Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (87-88) / 2007

Tomasz Charnas, Ewa Sonnenberg,

...CHOĆBY TE WIERSZE MIAŁ PRZECZYTAĆ JEDEN CZŁOWIEK, WARTO PISAĆ

A A A
Foto: PIOtr Kaliński
Z Ewą Sonnenberg rozmawia Tomasz Charnas


Tomasz Charnas: Ewo, spotkaliśmy się dzisiaj z okazji premiery książki „Pisane na piasku: Written on Sand”. To jest nowe doświadczenie w Twojej twórczości. Wydałaś obszerny, w wielkim formacie wydrukowany tom, wynikający z fascynacji estetyką japońską, sama Japonią czy Chinami, filozofią Wschodu. Skąd te inspiracje?

Ewa Sonnenberg: Rzeczywiście edytorsko książka jest dużego formatu, chciałoby się, żeby i treść okazała się równie dużego formatu (śmiech). Format jest jakby podyktowany samymi wierszami. Po prostu te teksty nie mogłyby wybrzmieć na mniejszej powierzchni. Te teksty potrzebowały przestrzeni, powietrza, pustki. Biel kartki w tych tekstach nie jest czymś martwym, biel kartki również mówi, również wybrzmiewa, i wchodzi w dialog z zapisanym tekstem. Te wiersze są jak rysunki, dlatego tak ważny jest ich graficzny zapis.

Dla mnie pisanie jest nie tylko efektem intelektu, to również efekt rytmów i muzyki, która jest wewnątrz nas i na zewnątrz nas. To również taniec. Pisanie jest jak taniec, powinno się pisać całym ciałem. A fascynacja Wschodem zaczęła się bardzo wcześnie, bo jeszcze w szkole średniej. Zresztą od dziecka ćwiczyłam hata yogę i ćwiczę po dziś dzień. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że myślenie wschodnie jest mi bliższe od myślenia Zachodu. I chciałam się tym myśleniem, przeżywaniem świata, rozumieniem siebie i drugiego człowieka podzielić z europejskim odbiorcą. W filozofii Wschodu fascynuje mnie nieopisany spokój i zharmonizowanie ze światem zewnętrznym. Jakiś twórczy rodzaj pokory.

T.Ch.: Ja, czytając „Pisane na piasku”, miałem wrażenie, że wiele czerpiesz z „filozofii pisania” czy ujęcia literatury, które można by nazwać minimalizmem. Z tego względu, że Twoja poezja zarówno szuka źródeł sensu, jak i wnika w to, jak one w ogóle są generowane. Przypatrując się sobie jako efektowi określonych aktów tworzenia…

E.S.: Chyba każdemu twórcy zależy na tym, by odnaleźć swój własny, niepowtarzalny i jedyny głos. Moje próby poszukiwań sprawiły, że każdy mój tomik jest jakby inny, posługuje się innym językiem, innym obrazowaniem, ale mimo tych zmian wciąż pozostaje sobą. Sztuka ma za zadanie odkrywać. Odkrywać rzeczy nowe, niezwykłe, zadziwiające, niekiedy nawet przerażające. Tych odkryć można dokonywać w różnych sferach, na przykład języka, obrazowania. Ja natomiast w zbiorze „Pisane na piasku” próbowałam dokonywać takich odkryć, ale za pomocą takiego a nie innego sposobu myślenia, takiej a nie innej relacji z drugim człowiekiem, starałam się ukazać różne sposoby przeżywania świata. Ba, nawet spróbowałam otworzyć w naszej przestrzeni tę inną, drugą przestrzeń – jak to ma miejsce w mojej „Drodze Serca”.

Z perspektywy mogę powiedzieć, że jakakolwiek rewolucja w poezji czy literaturze nie będzie polegać na zmianie języka, o czym już mówił Eliot, lecz na zmianie myślenia. Sądzę, że należałoby przesunąć granice percepcji, wyostrzyć doznania zmysłowe i więcej czerpać z wrażliwości, której możliwości są nieograniczone. Ważna jest też wyobraźnia, o którą walczył Blake.

T.Ch.: Prezentowany tom staje się dziełem ułożonym z wyrazów bliskich każdemu człowiekowi, jak przyjaźń, miłość. Szukasz w nich porozumienia ze sobą, współautorką i uczestniczką świata, a także z innymi czynnikami sprawczymi odczuć, które towarzyszą zapewne każdemu człowiekowi.

