ISSN 2658-1086

15 listopada 22 (406) / 2020

Mirella Siedlaczek-Mikoda,

W POSZUKIWANIU (PRAWDZIWEGO) TYRMANDA (MARCEL WOŹNIAK: 'MOJA ŚMIERĆ BĘDZIE TAKA, JAK MOJE ŻYCIE. BIOGRAFIA LEOPOLDA TYRMANDA')

A A A
Zapewne wszyscy znają anegdotę, w której Bóg zwrócił się do Jana Styki: „Ty mnie nie maluj na kolanach, ty mnie maluj dobrze”. Anegdota, jak to bywa, niewiele ma wspólnego z prawdą, ale zostaje w pamięci mocniej niż dziesiątki słów. O Leopoldzie Tyrmandzie także opowiadano liczne anegdoty – o kolorowych skarpetkach, bikiniarzach, Jazz Jamboree, jazzie, nawet o skąpstwie.

Podczas jednego ze spotkań zabrzańskiego dyskusyjnego klubu książki sama kilka podobnych anegdot usłyszałam, a opowiadający je czytelnicy książki „Amerykański romans” Agaty Tuszyńskiej byli święcie przekonani, że to prawda. Znana jest także fraza o prawdzie, którą wypowiedział Józef Tischner: jest prowda, tyż prowda i g… prowda. Wydaje się, że sam Tyrmand zgodziłby się z taką klasyfikacją, gdyż skutecznie plątał wątki swojego życiorysu, umieszczając w swoich tekstach prawdziwe wydarzenia lub przynajmniej nie protestując nadmiernie przeciwko autobiograficznym interpretacjom swoich tekstów. Jednak od autora biografii wymagamy bardziej krytycznego podejścia do przedmiotu badań.

Pierwszą uwagę może kieruję do redaktora książki, niewymienionego z nazwiska, gdyż mamy jedynie informację: opracowanie redakcyjne – Wydawnictwo MG. Redaktor to swego rodzaju cień autora, jeśli nie więcej (jak pokazują liczne przykłady). Dużym niedopatrzeniem redakcyjnym był taki błąd: „Wzburzenie w pisarzu wywołało natomiast znowu… nazwisko Ford, które wypłynęło w konwersacji. A wszystko przez to, że Amerykańska Agencja Informacyjna USIA Orzechowskiemu na tłumacza przydzieliła… byłą żonę Aleksandra Forda, Eileen Ford” (s. 274). Otóż mowa tu o byłej żonie Zygmunta Kałużyńskiego i późniejszej żonie Aleksandra Forda, ale nie była to Eileen Ford. To nazwisko nosiła współzałożycielka agencji modelek, a wzmiankowana w biografii osoba to Eleanor Griswold. Sprawdzenie tej informacji zajęło mi kilka minut, ale jeśli ktoś cytuje soczystą anegdotkę, to warto sprawdzić nazwiska bohaterów (por. s. 274-275).

Interwencja redaktora przydałaby się także w tych passusach, które stanowią powtórzenia i w mojej ocenie są zbędne. Przykładem choćby następujące zestawienie: rozdział „Piękna Maryla” – komentarz o niezwykle tolerancyjnym mężu matki bohatera, który zachowania żony zwykł kwitować: „Przecież ona tyle przeszła. Piękna Maryla” (s. 174), ze wspomnień Barbary Hoff wynika to samo i znów pojawia się cytat z Jakuba Lewita: „Ona tyle przeszła” (s. 312). Gdy czyta się tę biografię w większych partiach, te powtórzenia są bardzo widoczne. Redaktor powinien na nie zwrócić uwagę, tak jak i podkreślić czerwonym ołówkiem kuriozalne wtręty. W rozdziale „Szalejący reporter” pojawia się fragment: „Ze swoim obyciem i doświadczeniem potrafił się szybko odnaleźć w powojennej rzeczywistości. Pokazują to teksty opublikowane w zbiorze »Tyrmand warszawski. Teksty niewydane«, które pisał w latach 1947-1956 na łamach »Stolicy«, »Tygodnika Powszechnego« i »Przekroju«”. Następnie nie pojawia się jednak odwołanie do tychże tekstów, tylko do wydanego w 1947 roku „Hotelu Ansgar”. Powyższy cytat znajduje się na stronie 183, nawiasem mówiąc na sąsiadującej stronie zamieszczono reprodukcję portretu Tyrmanda (wielce pochlebnego) zatytułowanego „To jest Pimpuś”, podpis autorki widnieje na portrecie, samego zdjęcia nie podpisano. Odszyfrowuję go jako dzieło Mai Berezowskiej. Dlaczego autor nie podążył tym tropem, skoro chronologicznie autorstwo Berezowskiej jest możliwe, co znowu stwierdzam po krótkim flircie z hasłem Berezowska z Wikipedii. Wracając do „Tygodnika”, w tym samym rozdziale będzie o nim w końcu mowa: „W ten sposób kolejnym przystankiem w dziennikarskiej karierze stał się »Tygodnik Powszechny«, katolickie pismo społeczno – kulturalne” (s. 193). Sic! Zdaniem autora odbiorcom jego książki trzeba wyjaśnić, czym jest Tygodnik przepisując jego podtytuł . Jako czytelnicy po możemy czuć się niedocenieni, gdyż sugeruje się, iż nie wiemy, czym jest „Tygodnik Powszechny”, nigdy przedtem nie słyszeliśmy o Bolesławie Piaseckim ani Erwinie Kischu i autor musi nam to objaśnić. Jakkolwiek jest rzesza osób, które nie znają tych postaci, mało prawdopodobna wydaje się sytuacja, aby te same osoby sięgnęły po książkę o Tyrmandzie.

