Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Magdalena Boczkowska,

RAZ DWA TRZY – PAN Z KAWKĄ PATRZY

A A A
Po nominowanym do Nagrody Literackiej NIKE zbiorze „Dom Róży. Krýsuvík” oraz tomie opowiadań „Wariat” (wcześniejsza wersja nosiła tytuł „Stacja Bielawa Zachodnia”), ukazała się trzecia książka Huberta Klimko-Dobrzanieckiego. Akcja powieści „Raz. Dwa. Trzy” – bo o niej mowa – rozgrywa się, tak jak i większości jego opowiadań, u podnóża Gór Sowich, w okolicach Bielawy, z której pochodzi autor. Po raz kolejny Dobrzaniecki ukazuje zatem problemy lokalnych społeczności w małych poniemieckich miasteczkach i mentalność ich nieco zaściankowych mieszkańców, mocno zakorzenionych w miejscu swego urodzenia. Jednak tym razem głównym problemem jego książki staje się dojrzewanie i męska inicjacja w dorosłość.

Powieść „Raz. Dwa. Trzy” to bez wątpienia męska proza. Nie tylko dlatego, że bohaterami (i jednocześnie narratorami) są właśnie mężczyźni. Można ją nazwać męską, biorąc pod uwagę tematykę, sposób prowadzenia narracji czy drapieżny, siarczysty i niekiedy bardzo dosadny język. Trzech różnych bohaterów, trzy rodzaje narracji, brak chronologii, jedno miasteczko i jedna tajemnicza postać mężczyzny z kawką na ramieniu, który łączy wszystkie wątki – tak najkrócej można by scharakteryzować książkę Dobrzanieckiego. Ale po kolei. Punk, gej i niedoszły ksiądz – to bohaterowie. Poznajemy ich tak różne, a w gruncie rzeczy tak podobne, historie od wczesnego dzieciństwa, dzięki czemu możemy dowiedzieć się, co doprowadziło ich do takich, a nie innych wyborów w późniejszym życiu.

Punk jako mały chłopiec stracił matkę, od tej pory wychowywany był tylko przez ojca, który stale przedstawiał mu coraz to nowe „ciocie”. Jest zaniedbanym, pozostawionym samemu sobie dzieckiem. Tylko co jakiś czas, na weekendy, sytuacja się zmienia – chłopak jedzie do siostry swojego ojca, gdzie całe godziny może spędzać ze swoją ukochaną kuzynką Sylwią, prowadząc z nią ekscytujące „zabawy w doktora”. Drugą ważną osobą w jego życiu jest kolega ze szkoły – Tomek, dzięki któremu staje się właśnie punkiem. Nasz bohater wcześnie przeszedł inicjację seksualną, która okazała się dla niego najważniejszym etapem życia: „zdjęła mi spodnie i czułem jej pazurki, jak wtedy przy badaniu. Weszła na mnie. Było mokro i ciepło, dobrze, błogo, cudownie. Ruszyła się tylko kilka razy, wytrysnąłem”. Od tego momentu po raz pierwszy zaczyna wierzyć w siebie, buntować się przeciw ojcu. Seks jest dla niego drogą do potwierdzania własnej tożsamości, daje poczucie wartości, której wcześniej mu brakowało. Pozornie niewinne „zabawy” z Sylwią przekształcają się w trwały związek, oparty właśnie na seksie. Nareszcie czuje, że jest – by tak rzec – pełnowartościowym człowiekiem, prawdziwym mężczyzną, bowiem wcześniej sądził, że rozczarowuje kuzynkę – „Sylwia wkłada swoje ręce do spodni od mojej pidżamy i łapie delikatnie za pitolka. Wtedy ją pytam, co to znaczy, że mi jeszcze nie staje. A ona odpowiada, że za kilka lat mi stanie, a może już niedługo. Staśka jej powiedziała, że chłopakom staje i wtedy jest dużo radości. Nie mogę się doczekać, aż mi stanie, bo lubię Sylwię, przecież to moja kuzynka, i chcę jej dać dużo radości, tak jak ci chłopcy dają Staśce”. Z czasem, pojawia się jednak strach przed odkryciem ich związku, młodzi chcą wyjechać, bohater pragnie coś w swym życiu zmienić, a pierwszym etapem ma być... obcięcie kolorowego irokeza.

