Wydanie bieżące

sierpień 15-16 (87-88) / 2007

Grzegorz Mucha,

BRYAN FERRY

A A A
„Dylanesque”. EMI, 2007.
W najnowszym nagraniu Bryana Ferry doszło do fuzji jego świata muzycznego ze światem Boba Dylana. Mogłoby się wydawać, iż obu artystów dzieli coś więcej niż tylko Ocean Atlantycki, ale interpretacje Ferry'ego temu przeczą.

Artysta nie jeden raz w swojej bogatej karierze rejestrował covery. Przykładem są płyty „Taxi”, ze znakomitym „All Tomorrow Parties” z repertuaru The Velvet Underground oraz „As Time Goes By”, zawierająca nagrania retro. Ferry piosenkom innych autorów zawsze nadawał swoje, niezwykle wyraziste, piętno. Jego cechą charakterystyczną jest dystans. Gdy do tego dodać, obecny od początku jego muzycznej drogi w zespole Roxy Music humor, najnowsze wersje Dylana zaczynają objawiać nam nowe oblicza. Z biegiem lat w karierze wokalisty doszedł element trzeci, który w muzyce rockowej jest niezmiernie rzadki, a mianowicie elegancja. Bo Ferry to rockman – dandys.

Postać Dylana jawi się przy nim, jak z innej planety. Brzmieniowo brudne, przepełnione znaczącymi tekstami, nieodmiennie manierycznie wykonane piosenki, to ich nieodłączne cechy. Ale po owe kompozycje od lat sięgali bardzo różni wykonawcy. Do najlepszych należą wersje zrealizowane przez Manfreda Manna wraz z jego Earthbandem. W takich przypadkach niemal zawsze okazywało się, że chropawe dylanowskie pieśni mogą stać się atrakcyjnymi i niebanalnymi hitami.

Ferry również wydobył je dla nas z amerykańskiej otchłani. Songi Dylana niespodziewanie nabrały motoryki. Wspomniany wyżej humor, dystans i elegancja w niczym ich nie zepsuły. Mamy do czynienia z hołdem, a przy tym z ponownym objawieniem własnej duszy artystycznej. Słuchając owych jedenastu piosenek, ponownie słyszymy nostalgicznego artystę, jakim jest Ferry. I nie chodzi tu jedynie o charakterystyczny głos, ale też o typowe użycie towarzyszących instrumentów. Większość piosenek toczy się w średnich tempach z nieco rhythm’n`bluesową gitarą w tle. W nagraniu wzięło udział trzech gitarzystów, w tym fenomenalny Chris Spedding. W zespole, na co dzień towarzyszącym artyście na koncertach, zagrali znani angielscy muzycy sesyjni: Guy Pratt i Andy Newmark. Nad całością czuwał pianista Colin Good. Nie zabrakło znacznego udziału harmoniki, na której gra autor płyty.

Czy nowe wersje Dylana wzbudzą zainteresowanie jego fanów? Czy spodobają im się szybkie i zwarte wersje „Times They Are A-Changin’”, czy „Knockin’ On Heaven’s Door”? Moim zdaniem powinny. Pamiętajmy, że kończąca płytę kompozycja „All Along The Watchtower” stała się znana m.in. dzięki ostrej wersji Jimi’ego Hendrixa. Słynny gitarzysta już wiele lat temu odczytał ją inaczej. Dajmy szansę Ferry’emu, który nagrywa tylko wtedy, gdy ma nam coś ważnego do powiedzenia.