ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 maja 10 (418) / 2021

Kamila Czaja,

GDY REPORTER NIE WIE, ŻE SIĘ NIE DA (RONAN FARROW: 'ZŁAP I UKRĘĆ ŁEB. SZPIEDZY, KŁAMSTWA I ZMOWA MILCZENIA WOKÓŁ GWAŁCICIELI')

A A A
Harvey Weinstein siedzi w więzieniu, a serwisy plotkarskie co jakiś czas donoszą o stanie zdrowia skazanego producenta, czasem wspominając też o jego przestępstwach, jeśli akurat pojawia się relacja z kolejnych zawodowych i prywatnych poczynań ofiar osławionego współzałożyciela wytwórni Miramax. Równocześnie jednak oskarżenia i procesy, chociaż przecież tak niedawne, już zacierają się w zbiorowej pamięci, wypierane przez bieżące skandale, pandemię, kolejne polityczne konflikty. Tym lepiej, że – z rocznym opóźnieniem wobec oryginału – jesienią 2020 roku ukazała się po polsku książka Ronana Farrowa „Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli” („Catch and Kill. Lies, Spies, and a Conspiracy to Protect Predators”) oparta na nagrodzonych Pulitzerem reportażach z „New Yorkera”. Jednak fakt, że mimo zainteresowania poruszanymi wątkami sama sięgnęłam po nią dopiero teraz, zmobilizowana dokumentalnym miniserialem „Allen kontra Farrow”, pokazuje, że chyba za łatwo nawet najbardziej szokujące historie układamy sobie w głowie, przechodząc płynnie do zajmowania się kolejnymi lub, jeszcze gorzej, do wyłączenia się z tej debaty, bo tak jest przyjemniej. Nadrabiam więc, dokładając swój recenzencki głos do wcześniejszych – wcale nie tak licznych jak na znaczenie sprawy – śladów recepcji książki w Polsce.

Sam przeciwko wszystkim

Przy nieulegającej kwestii ważności tematu publikacja Farrowa nie jest pozbawiona wad, ale część z nich w toku lektury można przekuć w zaletę. Na przykład prolog rodem z powieści szpiegowskiej klasy B łatwo zlekceważyć jako pretensjonalne otwarcie – dopóki, poznając głębiej sprawę Weinsteina, nie odkryje się, że „szpiedzy” z podtytułu to żadna hiperbola czy marketingowy chwyt. Trudniej obronić chaos początkowych rozdziałów: wprawdzie przejrzysty i wygodny w czytaniu układ części i krótkich rozdzialików o mocnych tytułach sugeruje jasność wywodu, ale Farrow od razu zaczyna tyle wątków, wprowadza tak wiele (zbyt?) szczegółowo scharakteryzowanych postaci z wielu scenerii i planów tej historii, że jeśli ktoś nie śledzi dokładanie medialnych, politycznych i filmowych roszad w USA, może się poczuć zagubiony. Trzeba jednak przyznać, że z czasem wszystko zaczyna nabierać klarowności, wątki się splatają, a skupienie się autora na relacji z prób dopadnięcia Weinsteina procentuje i wciąga odbiorcę.

Sprawa molestowania opisana w książce najszerzej (chociaż nie jedyna uwzględniona, co widać już w podtytule, gdzie Weinstein nie zostaje wskazany z nazwiska jako główny antybohater) to druzgocąca ilustracja powiązania wszystkich ze wszystkimi. Nie ma sensu streszczać odkryć Farrowa, byłoby to właściwie niewykonalne, nawet gdyby rozrysować związki na znanej z sensacyjnych filmów tablicy pełnej zdjęć i kolorowych nitek. Koncerny medialne, partyjne sztaby, adwokackie potęgi, prokuratorscy konformiści, a nawet wspomniani już szpiedzy – siły robiące wszystko, żeby dziennikarskie śledztwo Farrowa rozbiło się o którąś z licznych przeszkód, jawią się jako tak ogromne, że naprawdę trudno uwierzyć, że reportaże opublikowano, a Weinsteina skazano. Potrzebna była niesamowita odwaga kobiet, które zdecydowały się mówić (mimo wszystkich środków – od finansowych rekompensat po podpisaniu perfidnie skonstruowanych umów poufności przez wywoływanie lęku o karierę po szkalowanie na cały świat czy wręcz groźby – jakich przeciwko nim użyto), innych reporterów, którzy przecierali Farrowowi szlaki, redakcję „New Yorkera”, która w przeciwieństwie do NBC nie chciała użyć metody „złap i ukręć łeb”. W tle są Dylan Farrow, wracająca w rozmowach z bratem jako głos (i wyrzut) sumienia, wspierający dziennikarza partner, Jonathan, a także wielokrotnie przywoływany kolega Farrowa z NBC, Rich McHugh – cichy bohater, który nie dał się uciszyć ani kupić, bo po prostu miał zasady.

