Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (87-88) / 2007

TYM RAZEM ROZŁĄCZ SIĘ!

A A A
„Proszę się nie rozłączać” Ireny Obermannovej to trzecia książka czeskiej autorki, która ukazuje się po polsku. Dzięki „Dziennikowi szalonej mężatki” i „Poradnikowi dla niegrzecznych kobiet” mieliśmy okazję poznać niebanalną przedstawicielkę literatury popularnej. Obermannova nie zatrzymywała się na poziomie harlequinowych wątków charakterystycznych dla tzw. literatury kobiecej. Owszem, była w jej powieściach nieszczęśliwa miłość, było opłakiwanie końca szczęśliwej miłości, było szukanie mężczyzny na całe życie. Prócz tego jednak znaleźć mogliśmy wiele wątków emancypacyjnych, jakich w polskiej prozie kobiecej trudno szukać. W czeskich czytadłach Obermannovej był ponadto dobry humor, dystans do samej siebie, pokaźna dawka ironii, a także umiejętne przewartościowanie gatunków typowych dla kobiet, takich jak tytułowe dziennik czy poradnik. W jej powieściach pojawiały się problemy z wychowaniem dzieci, trudności ze zdobyciem i utrzymaniem dobrze płatnej płacy, a także dość interesująca mieszanka tzw. mocnego stąpania po ziemi z romantycznością. Używam czasu przeszłego, bo, niestety, w „Proszę się nie rozłączać” natkniemy się na zaledwie słabo słyszalne echo już znanej Obermannovej. Książka mocno rozczarowuje banalnością i naiwnością fabuły, niewykorzystanym pomysłem, wokół którego zbudowano akcję powieści, i bardzo powierzchownym, przewidywalnym zarysowaniem personalnych perturbacji bohaterów.

Dwie przyjaciółki znajdują się właśnie w przełomowym momencie swojego życia. Książka rozpoczyna się zabawną wymianą zdań: „Mogło być gorzej – chlipnęła Eliszka. – Ale też i lepiej! – krzyknęła Sara” (s. 7). Eliszkę właśnie porzucił mąż, oczywiście – dla młodszej. A żeby wzmocnić inicjujące akcję trzęsienie ziemi, kobieta jest nie tylko porzucona, ale też ogołocona ze swej kobiecości, usunięto jej bowiem macicę. Towarzysząca Eliszce Sara, przyjaciółka jeszcze z lat szkolnych, odgrywa rolę pocieszycielki, choć sama wcale nie jest w lepszej sytuacji. No, może trochę (jak się okaże, do czasu) – ma przecież macicę, ale mężczyzny w jej życiu także nie uświadczysz. Obie kobiety, choć nie ustają w rozglądaniu się za księciem z bajki, postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Punkt pierwszy: decydują się zamieszkać razem i stworzyć nowoczesny związek. Nie, nie, wszelkie kosmate myśli, jeśli tylko u kogoś się pojawią, są zupełnie nie na miejscu. Eliszka i Sara nie tworzą związku lesbijskiego, przypominam, że to mężczyźni (ci, którzy nadejdą, i ci, którzy odeszli) zajmują ich myśli. Przyjaciółki postanawiają prowadzić razem dom, pomagać sobie, wspólnie zajmować się dziećmi, no i dzielić się z trudem zarobionymi pieniędzmi. Po drugie: ich oryginalna rodzina zostaje poszerzona o jeszcze jedną osobę. O mężczyznę, ale nie takiego, który jest obiektem marzeń. O kumpla, o przyjaciela z lat szkolnych, zupełnie aseksualną postać, która jednak dostanie całkiem seksualne zadanie – udowodnić Eliszce, że mimo braku macicy jest ciągle kobietą erotycznie pociągającą i bez zarzutu działającą. Po trzecie: przyjaciółki wpadają na znakomity pomysł, jak zarobić duże pieniądze. Zakładają erotyczny telefon zaufania. Tak w skrócie przedstawia się fabuła.

Pomysły wydają się całkiem zabawne, podobnie jak niektóre perypetie bohaterek. Nie da się nie uśmiechnąć, gdy czytamy definicję klasycznego widza seriali, a mianowicie Ślepej Babki. To „kobieta, wiek pięćdziesiąt pięć i więcej, odrobinę niedosłysząca. I jeszcze odrobinę niedowidząca [...]. No i nie jest zbyt inteligentna. [...] Nie czuje roli montażu, nie rozumie też większości dialogów. Z taką trzeba jak z dzieckiem. [...] tak naprawdę nie patrzy na ten program, bo w trakcie gotuje, prasuje i rozmawia przez telefon... [...] Czasem nawet nie ma jej w domu, wychodzi, ot, choćby na zakupy...” (s. 12). Tyle że z samych pomysłów jeszcze nic nie wynika, skoro ich dalsze fabularne poprowadzenie razi schematycznością. I tak na przykład: również Sara ma w dalszej części problemy ginekologiczne i grozi jej wycięcie macicy (epidemia?), głównym klientem sekstelefonu okazuje się ktoś całkiem znajomy, wreszcie niewiele brakuje, a córka Sary – Waleria, stałaby się ofiarą pedofila. Wszyscy na końcu są, oczywiście, szczęśliwi. Dorośli dokonują przetasowań damsko-męskich, dzieci są bezpieczne i na nowo odkryto ich istnienie. Bo najważniejsza jest rodzina, taki morał wynika z historii opowiedzianej przez Obermannovą. Morał dość banalny, niestety.

Dlatego powieści „Proszę się nie rozłączać” daleko do chociażby „Podręcznika dla niegrzecznych kobiet”. W dwóch pierwszych książkach Obermannovej, jakie mogliśmy przeczytać po polsku, odkrywaliśmy pisarkę, która z wdziękiem pokazywała nowe oblicze literatury kobiecej. W „Proszę się nie rozłączać” dostajemy jedynie marną powtórkę, pełną schematów i przewidywalnych rozwiązań. Szkoda.
Irena Obermannova: „Proszę się nie rozłączać”. Przeł. Jan Stachowski. Wydawnictwo Literackie. Kraków 2007.