fragment, w którym dokładnie opowiada o okolicznościach powstania kawałka „28.09.97”. Ten utwór wyrażał gniew wobec przemocy policji i stał się kultowy. Włodi przy okazji rozmowy przeprowadzonej przez Mateusza Nataliego dla „Popkillera” z okazji dwudziestolecia wydania „Skandalu” zwrócił uwagę, że obecnie co roku ten kawałek zalewa media społecznościowe – również z podtekstem żartobliwym. Czy wprowadzając tak szczegółowe informacje, nie obawiałeś się, że film trafi do zamkniętej grupy słuchaczy Molesty?

B.P.: Już podczas zaawansowanych prac, na etapie montażu, rzeczywiście pojawiła się taka wątpliwość. Przemyślałem ją jednak i uznałem, że ten film musi trafić przede wszystkim właśnie do fanów Molesty – nawet jeśli to hermetyczne grono. Inaczej cała praca nie miałaby sensu. Przestałem poszukiwać jakiegoś nowego klucza dla tej opowieści. Dla mnie byli nim słuchacze zespołu, uznałem, że to przede wszystkim dla nich trzeba zrobić ten film. Zresztą zrezygnowanie z grupy najbardziej zainteresowanych odbiorców, sądząc, że dzięki temu trafisz do jakiejś innej grupy, jest bardzo ryzykowne, nie ma sensu. Gdyby słuchacze Molesty uznali, że film mija się z prawdą, to pewnie już nikt nie chciałby go obejrzeć. Jednocześnie chciałem, żeby mówił coś uniwersalnego o tamtych czasach i był zrozumiały dla szerokiej publiczności. Bagaż informacji adresowanych dla fanów obudowałem różnymi, powszechnie zrozumiałymi kontekstami. Opowieść o tym, jak powstawał „Skandal”, jest więc także opowieścią o tym, jak wyglądało życie młodych ludzi w latach 90. O tym, dlaczego się buntowali i krzyczeli CH.W.D.P. (skrót wymyślony przez Wilka z resztą). A także o tym, jak wyglądała wtedy Polska.

B.M.: Środowisko hip-hopowe było dotychczas bardzo krytyczne wobec dokumentów i fabuł, które o nim opowiadały.

B.P.: Pamiętam, że bardzo źle przyjęto „Blokersów”, o czym wszyscy raperzy mi zawsze przypominali. Ostatnio „Proceder” skrytykował choćby Włodi na swojej nowej płycie. Wcześniej środowisko miało zarzuty do „Jesteś bogiem”. Wydawca Krzysztof Kozak nawet wytoczył proces twórcom i go wygrał. Zrobiliśmy zresztą fajny materiał z Kozakiem, bo początkowo on też miał wydać Molestę, ale niestety ten materiał nie wszedł do filmu. Po prostu się nie zmieścił. Może kiedyś pojawi się w jakimś serialu?

B.M.: Jest taki plan?

B.P.: Nie wiem, ale podoba mi serial Netfliksa „Hip-hop Evolution”. Ma charakter edukacyjny i popularyzatorski, zawiera bardzo dużo informacji. Można powiedzieć, że jest swoistym kompendium wiedzy o historii hip-hopu w Stanach, która ma już przecież prawie pół wieku. Bardzo podobały mi się pierwsze odcinki, w których twórcy docierali do ojców założycieli hip-hopu. Dużo się z nich dowiedziałem. Kulturze hip-hop w Polsce niedługo stuknie trzydziestka i wydaje mi się, że można poważnie myśleć o serialu dokumentalnym o tym fenomenie.

B.M.: Wspomniałeś o trudnościach w nawiązaniu współpracy, a jaka była jej dynamika? Miałem wrażenie, że sporo wypowiedzi jest dość powściągliwych.

B.P.: Tak, szczególnie te dotyczące dzisiejszych relacji. Ale nie unikałem tej powściągliwości, bynajmniej, bo ona paradoksalnie dużo mówi. Mimo dystansu chłopaki mają do siebie szacunek i uznają wartość tego, co razem zrobili. Zwróć uwagę, że między nimi nie było żadnych dissów czy publicznych oskarżeń. Beef był nie do pomyślenia. Załatwiali swoje sprawy między sobą. Różnie się oceniają, ale to, że nadal się szanują jest wartościowe. Zagrają nawet razem koncert. We czterech, z Wilkiem i… Pelsonem.