Tytułowe kłamstwa i zmowa milczenia przybierają w książce różne oblicza, ale podstawowy motyw wyłania się taki, że właściwie z nielicznymi wyjątkami Farrow i jego rozmówczynie nie mogli zaufać nikomu. Cios, jakim jest dla reportera zaangażowanie po stronie Weinsteina Lisy Bloom, prawniczki kojarzonej z obroną kobiet i budzącej od lat podziw dziennikarza, uderza też w czytelnika, poruszonego zresztą również innymi rozczarowaniami, jakie spotkały Farrowa ze strony zaufanych ludzi, nieraz mentorów czy znajomych z najdawniejszych czasów. A co powiedzieć o Rose McGowan, najpierw skrzywdzonej przez Weinsteina, potem przechodzącej wieloletnią gehennę, aż wreszcie spotykającej bratnią duszę, prawdziwą przyjaciółkę, która… Ale tego nie będę zdradzać, bo może ktoś nie czytał książki ani prasowych doniesień o tym wątku sprawy.

Pierwszy plan niezgodny z planem

Są w „Złap i ukręć łeb” niezbędne w tak demaskatorskiej książce opisy tego, co robił Weinstein – w tym gwałtów, prześladowań, barykadowania się kobiet w pokojach, żeby producent nie mógł tam wtargnąć, utrącania obiecujących karier. Jest, chociaż dość pobieżna, analiza zachodzących u ofiar psychicznych procesów, które tłumaczą wieloletnie milczenie i dalsze kontakty z oprawcą. Lucia Evans powie na przykład: „(…) poddajesz się, że potem myślisz sobie, że to wszystko twoja wina” (s. 286). Farrow wielokrotnie zaznacza, że chciałby, żeby to historie kobiet były na pierwszym planie. Nie zawsze się to udaje. Pierwszy powód książce nie szkodzi, wręcz może uniwersalizuje ją i sprawia, że siła rażenia jest większa – chociaż oczywiście zrozumiałe jest równocześnie oczekiwanie, żeby było więcej miejsca dla pojedynczych losów, które trochę zlewają się tu w jedną opowieść z nieco odmiennymi szczegółami. Jednak przekonująco działa to, że na pierwszy plan wysuwają się przede wszystkim same mechanizmy przemocy i uciszania, cała piętnowana przez Farrowa kultura przyzwolenia na takie traktowanie kobiet. Działa też to, że „Złap i ukręć łeb” okazuje się w dużej mierze książką o dziennikarstwie – tym próbującym walczyć z niesprawiedliwością, i tym uwikłanym w towarzyskie i biznesowe układy, które blokują misję i każą uciszać niepokornych. Jeśli wziąć pod uwagę, że autor pisze często z dużym nastawieniem na efekt (miejscami wręcz efekciarsko), docenić należy, że nie poddał się w planowaniu kompozycji książki prostej i skutecznej strukturze z kulminacją i domknięciem, kiedy udało się oskarżyć Weinsteina, tylko pociągnął temat, demaskując nieco mniej znanych ludzi show-biznesu, pokazując patologie paru miejsc pracy i obnażając powiązania z firmami zatrudniającymi szpiegów.