Drugi z bohaterów Dobrzanieckiego to „trzymany pod kloszem” przez nadopiekuńczą matkę (ojca w ogóle nie zna) gej. Od dzieciństwa nic nie mógł robić sam. Matka zmuszała go do pisania prawą ręką, choć był mańkutem, uczyła szydełkować i wykonywać inne, typowo „babskie” czynności. Na jego psychikę również największy wpływ ma inicjacja seksualna. Także stosunkowo wczesna, także ze starszą kobietą, ale w przeciwieństwie do „pierwszego razu” punka, niepełna i bardzo nieprzyjemna dla chłopca: „złapała mnie za głowę i skierowała nosem w las, kazała go lizać. Włosy. Twarde, szorstkie, obrzydliwe, a Zielińska dalej trzymała mnie za głowę i sterowała nią po całym lotnisku. Zielińska robiła się mokra, zaczęła pokrywać się lepką mazią i stękać coraz mocniej, przyciskając moją głowę z oślizgłym, sztywniejącym z bólu językiem”. Chłopak zaczął czuć obrzydzenie do kobiet. Z czasem zatrudnił się jako pomocnik fryzjera i zakochał w jednym z klientów – Lucjanie, dzięki któremu odkrył, że jest homoseksualistą. W końcu kupił zakład fryzjerski, a jego marzeniem stało się przekształcenie go w prawdziwy salon fryzur. To właśnie tam, pod koniec powieści, przychodzi pierwszy bohater, by ściąć włosy.

W końcu trzecia stworzona przez autora „Wariata” postać – niedoszły ksiądz. On również dorastał w niepełnej rodzinie. Jako nastolatek odkrył, że różni się od rówieśników. Zapewne jakieś zaburzenia hormonalne spowodowały bowiem, że urosły mu piersi. Zarówno matka, jak i szkolna pielęgniarka bagatelizują problem chłopaka. A dla niego to prywatny koniec świata – nie może spotykać się z dziewczynami, nie chce pójść na plażę czy grać z kolegami w piłkę. Wstydzi się swojej „ułomności”, pierwiastka kobiecości, nie czuje się pełnowartościowym mężczyzną. W końcu, będąc już pełnoletnim, poddaje się terapii hormonalnej, w wyniku której zaczyna tracić włosy. Nieśmiały, zagubiony i samotny postanawia pójść do seminarium duchownego. Zostanie księdzem wydaje mu się być jedyną właściwą życiową drogą. Jednakże obłuda panująca wśród kleryków, a także w końcu odkryty seks (masturbacja, a potem seks oralny z młodą zakonnicą), wywołały wątpliwości co do słuszności podjętej decyzji. Chłopak został usunięty z seminarium. W jego przypadku także inicjacja seksualna, również niepełna („nigdy nie pozwoliła się dotknąć, nigdy nie podniosła habitu, nigdy nie posiadłem jej do końca. Jeszcze kilka razy miała go w ustach, pod prysznicem...”), miała decydujący wpływ na dalsze losy. Wrócił do matki i zaczął pracować na poczcie. Ale nadal chce coś zrobić z resztą swojego życia. Zaczyna od zmiany fryzury – również udaje się do salonu fryzjerskiego „Lucjan”.

Zakład fryzjerskim, w którym na końcu powieści spotykają się wszyscy trzej bohaterowie, nie jest jedynym punktem wspólnym, łączącym wątki „Raz. Dwa. Trzy”. Bohaterowie mieszkają w tym samym małym miasteczku, położonym gdzieś na Dolnym Śląsku. Wszyscy pochodzą z niepełnych rodzin. Wszyscy mają swoje małe i wielkie tragedie. W końcu, wszyscy trzej widzą tajemniczą postać z czarną kawką na ramieniu. Mężczyzna ten pojawia się w najmniej spodziewanych momentach ich życia, potrafi ożywić zabite zające, dokarmia wróble, a w jego szklanym oku można zobaczyć niebo i piekło. Nie wiadomo, kim jest. Czarodziejem? Złym duchem? Czy może Aniołem Stróżem? Raczej kimś, kto pomaga przeglądać się w lustrze ludziom żyjącym w Bielawie. Dobrzaniecki po raz kolejny porusza problem zaściankowości jej mieszkańców, wierzących w ideę lokalnego patriotyzmu i „małych ojczyzn”, i stawia gorzką diagnozę – „tacy są ludzie z małych miasteczek. Na pozór normalni, piękni, mądrzy, mają ten potencjał, który każdy z nas ma od Boga czy od innej cholery, ale boją się, boją się go spożytkować, dlatego kończą jako dewoty, dewoci, pijacy, sadyści, wariaci, a przecież wystarczy głęboko spojrzeć w siebie, przestać się bać, przestać okłamywać samego siebie i żyć (...)”. Może zatem bohaterowie dostaną jednak drugą szansę?

Język, jakim posługują się postaci z najnowszej powieści autora „Domu Róży...”, jest zbrutalizowany i dosadny. Podobnie jak opisy doświadczeń erotycznych bohaterów-narratorów, dla których seks staje się katalizatorem do zmiany własnego życia. To męska proza, trochę chropawa i ostra. To książka o poszukiwaniu prawdziwej męskości, niekoniecznie takiej w wydaniu macho, bo dla bohaterów Dobrzanieckiego oznacza ona przede wszystkim mówienie własnym głosem.
Hubert Klimko-Dobrzaniecki: „Raz. Dwa. Trzy”. Korporacja Ha!art. Kraków 2007.