E.S: To prawda, pisząc te poematy, chyba pozbyłam się obaw przed używaniem słów już niemodnych, może nawet banalnych czy kiczowatych. Pisząc ten tomik, założyłam sobie, że spróbuję na nowo nadać wartość tym słowom, które być może w naszej cywilizacji są już nieco zdezaktualizowane. Wyzwanie wielkie, ale próbować trzeba. Więc jest i miłość, i serce, i przyjaźń, i dobro, i dusza. Inna sprawa to taka, że pewne doznania, naprawdę porażające, przejmujące, trudne do opowiedzenia, nie potrzebują słów wymyślnych, nie potrzebują tych wszystkich poetyckich przekłamań, makijażu metaforyczno-lirycznego. Pewne doświadczenia transcendentalne domagają się posługiwania słowami prostymi, może nawet oczywistymi, ale te słowa to w pewnym sensie klucze do całkiem innych słów.

T.Ch.: Wiem, że pisząc nowe wiersze i poematy, chciałaś niejako przełożyć język filozofii zen na poezję europejską.

E.S.: Wiersze „Pisane na piasku” są w pewnym sensie „drogą serca”... Ale ta droga, tak jak to bywa w zen, zaczyna się od milczenia i prowadzi do milczenia. Rozmowa, która rozwija się na kartkach tej książki, jest tylko pretekstem, sposobem czy nauką jakiegoś mądrego milczenia.

Być może więc milczeniem Wschodu chciałam nauczyć Zachód milczenia. Ale jest to milczenie, które mówi. To jakby przekazywanie wiedzy z umysłu do umysłu bez posługiwania się słowami. A przecież codzienne tego milczenia uczą nas drzewa, trawy, kamienie, niebo, gwiazdy. Ale czy rzeczywiście one milczą? To właśnie pozostaje pytaniem. Być może odpowiedzią jest „Pisane na piasku”.

T.Ch.: Czy pisząc nowe teksty, nie czułaś, że jako autorka grasz o zwycięstwo własnej, do tej pory konsekwentnie osobnej, patrząc na mapę współczesnej poezji, twórczości? Tylko że tym razem w próbie łączenia lub doprowadzeniu do starcia wschodnich tradycji lirycznych z nowoczesnością?

E.S.: Tom „Pisane na piasku” powstał bardzo spontanicznie, jest raczej wynikiem takiego a nie innego okresu w moim życiu. „Pisane...” jest dla mnie o tyle ważne, że pozostaje autentycznym i nieprzekłamanym zapisem pewnych doświadczeń duchowych. To był czas, gdy w osamotnieniu dorastałam do praw natury, do rytmu natury czy nawet języka natury. Dorastałam też do świadomości istnienia jakiegoś transcendentalnego Ty. Właśnie w osamotnieniu dostrzegłam obecność tego kogoś, kto nieustannie nam towarzyszy. Jest to więc nie tylko tomik poetycki, ale i w pewnym sensie jakaś rozprawka filozoficzno-mistyczna.

T.Ch.: Co dla Ciebie byłoby zwycięstwem w twórczości: sięganie głównie do mistyki czy na przykład dialektyka, mimo wszystko, okazałaby się równie ważna? A może wymienisz inne czynniki, które motywowały Twoją twórczość „pisaną na piasku”?

E.S.: Już sam fakt, że jest pisana na piasku, świadczy o pewnej nieuchwytności. Tak jak nieuchwytne są pewne doświadczenia duchowe. Nieuchwytne i trudne do zapisania. Wschodni mistrzowie dla swoich doznań duchowych wybrali formę haiku. Twierdzili, że ta krótka forma jest jedynym środkiem i możliwością przekazania tego, co tak na prawdę jest nieprzekazywalne. W tym tomie było więc dla mnie ważne, by każde zdanie było jak nauczyciel, by każde zdanie prowokowało do myślenia, do zastanowienia, do odczucia Ty, by każde zdanie wniosło czytającemu coś w życie, by każde zdanie mogło czytającego czegoś nauczyć. Oczywiście nauczyć nie na sposób europejski, ale właśnie zenistyczny. Czyli jest to bardziej nauka podążania, a nie próba nazywania tego podążania. Ważna jest umiejętność uczenia się każdego dnia. Uczenia się nie poprzez naukę, ale mądrość świata. Bo przecież świat, natura to najdoskonalej i najpiękniej zapisana księga. Trzeba tylko nauczyć się z niej czytać. „Pisane na piasku” jest takim elementarzem, wstępem do tej wiedzy.