B.M.: A jednak!

B.P.: Tak. Wydaje mi się fajne, że film dokumentalny wpływa na rzeczywistość. To jest cały jego sens. I myślę, że nasz film mógł mieć jakiś drobny wpływ na to, że chłopaki zagrają razem. W ogóle, gdyby nie pandemia i lockdown, odbyłaby się cała seria koncertów, być może połączonych z pokazem filmu? Nowe okoliczności pokrzyżowały nam te plany.

B.M.: Jak film odebrali Włodi i Vienio?

B.P.: Spotkaliśmy się w Domku Filmowym na Jazdowie, dzięki uprzejmości Domku. Była cała ekipa i zrobiliśmy sobie taką wspólną kolaudację. Myślę, że nie jest łatwo zobaczyć dokumentalny skrót części swojego życia. Były emocje, to na pewno, ale zaakceptowali film. Wiesz, nie możesz robić filmu, żeby kogoś skrzywdzić, obrazić czy postawić w jakimś niefajnym świetle. Nie o to w tym chodzi. Jednak miedzy wierszami starałem się zmieścić pewną diagnozę tego, co zaszło między nimi – i w zasadzie między nami wszystkimi w tamtych czasach. Na pewno nie była ona dla nich przyjemna, ale wzięli ją na klatę.

B.M.: „Skandal” skojarzył mi się z twoim wcześniejszym dokumentem „Totart, czyli odzyskiwanie rozumu”. Oba filmy opowiadają o wspólnocie zorganizowanej wokół pewnej formy wyrazu oraz niezgody na otaczającą rzeczywistość – i która rozpada się pod wpływem zmieniających się okoliczności ekonomicznych, społecznych czy kulturowych.

B.P.: Nie ukrywam, że w „Skandalu” chciałem sportretować proces rozpadu więzi, ale w młodszym pokoleniu. Bardzo interesują mnie mechanizmy działania relacji wewnątrz grupy w pewnym okresie historycznym i wydaje mi się, że portrety zbiorowości są ciekawsze niż portrety jednostki. Dzięki szerszemu spojrzeniu, także w większej skali czasu, czyli niejako z dystansu, czasem można zobaczyć, jakie zmiany zachodzą w naszym społeczeństwie. I w nas samych.

B.M.: Środowisko Molesty na pierwszy rzut oka wydaje się wyjątkowo jednorodne pod względem klasy społecznej.

B.P.: Włodi opowiada w filmie, jak ciężko pracowała jego mama, a Wilku pokazuje swoje dawne, małe mieszkanie, gdzie wychowywał się z kilkorgiem rodzeństwa. Jednocześnie Vienio pochodzi z Ursynowa, który bynajmniej nie był tylko dla klasy robotniczej. Niemniej wydaje mi się, że wtedy, w drugiej połowie lat 90., różnice klasowe nie były jeszcze bardzo widoczne, a na pewno nie dzieliły społeczeństwa tak jak dziś. Warunki bytowe czy ekonomiczne były wtedy raczej wspólnym doświadczeniem. W moim bloku mieszkał główny księgowy rafinerii gdańskiej, ale i sprzątaczka. Na podwórku bawiłem się z dziećmi wszystkich sąsiadów, później chodziliśmy do tych samych podstawówek. Klasizm zrodził się, kiedy pojawiły się większe pieniądze. Z nimi przyszło rozwarstwienie. Niektórzy sąsiedzi z dnia na dzień wyprowadzali się na nowe, strzeżone osiedla. Wydaje mi się, że taka przeprowadzka niewiele w nich zmieniła, ale trzeba by ich o to zapytać. Swoją drogą to ciekawy temat. Ja nadal mieszkam w moim bloku. Lubię go i myślę, że jest coś fajnego w obserwowaniu, jak zmieniają się ludzie czy sam budynek i jego okolica.

