Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Ewa Chwalczyk,

KILKA UWAG (NIEKONIECZNIE) NA MARGINESIE

A A A
czyli czego się dowiedziałam z dyskusji o kwestii kobiecej
W ramach tegorocznego III Festiwalu Literackiego Manifestacje Poetyckie został zorganizowany panel „Kwestia kobieca – Między gettem a idiolektem”. Uczestniczki dyskusji: Inga Iwasiów, Agnieszka Kłos, Barbara Smoleń oraz prowadzący Maria Cyranowicz i Michał Płaczek, mieli – jak sądzę – podjąć się rozmowy dotyczącej określenia miejsca tzw. „literatury kobiecej” w polskim życiu literackim. Drugą, a jednocześnie bardziej palącą kwestią, miało być przyjrzenie się mechanizmom, które powodują, że określana takim mianem twórczość wciąż poddawana jest gettoizacji, a piszące kobiety mają problem, żeby przebić się do tzw. głównego nurtu.

Czego się dowiedziałam?

Choć trąci to banałem, piszącym kobietom, w szczególności poetkom, trudno jest w Polsce zaistnieć w głównym nurcie tak zwanej literatury czy też wręcz kultury „wysokiej” (niezależnie od tego, czy godzimy się na taką klasyfikację). Nie można tego powiedzieć o autorkach wytwarzających seryjną produkcję, która ląduje na półkach hipermarketów, a które radzą sobie całkiem nieźle, także finansowo.

Podstawowym pytaniem być zatem winno – dlaczego tak się dzieje. W tym kontekście istotna wydaje się uwaga administratorki Nieszuflady, Justyny Radczyńskiej, która zwróciła uwagę na to, że wśród osób zamieszczających swoje wiersze w Internecie jest mniej więcej tyle samo przedstawicieli obu płci, natomiast gdy przychodzi pora na druk książki poetyckiej liczba publikujących kobiet drastycznie spada. Uczestnicy i uczestniczki panelu wskazywali między innymi na kwestie dominacji ilościowej mężczyzn i nierówności szans, jeżeli idzie o piszące kobiety. Zastanawiano się, czy nierówności tej nie należy przede wszystkim szukać w konstrukcji kulturowego modelu płci, który implikuje w mężczyznach siłę przebicia i buńczuczną chęć promowania swojej twórczości, nawet jeśli można by mieć wątpliwości co do jej jakości.

Zwrócono również uwagę na specyfikę kręgów literackich, które mogą się charakteryzować swoistym szowinizmem środowiskowym – Agnieszka Kłos nie zauważa tego ostatniego na przykład w środowisku „sztuk plastycznych i wizualnych”. Natomiast w mojej opinii najciekawszym omawianym w tym kontekście problemem jest getto wartościowania, któremu podlegają piszące kobiety, a w którym etykietka „literatury kobiecej” – intuicyjnie przypinana autorkom – jakby podświadomie determinuje niższość tak treści, jak i formy.

Czego się nie dowiedziałam (a wydaje się dużo bardziej istotne)?

Kwestią pierwszorzędną, a w moim odczuciu nie dość jasno postawioną jako podstawowy postulat dyskusji, jest to, z jakiej perspektywy definiuje się literaturę kobiecą. Czy chodzi o twórczość uprawianą przez kobiety, czy raczej skierowaną do kobiet? W dyskusji, w mniej lub bardziej wyartykułowany sposób, przebijało się esencjalistyczne przekonanie, że literatura kobieca to oparta o kategorię sex literatura uprawiana przez biologiczne kobiety. W takiej sytuacji rzeczywiście można wrzucić do jednego worka zarówno Filipiak, Gretkowską, Masłowską, autorki W.A.B.-owskiej Serii z Miotłą, jak i pisarki wpisujące się w nurt „post-Bridget Jones”. Co w takim razie z tego wynika? W zasadzie niewiele, bo czy w tym wypadku można dojść do jakiś konstruktywnych wniosków? Na marginesie, jakoś nie mogę sobie wyobrazić (to moje prywatne zdanie), aby w zbliżony sposób wrzucono do jednej szufladki Rimbaud z Ludlumem.

