Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Monika Glosowitz,

HISTORIE SZALEŃSTWA

A A A
Lekturze prozy Huberta Klimko-Dobrzanieckiego towarzyszy aura dziwnej nie-samowitości. Niby wszystko rozgrywa się w dobrze znanych, rodzimych sceneriach, a jednak pokrytych delikatną warstwą baśniowego smogu.

„Wariat” jest drugą-pierwszą książką prozatorską Klimko-Dobrzanieckiego – jak podpowiada okładkowa nota (choć, nie wiadomo czemu, zapomina się o „Stacji Bielawie Zachodniej” z roku 2003). Już w tomie „Dom Róży. Krýsuvik” historie snuł narrator o wyraźnych cechach autora (Polak z pochodzenia, mieszkający w Islandii, związany z Agnieszką). Natomiast zdanie kończące zbiór nowych-starych opowiadań brzmi: „Tyle pamiętam” (s. 190), wyznaczając jednocześnie narratorską perspektywę całego tomu. Co więcej, dołączony dopisek autorski rozwija losy bohaterów kolejnych opowieści. I może autobiografizm tej nowelowej układanki jest tematem na zupełnie inny szkic, ale właśnie ta – nie tak częsta przecież – bezpośredniość, wyraźny, intymny rys przyczynia się do stworzenia jakiejś tajemniczej, lekturowej wspólnoty.

Historie „Wariackich” postaci są z pozoru całkiem zwyczajne: ktoś wraca z wojny, inny chce skoczyć z dachu, jedni w coś wierzą, drudzy nie, a uczucia kończą się tak gwałtownie, jak się zaczęły. Słowem, błędne koło miłości i śmierci. Tym, co spina wszystkich bohaterów niewidzialną klamrą, jest nieprzemożona chęć chociażby chwilowego oderwania od ziemi. Jakby wszyscy potajemnie zawarli ze sobą przymierze, jakby prowincja była wylęgarnią wariatów. Choć w gruncie rzeczy to właśnie ci spod „nierównego sufitu” mają odwagę przekraczania społecznie utrwalonych podziałów, związanych nie tylko z „przypisaną” płcią, ale również z zawodem czy wyznaniem określającym odpowiedni repertuar zachowań: Kwiecia stawia lampkę czerwonego wina brunetowi z kozią bródką (i na tym się nie kończy), dentysta Tannenbaum postanawia zostać rzeźnikiem, do tego piszącym wiersze, a Andrzejek zamawia sobie sztuczną Matkę Boską Bielawską. W swoim „dziwactwie”, które właściwie stanowi jedynie odstępstwo od społecznej normy, postaci są niezwykle autentyczne. Mimo często charakterystycznej, czy wręcz krzykliwej, fizjonomii i powtarzania pewnych specyficznych zachowań wydają się bardziej naturalne, jak gdyby dopiero wyłamanie się spod narzucanych sztanc, umożliwiało w pełni zintegrowanie Ja.

Te nieszkodliwe szaleństwa są tak naprawdę buntem przeciwko prywatnym końcom świata. Przeciwko skostnieniu, marazmowi, poddaniu się monotonnemu rytmowi życia na prowincji (co oczywiście wcale nie wyklucza patriotyzmu lokalnego). Tyle że nikomu nie jest potrzebne internowanie (w znaczeniu, w którym używa go Foucault, czyli umieszczenia w domu dla obłąkanych). Ziarno szaleństwa tkwi głęboko w dolnośląskiej ziemi i rozsiewa się, wyrastając w postaci wiecznej zieleni – jak w pieśni nuconej w ekstazie przez Kornelię w opowiadaniu „Żuki”. I jak słowa tej pieśni, która przypomina się nie wiadomo dlaczego.

Multietniczność rejonów prezentowanych przez Klimko-Dobrzanieckiego przypomina krajobraz „Commonwealthu” z „Rodzinnej Europy” Czesława Miłosza. Starsze pokolenia mają tu jeszcze problem z określeniem własnej tożsamości narodowej: „narodowość – niemiecka, obywatelstwo – polskie, miejsce urodzenia – Bielawa!” (s. 86). „Widzisz, to nie jest tak, jak myślisz. Sama idea granic jest chora” (s. 175) – mówi profesor do ucznia Huberta (!) w opowiadaniu „Marzenia”. W swojej glosie dołączonej do opowiadań autor pyta: „Kto napisze ciąg dalszy tej opowieści z pogranicza? Czy będzie jeszcze jakieś pogranicze?” (s. 193). To pytanie nie jest skierowane do nas, przynajmniej nie teraz. Na razie pogranicza funkcjonują – i w świecie, i w literaturze.