B.M.: Szeroki kontekst twojego filmu tworzą liczne archiwalia, między innymi zdjęcia ulic Warszawy z lat 90. i nagrania z jazdy na deskorolce pod teatrem Capitol. Jak do nich dotarliście?

B.P.: Rozmawialiśmy z Maćkiem o tym, że film muzyczny to atrakcyjny gatunek, ale z punktu widzenia producenta, kiedy musisz zapłacić za prawa do wykorzystania piosenek, to po prostu łapiesz się za głowę. Licencje muzyczne nierzadko są droższe od tych, które upoważniają do wykorzystania fragmentów filmowych. A w naszym „Skandalu” muzyki jest przecież bardzo dużo. W związku z tym musieliśmy zapłacić olbrzymie sumy. Część z tych pieniędzy na szczęście trafi do chłopaków, ale reszta idzie na konto wydawcy, którego, mówiąc delikatnie, nie wspominają najlepiej.

Część archiwaliów użytych w filmie pochodzi ze zbiorów Włodiego i Vienia oraz ze zbiorów ich kumpli. Dotarliśmy też do fotografów, którzy portretowali środowisko hip-hopowców, do Agi Bilskiej i Rafała Wielgusa. Jest trochę skanów z gazet hip-hopowych, bo nie zawsze udało się dotrzeć do autora jakiegoś zdjęcia lub nie zachowywały się negatywy. Sporo źródeł filmowych dostarczyła nam scena deskorolkowa. Wykorzystaliśmy, także na zasadzie licencji, fajne materiały od skateboarderów, Kuby Perzyny i Bartka Jaszczuka. Mamy w filmie zdjęcia, które dostaliśmy od fanów Molesty, ponieważ wcześniej ogłosiliśmy, że poszukujemy takich dokumentów.

Materiałów ilustrujących lata 90. poszukiwałem w archiwum Telewizji Polskiej. W interesującym nas okresie działała jeszcze Polska Kronika Filmowa, ale Wytwórnia Filmów Dokumentalnych i Fabularnych, która ma prawa do tych materiałów, żąda ogromnych kwot za licencję. Nie było nas na nią stać, wykorzystaliśmy to, na co mogliśmy sobie pozwolić. Ciekawa historia wiąże się z materiałem z programu „Halo!gramy”, kiedyś emitowanym w Polsacie. Bardzo trudno było go zdobyć, bo archiwum Polsatu nie jest skatalogowane. Staraliśmy się o odpowiednią kasetę chyba przez rok, ale uparłem się, że muszę mieć ten program. Udało się i duża w tym zasługa Kacpra.

B.M.: Dlaczego ten materiał był wyjątkowo ważny?

B.P.: To jest fantastyczny dokument tamtych czasów. W studio nowej, komercyjnej telewizji, w programie muzycznym pojawia się kilku łysych chłopaków w szerokich spodniach. To był taki clash, który wydał mi się ciekawy i myślę, że do dziś robi wrażenie. W tym programie wystąpili Włodi, Vienio, Chada, Pelson i Kaczy. Zresztą udział Kaczego w naszym filmie, który przecież we wkładce do „Skandalu” figuruje jako członek zespołu, to kolejny temat. Marek był bardzo otwarty i pomocny. Zawsze odzywał się do nas, kiedy był w Polsce.

B.M.: Od czasu, kiedy patrzono na rap z góry, sporo się zmieniło. Dziś jest to u nas najpopularniejszy gatunek muzyki, zresztą nie tylko u nas. Jak zatem wyjaśnić to, że twórcy filmowi rzadko decydują się na współpracę z raperami?

B.P.: Niedawno robiłem w Studiu Munka fabularną trzydziestkę „Egzamin” i zaprosiłem do współpracy 1988 z Synów. Początkowo chciałem użyć kawałków z rapem, ale szybko zdałem sobie sprawę, że rymy absorbują za dużo uwagi. Musisz zdecydować, na czym widz ma się skupić: na warstwie wizualnej czy na warstwie tekstowej. Albo jedno, albo drugie. Myślę, że właśnie dlatego jest mało rapu w kinie. Ostatecznie w „Egzaminie” użyłem tylko podkładów hip-hopowych Przemka. Uznałem, że potrzebuję muzyki bez słów.

