Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Agnieszka Jeżyk,

DYSKRETNY UROK NIEDOSYTU

A A A
O III Manifestacjach Poetyckich (całkowicie subiektywnie)
– Och, to nie wina miejsca – powiedziałem.
– Wszędzie się może zdarzyć coś. Nic zresztą też.
(Philip Larkin: „Pamiętam, pamiętam”)


Nie jest bynajmniej przypadkiem, że właśnie ten, a nie inny fragment z Larkina stał się mottem dla tej całkowicie subiektywnej relacji. Tegoroczne, trzecie już Manifestacje Poetyckie upłynęły pod znakiem małych przyjemności i subtelnych rozczarowań. Miało zdarzyć się coś. W czasopiśmie „Wakat” organizatorzy warszawskiego festiwalu buńczucznie deklarowali: „Robimy Manifestacje po to, żeby manifestować. Tak jak malarzowi jest potrzebne płótno do tego, żeby malował, tak my w tym roku robimy Manifestacje, żeby wydarzyło się na nich to: żeby poezja była czytana, odczuwana, żeby wchodziła w krwiobieg”. Nie zdarzyło się jednak nic. A raczej – żadna pobudzająca estetycznie i intelektualnie substancja poetycka w krwiobieg nie weszła.

Program imprezy zdawał się zaspokajać najróżniejsze gusta: w ciągu trzech dni odbył się szereg spotkań autorskich (m.in. z Romanem Honetem i Radosławem Kobierskim, Maciejem Sawą i Robertem Królem, Adamem Wiedemannem i Markiem K.E. Baczewskim), koncertów (Brudne Dzieci Sida, Przyzwoitość, także „dżem poetry sessions” i partytury Johna Cage’a), dyskusji (m.in. „Obecność literatury w mediach”, „Awangarda i paseizm w poezji roczników 70-tych i 80-tych”, „Kwestia kobieca: między gettem a idiolektem”). Dla chętnych organizowano także zwiedzanie Centrum Sztuki Współczesnej, po którym oprowadzał wyjątkowy przewodnik – Zbigniew Libera. Paradoksalnie jednak ta różnorodność i brak idei, która mogłaby spajać szereg interesujących propozycji artystycznych, wydaje się głównym problemem festiwalu. Nie zresztą jedynym. Jeżeli jakaś myśl przewodnia scalała Manifestacje Poetyckie, można by określić ją śmiało jednym słowem: niedosyt. A zatem niedosyt w przesycie.

Symptomatyczny okazał się już werdykt w II konkursie im. T.J. Pajbosia. Żaden z 214 nadesłanych zestawów poetyckich nie spełniał postulowanego przez jury kryterium idiomatyczności i oryginalności, w rezultacie zaś nagrodzono w większości teksty nieprzyzwoicie poprawne i tylko w paru momentach uwodzące autentyczną frazą. Laureaci sięgali po stały repertuar lirycznych odniesień, osadzając swe refleksje w miejskiej przestrzeni, namiętnie powracając do ciała i uzupełniając swe monologi wdzięcznymi wstawkami z języka popkultury i Internetu. Po takiej dawce miasta, autobusów, chmur i roślin można uodpornić się na pewne poetyckie zaklęcia. Zwycięską ręką z batalii o własny głos wyszedł zdobywca II nagrody Przemysław Owczarek. W postronnym obserwatorze może jednak kiełkować podejrzenie, że oto większość zaprezentowanych prac została wygenerowana przez jakiś niecny program komputerowy do pisania potencjalnie nagradzanej poezji.

W dyskusjach panelowych ledwie zaznaczono najistotniejsze kwestie. Uczestnicy spotkania dotyczącego obecności literatury w mediach skupili się głównie na zależnościach pomiędzy literaturą i prasą codzienną, pomijając całkowicie radio, telewizję i Internet. Ciekawy wątek podjął Paweł Dunin-Wąsowicz, sygnalizując coraz większą instrumentalizację prozy i poezji, która niejednokrotnie wykorzystywana jest jako oręż w walce ideologicznej pomiędzy konkurującymi ze sobą tytułami. Przemysław Czapliński zakwestionował natomiast zjawisko antagonizacji mediów, które – jego zdaniem – jest sztucznie wykreowane w celu przywrócenia harmonii i ładu w chaosie spolaryzowanych środowisk. Autor „Ruchomych marginesów” zwrócił też uwagę, że warto – zamiast przerzucać się nazwiskami – porozmawiać o kryteriach oceny dzieł literackich. Czy jednak rozmowa o kryteriach w czasach, gdy kategoria obiektywizmu wydaje się co najmniej podejrzana, nie sprowadza się w istocie do niekończących się i nieproduktywnych dysput o gustach i upodobaniach estetycznych? I czy – w tym świetle – celem takowych nie ma być wyłącznie przyjemność samej debaty? Nie widzę bowiem żadnych realnych szans na wypracowanie wspólnego stanowiska, nawet pomiędzy krytykami, którym z założenia kondycja polskiej literatury współczesnej leży na sercu.

