Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (87-88) / 2007

Łukasz Iwasiński,

JIMI TENOR & KABU KABU

A A A
„Joystone”. Ubiquity, 2007.
Jimi Tenor zaczynał w osobliwej, nowofalowo-industrialnej formacji Shamans. Grupa wspomagała się niebanalną aparaturą, jak „automat perkusyjny” zbudowany z dwóch beczek i uderzających je młotów napędzanych silnikiem od pralki, czy też aerofonu zasilanego dmuchającym odkurzaczem. Gdy industrialne brzemię zaczęło zbytnio ciążyć, Tenor opuścił rodzimą Finlandię i poświęcił się m.in. realizacji groteskowych filmów i fotografii, a także pracy nad własnymi muzycznymi pomysłami. Pierwsze solowe produkcje były niezbyt porywającą fuzją leniwej elektroakustycznej psychodelii oraz jazzujących pasaży i robiły wrażenie ledwie wprawek. Sławę przyniosła artyście dopiero trzecia autorska płyta, wydana w 1997 roku „Intervision”. Wysmakowana mieszaka zmysłowego soulu i funku z lat 70., lekkiego jazzu i electro zapewniła mu tytuł króla postmodernistycznego easylisteningu, a utwór „Take me Baby” stał się światowym hitem. Na kolejnych albumach Tenor coraz śmielej igrał z muzycznymi konwencjami i zaskakiwał ekstrawagancją – choćby angażując orkiestrę symfoniczną i chór. Niemniej, niemal wszystko, co wychodziło spod jego ręki pełne było czaru, często uroczej kokieterii i szalenie sexy.

Do nagrania nowej płyty ekscentryczny dandys zaprosił wyborowy zestaw jazzowych muzyków i nigeryjski kolektyw Kabu Kabu. „Joystone” przynosi więc seventisowy funk i soul, smaczki latino, afro-kubańskie rytmy, nieco disco, przelot przez tradycję rozrywkowego fusion – a wszystko podane z bigbandowym rozmachem i uwędzone w oparach psychodelii. Niekiedy balansujące na granicy (urzekającej) tandety. Gra patentami zaczerpniętymi z retro-popkultury, zabawa kiczem to żadna nowość w przypadku tego artysty, wszak nie na darmo Fin stylizował się na Andy’ego Warhola. Jednak kiedyś z tych składników potrafił skleić szalenie stylową całość, a kliszom nadać nowych barw i charakteru. Tutaj nawiązania do soul-funk-jazzowej konfekcji sprzed około trzech dekad bywają dość nachalne i, mimo udziału wyśmienitych muzyków, zbyt często pozbawione polotu i fantazji, do jakich przyzwyczaił nas Tenor na swych najlepszych produkcjach. Płyta roztacza raczej chilout’ową aurę, potęgowaną przez słodziutkie i uwodzicielskie wokalizy Tenora, choć momenty bardziej żywiołowe także się zdarzają. Najmocniejszą stroną albumu jest właśnie wysoka klasa instrumentalistów, ich spontaniczność, luz wykonawczy – ujawniające się zwłaszcza we fragmentach, kiedy zespół pozwala sobie na śmielsze improwizatorskie wycieczki (nie burzące jednak słonecznego, niezobowiązującego nastroju – przez co nie mogę pozbyć się wrażenia niewykorzystanego potencjału). Koloryt muzyce nadają przede wszystkim archaiczne, quasi-kosmiczne, wprowadzające lekko surrealistyczny klimat syntezatorowe brzmienia, świetne, zrelaksowanego dęciaki i wszędobylskie perkusjonalia, odwołujące do tradycji afro-beatu. Za ten ostatni element odpowiedzialni są wspomniani Nigeryjczycy z Kabu Kabu, z którym notabene Tenor współfirmuje niniejszą płytę. Generalnie, więcej mamy tu rozluźnionego, jazzującego grania, niż nastrojowych numerów trawestujących manierę Barry’ego White’a i Isaaca Hayesa – znaku firmowego Tenora sprzed dekady, do cna już przez niego wyeksploatowanego. Niemniej, miłośnicy powabnych mruczandeł czy szeptanek także znajdą coś dla siebie.

W sumie jest to sympatyczna płyta, na pewno jedna z najbardziej bezpretensjonalnych w dyskografii Fina. Na letnie leniwe popołudnia jak znalazł, ale brakuje mi tu pazura, brawury, tricksterskiego zacięcia, które nadawały pikanterii najlepszym płytom Tenora. Czy niezobowiązujący retro big band to wszystko, na co stać go dziś?