Co w takim razie mi się spodobało i czym się książka broni? Jest bogato ilustrowana i reprodukcje są naprawdę sporych rozmiarów, co umożliwia samodzielne odcyfrowywanie na przykład korespondencji pisarza. Zamieszczono także sporo zdjęć, odzwierciedlających atmosferę epoki. Można na powtórzenia popatrzeć jak na celową strategię, ułatwiającą lekturę tym, którzy porzucają ją na jakiś czas. Język biografii nie jest naukowy, nie stawia bariery terminologicznej, która odstręczałaby czytelników. Mam wrażenie, że modelowy czytelnik nie musi pochwalić się głęboką znajomością tekstów pisarza, czy, jak ująłby to polonista, biografii podmiotowej, nadal może przeczytać książkę Woźniaka z niejaką przyjemnością. Zresztą znajomość tekstów Leopolda Tyrmanda była utrudniona z uwagi na brak dostępności powieści, skazani byliśmy na pozostałości wydań z lat pięćdziesiątych. Dzięki wydawnictwu MG mamy okazję uzupełnić zaległości i korzystać z wyszukanych edytorsko egzemplarzy „Złego”, „Dziennika 1954” czy „Filipa”. Nie mam wątpliwości co do zasadności wydawania tekstów Tyrmanda ani konieczności wyjścia poza mity i anegdoty. To postać zdecydowanie wielowymiarowa, o skomplikowanej biografii, pełnej plam bieli i szarości, których może nie da się już wypełnić. To człowiek, który zdecydowanie wolał brać los w swoje ręce niż unosić się z prądem, co nie oznacza, że wszystkie z jego decyzji można łatwo wytłumaczyć czy usprawiedliwić. I o tym pisze Woźniak ciekawie.

Trudno mi ocenić, czy jeśli czytelnik zacznie znajomość z Tyrmandem od tej biografii, to sięgnie po teksty samego pisarza. A chyba taka była intencja autora – nie tylko ujawnić tajemnice, jak obiecuje notka na okładce, ale i przedłużyć życie tekstów pisarza, przywrócić go świadomości nie tylko jako autora bestsellera Polski Ludowej, lecz jako pisarza, który uchwycił swoje pokolenie i jego uwikłanie w politykę, historię lub po prostu życie towarzyskie i uczuciowe.

Biografia kończy się w zasadzie w czasach nam współczesnych relacją z spotkań z dziećmi Leopolda z małżeństwa z Amerykanką, któremu Agata Tuszyńska poświęciła zdecydowanie słabą książkę, czyli „Romans amerykański”. Ten ostatni rozdział jest właściwie relacją reporterską, autor fascynację swoim bohaterem przenosi na jego dzieci, relacja z owej fascynacji zamieszczona w biografii Tyrmanda nie jest dla mnie zabiegiem zrozumiałym czy potrzebnym. Zakończenie książki okazuje się rozczarowująco banalne: „Tyrmand żyje w tekście, poza tekstem i pomiędzy nimi a całą dzisiejszą kulturą. Gdyby żył, miałby wiele do powiedzenia na temat współczesnego świata i współczesnej Polski” (s. 451). To zgrabne podsumowanie rodzi we mnie pytanie, czy jest to zakończenie na miarę biografii wydanej w dużym wydawnictwie przy sporym nakładzie środków.
Marcel Woźniak: „Moja śmierć będzie taka, jak moje życie. Biografia Leopolda Tyrmanda”. Wydawnictwo MG. Warszawa 2016.