Podobna aporia legła już u podstaw panelu „Awangarda i paseizm w poezji roczników 70-tych i 80-tych”. Interlokutorzy – znów nie chcąc szafować nazwiskami i tomikami – zaczęli od definiowania awangardy, w rezultacie jednak do samego końca nie zdecydowano, czy rozumiemy pod tym terminem kontynuację awangardowej tradycji, czy zjawiska nowe i ustawiające się w poprzek czytelniczych przyzwyczajeń. Okazało się, że możemy jedynie zaufać niejasnemu przeczuciu któregoś z debatujących krytyków co do tego, czy istnieje obecnie w Polsce jakaś awangarda, czy to ledwie pobożne życzenie.

Dyskusja „Kwestia kobieca: między gettem a idiolektem” wzbudziła najgorętsze emocje. Było to zapewne zaskoczeniem dla uczestniczek panelu podkreślających od samego początku nieco przebrzmiały charakter tematu i ubolewających nad jałowością debat, które w żaden wyraźny sposób nie zdołały się przyczynić do podniesienia statusu kobiet w kulturze wysokiej. Dyskutantki były zaniepokojone niską świadomością kwestii kobiecych w społeczeństwie, zapomniały jednak, że najbardziej zdumiewająca wydaje się dysproporcja pomiędzy przyswojeniem tematu przez środowiska akademickie, a wiedzą dostępną w powszechnym obiegu społecznym.

Ukłonem w stronę szerszego odbiorcy mogły być wszelkie wariacje na temat związków poezji z innymi sztukami. Intrygujący w zamyśle wydawał się projekt Kuby Przybyłowskiego, który postanowił przenieść własne teksty w ramy parateatralne. Autorka tej relacji wciąż żywi nadzieję, że nie była w stanie pojąć głęboko groteskowego i ironicznego charakteru spektaklu i tylko przez czystą złośliwość widzi w nim wyłącznie powielenie wyeksploatowanej na dziesiątą stronę wizji skłóconego z życiem poety-buntownika, który zawisając nad barem snuje 49 niekończących się monologów o wódce i papierosach. Poczucia humoru nie można za to odmówić Marcinowi Cecce, promującemu na imprezie swój najnowszy tomik „Mów”. Autor wyszedł na scenę w wielkich różowych okularach, dzierżąc w ręku magnetofon i nie odzywając się ani słowem, raz po raz odtwarzał wcześniej nagrane fragmenty tekstów, dając nieco absurdalny show w lekko purnonsensowym stylu. Niestety publiczność nie dopisała. Znacznie lepiej pod tym względem wypadło spotkanie „Silesia 3:0”, podczas którego zaproszeni przez Krzysztofa Siwczyka goście czytali swoje wiersze przy wtórze muzyki. Jednak dla osoby, która wcześniej nie znała tych akurat tekstów autorstwa Tadeusza Pióro, Wojciecha Brzoski, Andrzeja Sosnowskiego czy Macieja Meleckiego, konfrontacja z tak hermetyczną i skomplikowaną materią mogła okazać się zadaniem ponad siły. Jakimś rozwiązaniem byłoby ustawienie wokół sceny telebimów, ale wiadomo, że wiązałoby się to z dodatkowymi kosztami.

Okazuje się jednak, że nawet tak atrakcyjnie opakowana poezja nie wytrzymuje konkurencji z bardziej tradycyjnymi weekendowymi rozrywkami, a publiczność dopisała tylko w sobotni wieczór. Może zatem warto zastanowić się, jakie są tego przyczyny. Podczas jednego z paneli pewien poeta zasugerował, że stacje telewizyjne i gazety mogłyby fundować artystom stypendia. Propozycja wydaje się jednak dość zuchwała i nieuzasadniona, pozostaje bowiem pytanie, w jaki sposób poetyckie środowisko otwiera się na dzisiejszego odbiorcę i czy jest w stanie zaoferować mu godną uwagi propozycję. Pamiętam, jak parę lat temu w krakowskiej Alchemii podczas jednego z pierwszych slamów sala pękała w szwach. Trudno wyrokować, czy to nieodparty urok nowości przyciągnął wówczas tak liczne audytorium i czy wdzięczny romans poezji z innymi środkami artystycznego wyrazu okazał się jeszcze jedną niewykorzystaną szansą na zainteresowanie większego kręgu odbiorców elitarną rozrywką, jaką jest poezja. Tak czy inaczej, Manifestacje Poetyckie udowadniają jedynie, że takie imprezy skierowane są wyłącznie do hermetycznego kręgu wtajemniczonych – poetów i krytyków, a także barwnego korowodu ich znajomych, stanowiących stałe tło literackich festiwali wszelkiego gatunku. I być może tak właśnie powinno być. A niedosyt, który zostaje po weekendzie spędzonym w warszawskich Alejach Ujazdowskich, zaostrza tylko apetyt na poetycką ucztę w przyszłym roku.

Autorka dziękuje Ewie Chwalczyk za pomoc przy zbieraniu materiałów do tekstu i nieustającą inspirację.
III Manifestacje Poetyckie. Warszawa, 25-26 sierpnia 2007.