T.Ch.: W tomie właśnie bardzo ważna jest relacja nauczyciela i ucznia, a momentami nawet mistrza z uczniem.

E.S.: Tak, dlatego że ta książka oparta jest na relacji Ja – Ty. Ta relacja jest wielopoziomowa i może być bardzo różnie interpretowana: od relacji kobiety i mężczyzny, po Ty, które jest w nas, Ty – przyjaciela, Ty – nauczyciela, Ty – mistrza, aż po Ty transcendentalne. Interpretacja zależy tylko i wyłącznie od intencji czytelnika. To Ty jest dla mnie nieodzowne, wydaje mi się, że Ja bez Ty popada w jakąś egzystencjalna pustkę. Dopiero Ja, które może się przejrzeć w Ty staje się tym właściwym Ja.

T.Ch.: Powiedz mi w takim razie, skoro mówimy o mistrzach, o nauczycielach, kogo byś wskazała jako źródło niewyczerpanej inspiracji dla siebie, jakiś uniwersalny punkt odniesienia? A może jakaś inna fascynacja osobą, autorem ostatnio Cię uwiodła?

E.S.: Mam bardzo wiele fascynacji, jeśli chodzi o Japonię. Moimi mistrzami są Dogen, Ikkyu Soyun, Hakuin. Ale też całkiem współczesne osoby, jak na przykład pewien tancerz butoh, który nauczył mnie, że nie ma w życiu rzeczy niemożliwych. Kto wie, czy ten tancerz nie jest dla mnie kimś najważniejszym. A co do uwodzenia... Na pewno uwiodły mnie – o dziwo! – „Wyznania” Augustyna. Ale to już inna bajka. Jestem też pod dużym wrażeniem mistyki europejskiej, którą kiedyś pilnie studiowałam. Ale na duchowego przewodnika trzeba zapracować, gdy przejdziemy już jakieś ograniczenia w sobie, pojawia się wtedy ktoś, kto zaczyna nas prowadzić. To może być ktoś z odległej przeszłości! W tych relacjach mistrz – uczeń czas i przestrzeń nie istnieją... albo istnieją na zupełnie innych zasadach niż my, Europejczycy, sobie wyobrażamy.

T.Ch.: Od kilku lat mieszkasz w Krakowie, ale wiele lat spędziłaś we Wrocławiu. Czy to przejście z jednego miejsca do drugiego jakoś wpłynęło na Ciebie? Z czego w ogóle wynikało? Intryguje mnie też, co odkrywasz dzisiaj w Krakowie, a co we Wrocławiu, kiedy tam bywasz czasami?

E.S.: Ja mam cygańską duszę, nic tylko zmieniałabym miejsca zamieszkania. Nigdzie tak naprawdę nie mogę się zadomowić. Zresztą w ogóle życie traktuję jak swego rodzaju poczekalnię. Ciekawe jest to, że każde miasto posiada swoją psychikę, mentalność. Każde miasto oferuje swój świat symboli. Kraków jest miastem, które może zauroczyć, jest w nim pewna kokieteria, cukierkowatość, delikatność, bajkowość. Chyba ta bajkowość najbardziej mi się podoba. Kraków w jakiś sposób koresponduje ze mną, w jakiś sposób dopełniamy się wzajemnie. To w Krakowie wróciłam do jakiegoś wewnętrznego wyciszenia, spokoju, opanowania czy zastanowienia. W Krakowie piszą mi się wiersze spokojniejsze. Wrocław natomiast jest bardziej dynamiczny, agresywny.

T.Ch.: Twoja nowa książka jest dziełem dwujęzycznym, polsko-angielskim. W przekazaniu walorów tekstowych pomogła Ci Katarzyna Jakubiak, która tłumaczyła już między innymi wiersze Jusefa Komunyaki. W 2006 roku wyróżniono ją Nagrodą „Literatury na Świecie” za przekład tomu Amerykanina, „Pochwała miejsc ciemnych”. Powiedz mi, dlaczego wybór padł na nią, i jak reagujesz, czytając teksty anglojęzyczne pod szyldem „Written on Sand”?