Ten najprawdopodobniej po części zmontowany ze wspomnień świat, mimo rozgrywających się na pierwszym planie tragedii, przypomina idyllę. Przeszłość chyba ma to do siebie, że łatwo poddaje się zabiegom idealizacji czy mityzacji. A doświadczenia bohaterów stanowią swego rodzaju rytualne inicjacje. Tak więc mamy do czynienia z kolejną wariacją na ten sam temat. Na szczęście opowiedzianą z humorem (tytułowy „Wariat” wiedzie prym) i chwilami tonem baśniowych mądrości. Zwłaszcza pierwsze opowiadanie pt. „Rzeźnia” przypomina Andersenowskie opowieści: jak w „Małym Klausie i dużym Klausie” – jeden z bohaterów musi iść na dno.

Osadzone w (ciut zatartych wprawdzie) realiach historycznych opowiadania – w powojennej scenerii wędrówki ludów – dopraszają się nawet interpretacji w (elementarnym) kontekście filozoficznym. Pantha rei, jak mawiali Grecy, nie tylko starożytni, ci z Bielawy też” (s. 193). Wolałoby się jednak wierzyć, że „wszystkie chwile przeszłe, obecne i przyszłe, zawsze istniały i będą istnieć” (K. Vonnegut: „Rzeźnia numer 5”. Warszawa 1989, s. 26). W końcu po to zostały zapisane. Zresztą, w tym literackim świecie chwile zjednoczenia z zawsze okraszoną kiczowatym nalotem, nieokreśloną transcendencją rozciągają się w czasie. Wieczysta teraźniejszość wdziera się tu w czas linearny – jakby w zgodzie z myślą świętego Augustyna. I to zanurzenie w sacrum umożliwia symboliczne odrodzenie jak w przypadku Kwieci: „Kwiecia powoli zaczęła wzbijać się do nieba, aż znikła” (s. 66). Na marginesie – w tych momentach proza Klimko-Dobrzanieckiego nieznośne przypomina teksty Odiji z rozpadem świata i folklorystycznymi podobiznami Matki Boskiej.

W porównaniu z nominowanym do Nike tomem „Dom Róży. Krýsuvik” nowy „Wariat” wydaje się polem ćwiczebnym literackich manewrów. Opowiadania spaja wprawdzie wspólne miejsce akcji zmieniające się wraz z upływem lat oraz motyw tytułowego wariactwa, ale „Dom Róży...” ma stabilniejszą konstrukcję. Zwłaszcza w „Krýsuviku” wyczuwa się pewniejszą, pisarską rękę.

Mam też wrażenie, że Klimko-Dobrzaniecki czasami ma problem z pointowaniem. Właśnie w tych końcowych akordach przeszkadza osobisty, natrętny, miejscami zbyt sentymentalny ton: „Potem… Co było potem? Istnienie kolejki zaciera się w mojej pamięci. Może to śmierć Grubego zaważyła na decyzji likwidacji Srebrnej Strzały. Nie wiem. Są miejsca na mapie, które stają się końcem świata. Tętniące niegdyś tory kończą się nagle w szczerym polu. A to pole coraz bardziej zarasta” (s. 103). Zdecydowanie przyjemniej czyta się celne, nierzadko podszyte czarnym humorem, konkluzje samych bohaterów. Choć metafora pamięci jako zarastającego pola porządkuje całość tej prozatorskiej konstrukcji.

Czytając „Wariata”, ma się wrażenie, że literatura to nieustanne od-twarzanie, zaklinanie przeszłości. Własne poszukiwanie straconego czasu, nie inaczej. Tom jawi się jako przeplatanka kilku historii, siatka dróg wiodących przez zachwaszczone pola, ciemne, ludzkie wnętrza. Ale potem robi się jaśniej, łagodniej.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki: „Wariat”. Wydawnictwo Portret. Olsztyn 2007. „artPAPIER” jest patronem medialnym książki.