ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (87-88) / 2007

Piotr Bogalecki,

REJESTRACJA. CZEKANIE KARPOWICZA

A A A
Jakiś czas temu w poczekalni zaczepiła mnie pewna babcia, skarżąc się na odwołanie jej zabiegu z powodu strajku. „…I nawet się zarejestrować nie można!”. Być może dlatego, że właśnie czytałem „Małe cienie wielkich czarnoksiężników” opatrzone intrygującym podtytułem „Zarejestrowane w paśmie…”, odniosłem wrażenie, że skarga ta mogłaby posłużyć mi jako całkiem niezła definicja poezji Karpowicza. Największą troską jego wierszy jest bowiem utrzymywanie czytelnika w stanie nieustannego, niespokojnego wyczekiwania na upragniony moment wejścia do gabinetu języka. W tym sensie wydają się one działać zadziwiająco podobnie do naszej służby zdrowia. Aby żaden z czytelników nie poczuł się urażony tonem niniejszego porównania, czuję się w obowiązku zaznaczyć, że – niezależnie od oceny tej ostatniej – chodzi mi o poezję dobrą. Zła trzyma nas w poczekalni jedynie przez moment, po czym niezwłocznie zaprasza do środka, opukuje i odsyła z lekarstwem – które, rzecz jasna, z pewnością nie zadziała…

Trzymając w ręku książkę Tymoteusza Karpowicza, poety słynącego z tomów tyleż obszernych, co niezgłębialnych, można odnieść niepokojące wrażenie, że zbyt ochoczo wypisuje ona receptę i wyrzuca nas za drzwi. „Małe cienie…” są bowiem faktycznie „małe” – nie licząc stron tytułowych, spisu treści, noty redakcyjnej Andrzeja Falkiewicza i „maziajków” Eugeniusza Get-Stankiewicza zajmują niecałe 30 stronic, z czego jedna trzecia to esej „Najgęstsza z wszystkich masek”. Ponadto na stronach, jakie nam zostały, znajduje się więcej światła niż tekstu – „Małe cienie” to bowiem, jak głosi inny podtytuł cyklu, „aforyzmy i paradoksy”. Lektura całości nie zajmuje więc więcej niż kwadrans. Nie jesteśmy tu czarnowidzami i pomijamy fakt, że ponieważ zarówno esej, jak i większość aforyzmów była już publikowana, znawca poezji Kaprowicza byłby w stanie wydobyć z książki kilka pozostałych, faktycznie świeżych rodzynek w dwie-trzy minuty (pozostaje więc ufać, że wydawcą nie kierowała chęć zysku, a pragnienie odsłonięcia innego oblicza Karpowicza, jakie mogłoby przyczynić się do popularyzacji jego dorobku). Koniec jednak z wywoływaniem numerków! – wiemy przecież, że nie o liczby chodzi i że dobrą poezję nie mierzy się ilością zaczernionych wersów. Tak samo nie może ulegać wątpliwości, że cienie – zaiste „małe” – zostały rzucone przez czarnoksiężnika wielkiego.

Niepozorne teksty Karpowicza leczą nas z narzędziowego stosunku do języka, z iluzji jego przejrzystości i transparentności oraz wynikającej z nich postawy ignorowania jego obrotów. Poruszenia języka trzeba rejestrować, co – jak w wypadku rejestrowania się do lekarza – nie jest wcale takie proste. Często nie pomaga zresztą i lekarz, zaś wszelkie lekarstwa okazują się być nieskuteczne. Wówczas, kiedy wszystko zawodzi, a choroba trawiąca słowa wciąż wywołuje ich nieustające abberacje – pozostaje czarnoksięstwo poezji, które zamaszystym gestem wyrejestrowuje się z królestwa (regnum) jednoznaczności. Tylko w ten sposób można nastawić ucho na przestrzeń języka. A przestrzeń to o tyle nietypowa, że rejestrują ją jedynie radary umieszczone wewnątrz niej, blisko słów i ich okruchów, „na powierzchni znaczenia”, działające podobnie jak wiewiórka z jednego z aforyzmów, która „może zakopać orzech ale nie jest w stanie zagrzebać jego nazwy”. To samo odważne przyznanie się do niemożności wymknięcia się z języka stanęło niegdyś u podstaw tzw. poezji lingwistycznej, w której Karpowicz wykonywał na języku niekończące się operacje, naginając słowa do granic możliwości i zmuszając je do wyrażania tego, czego powiedzieć nie były w stanie. Jego twórczość aforystyczna dowodzi, że mierzył wówczas jeszcze wyżej. Jak bowiem powiada w kolejnym z aforyzmów: „dobry magik potrafi pomieścić wszystkie interesujące przedmioty w kapeluszu. Doskonały pozostawić je nietknięte na miejscu gdzie były”.