E.S.: Kiedyś, podczas jednego z pobytów Kasi w Krakowie, gdy przyjechała zza oceanu, jechałyśmy nocą gdzieś taksówką i nagle stwierdziłyśmy, że fajnie byłoby coś zrobić razem, jakiś wspólny projekt. I tak właśnie w czasie tej nocnej przejażdżki – znikąd, donikąd – postanowiłyśmy zrobić „Pisane...” dwujęzycznie. Nie miałam też żadnych obaw co do tłumaczenia, znamy się od dawna i chyba Kasia mnie w jakiś sposób rozumie i czuje, a to przy tłumaczeniu jest ważne. Zresztą Kasia Jakubiak jest świetną tłumaczką i przekładała też inne moje wiersze, które ukazywały się w prasie literackiej w USA.

T.Ch.: Jest też poetką, prawda?

E.S.: Tak, i to bardzo ciekawą poetką. Sama pisze świetne rzeczy. Tym bardziej zaufałam jej i powierzyłam swoje teksty. To ważne, by poeta tłumaczył poetę. Wrażliwość poetycka pozwala na szersze i bardziej autentyczne wejrzenie w tekst literacki.

T.Ch.: Czy w takim razie można powiedzieć, że jest to tomik obu poetek – „współautorek”?

E.S.: Tak, czytając wersję angielską, odniosłam wrażenie, że te teksty jakby coś zyskały. Może nawet lepiej brzmią po angielsku niż po polsku. Być może jest to sprawa języka, ale i na pewno tłumaczenia.

T.Ch.: Nowy tom dowodzi, że lubisz zmiany, ciągle eksperymentujesz... Nie przesadzę chyba, twierdząc, że poprzez zbiór „Pisane na piasku” dokonał się kolejny przełom w Twojej twórczości?! Po tym jak zaskoczyłaś niegdyś feministycznym buntem czy zapisami świadomości gejowskiej i lesbijskiej.

E.S.: Buntowniczka, ale czy feministyczna? Raczej egzystencjalna, piętnująca wszelki fałsz i obłudę. No i ta buntowniczka walcząca o prawdę przemieniła się w czułego mężczyznę, który na sposób liryczny adorował kobietę, ba, niekiedy i brutalny, by następnie tego mężczyznę przeobrazić w głos geja, który to głos, nie ukrywam, jakoś bardzo pasował do mojej postawy estetycznej. No, od geja było już bardzo blisko do odnalezienia jakiegoś Ty mężczyzny. Po czym dokonałam tego skoku w inne, w nienazwane, które stało się „pisaniem na piasku”. Jak widać tych Ja lirycznych jest we mnie bardzo dużo. I myślę, że jeszcze wiele tych różnych Ja się pojawi.

T.Ch.: Zastanawiałaś się nad tym, jaka będzie reakcja na nowy tomik i na zmianę Ewy Sonnenberg?

E.S: Nie wiem, nie mam pojęcia, nie zastanawiałam się nad tym. Pisząc, nigdy nie zastanawiam się, kto i gdzie będzie mnie czytał. Po prostu coś powstaje, bo odczuwam, że właśnie to coś ma powstać. Ba, niekiedy coś powstaje nawet wbrew mnie. To jest tajemnica pisania: odczucie, jakaś pewność, że coś ma powstać, ale dlaczego i po co... na te niby proste pytania trudno znaleźć odpowiedź.

T.Ch: Po prostu dajesz ludziom wiersze – „Pisane na piasku”?

E.S.: Gdy Dogen doznał oświecenia, jego chiński mistrz powiedział mu: wyruszaj teraz do swojej rodzinnej Japonii i choćbyś miał uczyć jednego człowieka, warto to czynić. Podobnie jest z pisaniem, choćby te wiersze miał przeczytać jeden człowiek, warto pisać.

T.Ch.: W takim razie będziemy czekać na efekty, jak publiczność przyjmie Twój nowy tom, „Pisane na piasku: Written on Sand”. Dziękuję Ci, Ewo, za spotkanie.

E.S.: Dziękuję.
Rozmowa została przeprowadzona 25 lutego 2007 podczas premiery tomu „Pisane na piasku: Written on Sand” w krakowskim klubie Lokator.
Blok poświęcony twórczości Ewy Sonnenberg powstał przy współpracy z Tomaszem Charnasem.