Drugi powód pewnego przesłonięcia historii oskarżycielek Weinsteina jest mniej korzystny dla książki. Chodzi o wrażenie, może już nie tak silne jak we wstępie, ale obecne podczas lektury, że czytamy kryminał klasy B z dzielnym dziennikarzem w centrum. Oczywiście pewne wątki związane z Farrowem, choćby to, jak jego macierzysta firma, NBC, go zwodziła, musiały się pojawić (i przyznać trzeba, iż dziennikarz nie ukrywa, że miał dylemat, czy nie ustąpić i zostać w stacji telewizyjnej dla stabilnej, obiecującej kariery). Jednak są momenty, kiedy Farrowa, jego prywatnego życia i wewnętrznych rozważań dostajemy nieco zbyt wiele. Stylistyczne pójście w stronę literackości rodem z sensacyjnych powieści też udaje się różnie. Czasem reporter chyba myśli, że jest Raymondem Chandlerem, przez co sili się na przykład na „błyskotliwe” opisy kobiecej urody. Pomijając już moje odczucia, że może to, że bohaterki są ładne, nie powinno być aż tak co chwilę podkreślane w książce o molestowaniu, nie zawsze Farrow ma inwencję. Trudno się zachwycić charakterystyką: „Była szczupłą blondynką i robiła wrażenie” (s. 113), choć ewentualnie można docenić noirowe zakorzenienie cynicznego stwierdzenia: „Jak wiele informatorek w historii Weinsteina miała urodę, która w niemal każdym otoczeniu byłaby uderzająca, w Hollywood jednak stanowiła tylko kryterium zatrudnienia” (s. 173). Żarty też nie zawsze się udają, aczkolwiek czasem Farrow przytacza udane opisy sytuacji – jak ten, gdy po koszmarnych doświadczeniach w NBC dziennikarz przekonywał „New Yorkera” do publikacji materiałów o Weinsteinie: „Nieco później kilka osób spośród zgromadzonych wtedy w tym pokoju miało mnie opisać. Wszyscy sięgali po te same epitety: przygnębiony, zrozpaczony, usiłujący przy każdej okazji zapobiec atakom. Wyglądało to tak, jak ktoś to ujął, jakbym bronił rozprawy doktorskiej” (s. 227), albo jak komentarz do czasów, kiedy był śledzony lub nagabywany: „Gdyby nie poddawano mnie agresywnej inwigilacji, w ogóle nie miałbym życia towarzyskiego” (s. 364).

Siła klasy A, styl klasy B

Doceniając porwanie się na taki temat i doprowadzenie go do końca, czytelnik może nieraz kiwać głową na wspomnienie autodiagnozy Farrowa: „Oprócz dziennikarstwa moimi namiętnościami są spóźnianie się i robienie dramy” (s. 77). A jednak, chociaż ten styl mnie miejscami irytował, bo jestem przekonana, że ta koszmarna historia brzmiałaby wystarczająco koszmarnie bez sensacyjnych „ozdobników”, to trudno pozbyć się wrażenia, że Farrow napisał teksty właśnie tak, bo jest takim właśnie dziennikarzem. A gdyby był dziennikarzem innym, to nigdy nie doszedłby ze swoim śledztwem tak daleko, poddałby się bowiem przy oporze ze strony tych, którzy powinni mu pomagać, lub przy pierwszym podejrzeniu, że jest śledzony i zagrożony. Trzeba więc wziąć tę książkę z jej wadami i cieszyć się, że powstała. Bardzo przemawiają do mnie refleksje reportera o tym, jak łatwe wydają się słuszne decyzje z punktu widzenia osoby znającej już finał: „Post factum wszystko wydaje się oczywiste. Ale w danym momencie nie wiesz, jak ważna okaże się twoja historia. Nie wiesz, czy walczysz, ponieważ masz rację, czy ze względu na swoje ego i chęć wygranej, albo aby uniknąć potwierdzenia tego, co wszyscy myśleli – że jesteś młody, niedoświadczony i wszedłeś w coś, co cię przerasta” (s. 196).

Ze względu na społeczną ważność zebranych w książce tekstów, na fakt, że są to reportaże, które rozbiły zmowę milczenia i, mimo że wciąż dużo jest do zrobienia, coś zmieniły, a także dlatego, że „Złap i ukręć łeb” częściej jednak wciąga niż drażni, zdecydowałam się tę książkę docenić. I może nawet znajdę w sobie psychiczną siłę, by zapoznać się z inną wersją tej okropnej historii – z książką „Powiedziała. Śledztwo, które zdemaskowało Harveya Weinsteina i zapoczątkowało ruch #metoo” dziennikarek „New York Timesa”, Jodi Kantor, Megan Twohey, czyli laureatek Pulitzera z tego samego roku, co „New Yorker” z Farrowem. Po to, żeby nie zatarło się w pamięci, jak taka opresja działa i ilu ludzi wyłamujących się z tłumu trzeba, żeby chociaż czasem opresję tę nadwątlić.
Ronan Farrow: „Złap i ukręć łeb. Szpiedzy, kłamstwa i zmowa milczenia wokół gwałcicieli”. Przeł. Anna Dzierzgowska, Sławomir Królak. Wydawnictwo Czarne. Wołowiec 2020 [seria: Amerykańska].