W rejestrze chwytów, jakie stosuje Karpowicz, nie znajdują się wyłącznie paradoksy tego typu. Aforystyka „Małych cieni” jest żywa, ruchliwa i wielokierunkowa. Często prowadzi nas w rejony polityki, historii i życia społecznego, zachowując przy tym przenikliwą wytworność („Najczęściej lewe stoi po prawej stronie. Sprawdź skąd nadchodzisz”). Kiedy indziej konfrontuje nas z ironią tak zwanych sytuacji granicznych („Najzabawniej wygląda gondola płynąca styksem”). Jeśli zaś o granice chodzi, autor stara się zachowywać wobec nich mądry dystans, ponieważ wie, że „kto połyka granice swego bytu, musi mieć biegunkę”. Co innego granice języka: z tymi Karpowicz śmiało sobie poczyna, wydobywając na jaw to zapomniane etymologie, to homonimiczność, bądź ironiczność słów i wyrażeń, jak na przykład wtedy, gdy każe Polskiemu Chłopowi z Bronowic powiedzieć „w mojej wsi do kosiarki wkręciła się śmierć i obcięło jej kosę. No i stoi teraz tu zboże niezżęte”. Ten ostatni przykład pochodzi z cyklu „Dziady Chicagowskie” (są jeszcze „Monachijskie”), którego podstawowym mechanizmem generującym efekty poetyckie są gry intertekstualne: kierowane przez tradycję literacką oraz w nadużycia, jakich dopuszczały się władze PRL-u.

Natomiast ostrze swych paradoksów chętnie zwraca Karpowicz w stronę tego, co bezkrytycznie waloryzowane bywa jako jednoznacznie pozytywne – jak na przykład w naiwnie pojmowaną szczerość w sztuce (która mogłaby na przykład nakazać czytelnikowi mieć mi za złe to, że rozpocząłem recenzję od sytuacji tyleż trafnej, co podejrzanie nierzeczywistej). Albo w światło, o którego pysze powiada Karpowicz: „Słońce które może żyć dzisiaj bez jutra jest księżycem”. Autor „Małych cieni” wyraźnie sympatyzuje bowiem z mrokiem, dlatego na przykład powiada: „olśnienia są niczym innym jak błyskiem ciemności” albo „knoty najczęściej wyobrażają sobie, że są źródłem światła”. Wie nazbyt dobrze, że światło cenimy dlatego, że pomaga nam w realizacji naszych ciemnych interesów – jak przyznaje Kałasznikow II: „Światła potrzebuję tylko na tyle abym mógł widzieć celownik”. Dlatego poeta ostrzega: „Zanim zapalisz światło – sprawdź czy jest ciemno”.

Cień rzucany przez niewielką rozmiarami książeczkę Karpowicza nie jest duży, a jednak znowu udaje się mu zaciemnić podejrzanie bezchmurną pogodę języka. W świetle królestw, regencji i rejentur należałoby uznać go za winnego; w królestwie poezji kierunek (regio), w jaki się zwraca, jest jak najbardziej słuszny. Nie na darmo jeden z bohaterów „Dziadów Monachijskich”, Caravaggio II, wyznaje nie bez dumy: „ścigało mnie prawo za zabicie człowieka i światło z powodu narodzin ciemności”.
Tymoteusz Karpowicz: „Małe cienie wielkich czarnoksiężników. Zarejestrowane w paśmie cyfr od 797 do 7777”. Biuro Literackie. Wrocław 2007.