Świetnym rozwiązaniem może być jednak puszczenie rapowanego kawałka w czasie napisów końcowych. W ten sposób możesz coś dopowiedzieć lub podkreślić. Jest też możliwe, że jakiś kawałek doskonale zgrywa się z daną sceną, ale taka sytuacja nie zdarza się często, a zlecenie napisania konkretnego numeru w rapie nie wydaje mi się dobrym pomysłem. Jestem ciekawy efektów pracy nad adaptacją „Innych ludzi” Doroty Masłowskiej. Ciekawe, jak konwencję quasi-rapowej piosenki zaadaptuje reżyserka Aleksandra Terpińska. Notabene autorem zdjęć będzie Bartek Bieniek, z którym wspólnie zrobiliśmy „Skandal”.

B.M.: A co myślisz o dzisiejszym polskim rapie? Na pewno słuchałeś „W/88”, czyli nowej płyty Włodiego na bitach 1988, która niedawno się ukazała.

B.P.: Kiedy pracowałem nad filmem o Moleście, dałem znać Przemkowi. On bardzo szanował Włodka i zajarał się i wymieniłem go z Włodim numerami telefonów. Myślę, że i tak by się spotkali przy albumie „W/88”, ale lubię sobie myśleć, że mam jakąś drobną zasługę, w przyspieszeniu tego kontaktu. W efekcie Przemek zrobił muzykę do jednego kawałka na „Osad”, poprzednią EP-kę Włodiego. Teraz zrobili razem cały album. Fajnie, że tak wyszło, cieszy mnie to.

Co do młodego rapu – przyznam, że zupełnie mnie nie ciekawi jego nurt konsumpcjonistyczny. Nie rozumiem go, a nawet trochę mnie przeraża. Dużo w nim nawijania o pieniądzach i nazw drogich firm… Aż zastanawiam się, czy ci raperzy nie biorą przypadkiem kasy za product placement [śmiech]. Podobają mi się niektóre rzeczy, ale pozostają raczej na drugim planie: ostatnio Asthma, Kara czy Zdechły Osa z jego hardkorowym stylem. Duże wrażenie zrobiła na mnie „Patointeligencja” Maty. Odczułem ten kawałek jako prawdziwy, płynący z trzewi. Jeszcze wcześniej takim mocnym strzałem były dla mnie Syny. Kiedy ich usłyszałem, postanowiłem więcej pogrzebać w undergroundzie, bo skoro tacy goście ostatnio się przebili, to znaczy, że w podziemiu musi być więcej wartościowego rapu. Co jakiś czas taki głos rozbrzmiewa donośniej, dociera do większej liczby słuchaczy. Oby jak najczęściej.

B.M.: Czy twój kolejny film także będzie dokumentem?

B.P.: Tak, ale chciałbym, żeby był przynajmniej w połowie animowany. To będzie rzecz o scenie pisarzy science fiction, o fenomenie, z którego zrodził się „Wiedźmin”. Jednym z głównych bohaterów będzie Maciej Parowski – pisarz i redaktor „Fantastyki” i „Nowej Fantastyki”. Był starszy od Zbyszka Sajnoga o 12 lat, więc można powiedzieć, że tym razem przyglądam się pokoleniu starszemu od pokolenia Totartu. To oczywiście pewne uproszczenie, bo Parowski odkrył takich pisarzy jak Andrzej Sapkowski, Jacek Dukaj, ale też młodszych takich jak Szczepan Twardoch i Łukasz Orbitowski – i o nich także będzie opowiadał ten film.

Rozwijam kilka projektów fabularnych, ale najbardziej zaawansowany jest „Finis Poloniae, czyli teraz Koniec Polski”. Byłby to surrealistyczny film o gościu, który wraca do Polski, której już nie ma, ponieważ rozpadła się na dwie wrogie strefy. Jednak trudniej zrealizować film fabularny niż dokumentalny, trudniej zebrać budżet. Zobaczymy.
„Skandal. Ewenement Molesty”. Scenariusz i reżyseria: Bartosz Paduch. Film dokumentalny. Polska 2020, 70 min.