Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (87-88) / 2007

Kamil Dąbrowski,

BAD BRAINS

A A A
“Build A Nation”. Megaforce Records, 2007.
Comeback Afro-Amerykanów z Washington D.C.! Po kilkunastu latach przerwy autorzy takich utworów jak „Right Brigade” czy „Sailin’ On” znowu wrócili do muzycznego krwioobiegu. Ich siódmy w kolejności studyjny album w dyskografii to niemal wehikuł czasu. Muzyka z „Build A Nation” stylistycznie przypomina okres świetności hardcore’owego kwartetu, pierwszej połowy lat 80. Zespół znowu tworzy w oryginalnym składzie: H.R., Dr. Know, Darryl i Earl. Produkcją zajął się zaś Adam Yauch z Beastie Boys. Co zapowiada taka obsada? Niewątpliwie dużo emocji muzycznych z pierwiastkiem sentymentalnym. Łezka kręci się w oku. Przypominają mi się wszystkie szalone imprezy m.in. przy dźwiękach waszyngtońskiego ansamblu.

Istniejąca prawie 30 lat (!) grupa przechodziła metamorfozy personalne, brzmieniowe, ale muzycy pozostali wierni swoim zasadom: czysta świadomość, szacunek do innych, miłość do Jah, moralizatorskie teksty, w których potępiają m.in. przemoc, rasizm i nawołują do walki z wszechobecnym Babilonem. Muzycy współtworzyli nawet kiedyś Black Rock Coalition – organizację na rzecz obrony praw czarnoskórych muzyków w USA.

Rastafariańskie przesłanie i muzyka rockowa/punkowa/? A jednak trzyma się to jakiejś całości. „Build A Nation” to 14 utworów. Większość stanowią kompozycje ostre jak brzytwa. Bezkompromisowa, szybka jazda. Jazgoczące gitary, przesterowane basy, surowe, prawie garażowe brzmienie. Dzięki Yauch’owi udało się cofnąć w czasie o dobrych 20 lat, gdzieś tak w okolice wydania „I Against I”. Znamienny był już wtedy nowo tworzący się styl crossover, łączący w sobie elementy metalu, punk rocka i funku, wytyczający nowe szlaki. Słyszymy to choćby w „Send You No More Flowers”. Echa pierwszych płyt przypominają świszczące pociski: tytułowy „Build A Nation” czy „Jah People Make The World go Round”. Co jakiś czas robi się bardzo ciepło. Powietrze drga w rytmie reggae. Pojawiają się zatem typowe jamajskie klimaty. Utwory jakby wyjęte z bootlegów Boba Marleya & The Wailers. Takie rodzynki zawsze pojawiały się w małej ilości na każdej z płyt BB. Zawsze stanowiły swoisty plaster miodu po kaskadach porywistych riffów i obłąkanych wokalizach H.R.’a.

Mamy 2007 rok, a duchowa misja Bad Brains trwa nadal, pomimo kilkunastoletniej nieobecności. Płyta raczej dla oldschool’owców.