Tym, nad czym najbardziej ubolewam, jest fakt, iż w dyskusji za bardzo skupiono się nad sprawą getta, a zepchnięto na margines (!) drugi człon tytułu tj. idiolekt. O ileż bardziej pobudzające intelektualnie mogłoby stać się (głębokie) zastanowienie nad specyfiką ecriture feminine. Szkoda, że próba zwrócenia uwagi na istotność pisania z doświadczenia (ciała), podjęta przez Ingę Iwasiów i Barbarę Smoleń, została sprowadzona przez niektóre osoby z publiczności do słynnego i mocno już wyeksploatowanego skojarzenia, iż pisanie ciałem i z „doświadczenia”> ciągle kojarzyć się musi z menstruacją. A przecież, co znowu zabrzmi banalnie, nie musi, a nawet jeśli, to dlaczego zabraniać tego kolejnej autorce?

Czy tego rodzaju dyskusje są potrzebne (i dlaczego)?

Można by się spierać, czy jest w takim razie sens organizowania tego typu spotkań, skoro na pierwszy rzut oka nic znaczącego z nich nie wynika. Jeśli przyjrzeć się bliżej, to okazuje się, że na pewnej płaszczyźnie jest wręcz przeciwnie. Panel w ramach Manifestacji Poetyckich po raz kolejny uzmysłowił mi, jak bardzo nikła jest świadomość osób, które zajmując się literaturą, nie mają za sobą rzetelnego kursu teorii literatury, nie mówiąc już nawet o zainteresowaniu kwestiami gender. Padające ze strony publiczności postulaty dotyczące konieczności obalenia Platona przez kobiety czy też budowy własnego języka mogą śmieszyć i męczyć akademików i akademiczki, którzy Derridę, Cixous, Irigaray i Kristevą przeczytali i trzymają na biurku w gabinecie.

Problemem jest to, że – jak zaznaczyła Inga Iwasiów – tego typu dyskusje organizuje się od lat, a jednak ciągle jeszcze trzeba je powtarzać. To, co dla osób zajmujących się genderami, wydaje się banalne i oczywiste, ma problem z wyjściem z sal wykładowych (jeśli w ogóle się tam znajduje), kart artykułów i książek naukowych. Zaś dla „laika” bądź „laiczki” – staje się (momentami przerażającym) odkrywaniem „dzikiej krainy”. Być może pierwszym krokiem powinna być w ogóle próba odejścia od ciągle powracającego i zużytego terminu „literatura kobieca” na rzecz literatury kobiet. Nawet jeśli wciąż będzie to zamykanie się w pewnego rodzaju getcie, to przynajmniej będzie to obszar różnorodności.

W tej sytuacji podzwonnym staje się pytanie Marii Cyranowicz – co zrobić? Jak można się domyślać – i ten punkt został bez odpowiedzi. Oczywiście można próbować separacji, ale czy to czemuś pomoże? Jak jednak integrować się z piszącymi mężczyznami? Jak już wspomniałam, problem istnieje, jednak samo postawienie diagnozy to zbyt mało. Właśnie dlatego sądzę, że dyskusje takie jak omawiana są potrzebne, choćby przez ustawiczne zwracanie uwagi na konieczność ukazywania problemu i budowanie (nawet najbardziej tymczasowego) miejsca, w którym można (przynajmniej próbować) rozmawiać, spierać się, a nawet się na siebie obrażać. Być może następnym krokiem będzie szukanie twórczych rozwiązań. Najważniejsze, choć ponownie trywialne, żeby gdzieś tam w centrum czy tu na marginesie powstawała dobra, poddająca się wielogłosowemu odczytaniu, poruszająca literatura, tak kobiet, jak i mężczyzn.
Panel „Kwestia kobieca – Miedzy gettem a idiolektem” z udziałem: Ingi Iwasiów, Barbary Smoleń oraz Agnieszki Kłos, prowadzenie: Maria Cyranowicz i Michał Płaczek. 26 sierpnia 2007.