Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Magdalena Gruda,

STÓŁ Z DRZEWA

A A A
Józef Hen w „Nie boję się bezsennych nocy” powiada, że pisarstwo to czary. W tym sensie czytelnik, obcując z książką, poddaje się jej hipnozie, autorskiej kreacji świata, który – optymistycznie zakładając – porywa, a potem zwraca rzeczywistości czytelnika odmienionego. „Stół utkany z tęczy i oparów rozwiewa się – zostaje stół z drzewa”. Co jednak w sytuacji, gdy zasiadając do drewnianego stołu z książką Jacka Wangina „Lucka rzecz” nie dotykam „stołu utkanego z tęcz i oparów”? Czy to znaczy, że ów świat mnie nie zaczarował, że nie jestem podatna na hipnozę, a może twarda ze mnie sztuka, w głowie: adoracja, podziw, żeby na kolanach, żeby wierny, żeby z kwiatami? Jestem początkującą recenzentką, stąd odzywający się we mnie czysty egoizm czytelniczki.

„Lucka rzecz” Wangina jest pierwszą powieścią autora, który zadebiutował w 2003 roku zbiorem opowiadań „Gdy wrony zawrócą”. Prozaik mości czytelnika w codzienności: „Wybór codzienności jako tropu wiąże się ze znacznym ryzykiem, ponieważ na pierwszy rzut oka oznacza brak oparcia w formie, konwencji, stylach czytania i pisania”, jak pisze Hanna Gosk w książce „Codzienne, przedmiotowe, cielesne. Języki nowej wrażliwości w literaturze polskiej XX wieku”. Utwór jest empiryzacją głosu autorskiego, pisaniem siebie poprzez siebie. Wypada uznać, że nie ma inherentnie nieskażonej autorskim widzeniem rzeczywistości. Nie ulega przy tym wątpliwości, że absolwent filologii polskiej Uniwersytetu Gdańskiego sięga do rzeczywistości in statu nascendi, podrabia codzienność np. miasteczka studenckiego. I w tym sensie może się wydawać, że czytamy powieść dla młodzieży, inicjacyjną, która rodzi halucynację sensu istnienia bądź jego istotę. A wspominam o tym dlatego, że autor aspiruje do całościowego ogarnięcia wyimku świata, poszukuje sensu tejże rzeczywistości. Można mniemać, że literatura nie stanowi dla autora płaszczyzny turlania się po powierzchni rzeczy. Całość przedstawionej historii stanowi quasi-traktat o mizerii istnienia codziennego, codzienności-która-się-staje. Rytm rzeczywistości oddaje język, mowa potoczna, która odzwierciedla nihilistyczne nastawienie do świata przedstawionego. „Lucka rzecz” traktuje o tym, jak codzienność nie traci kontaktu z człowiekiem, jak autor winien być blisko czytelnika. Bohaterowie implikują w istocie życie bierne, nieświadome, bezkształtne. Swoją postawą przekonują, że życie nie ma nic do zaoferowania jednostce uwikłanej w codzienność poza witalnym, sensualnym „tu i teraz”. Trzeba wiedzieć, że tzw. proza życia prędzej czy później zweryfikuje osobnicze widzenie świata, zdaje się mówić autor. To, co cielesne i przedmiotowe, decyduje o losie i szczęściu człowieka. Można powiedzieć, że w tej prozie panuje paradygmat człowieka zwyczajnego. Próby urozmaicania egzystencji prywatnej kończą się bowiem osiągnięciem przez głównego bohatera szczęścia rodzinnego.

Trzeba odnotować, że narratorem powieści jest Lucek, który nie miał łatwego życia, ciężko pracował na to, by minimalizować niepokój o swoją przyszłość: „Jest Lucek, chłopak z małego miasteczka, pierwsze pokolenie inteligenckie, wyrosłe na analfabetyzmie dziadków i podstawówce rodziców. Chłopak, co ma marzenia i tylko tyle”. Praca na rynku warzywnym, praca reporterska sprawiają, że nie ma czasu na tzw. życie towarzyskie, nie jest zainteresowany Stasiami Bozowskimi w glanach, nie pociąga go Zosia w czarnych sztruksach (do czasu!). Jest określony, ukształtowany, ambitny i jasno zapatruje się na swoją przyszłość. „Chciałem ukończyć polonistykę, żeby pisać, nawet artykuły sportowe, ale pod żadnym pozorem nie chciałem wciskać nikomu literatury” (s. 54). Ponieważ nie chce słać „cefałek jak księżniczka listy z wieży”, mocno postanawia, że choćby pioruny biły, nie ustanie w działaniach pisarskich. „Namolnie chciałem zacząć to życie z pisania i w pisaniu, i nareszcie zobaczyłem, że dziesiątki zdań, formułek, różańców, nie poszły w próżnię”. A dalej: „Upierać? Sam już zapomniałem, czemu upieram się [przy pisaniu]. Przyszedłem na studia po to, żeby lepiej więcej pisać. Nie mogłem przewidzieć, że w przeciwieństwie do reality show, książki nie poruszą mas”. Dlatego też bohater, upojony odkryciem, osadzony w rzeczywistości konkluduje, iż należy udać się do ustawionej towarzysko osoby, której protekcja będzie jedynym sposobem na rozpoczęcie kariery pisarskiej. Wszak „jaki dwór, taki Stańczyk”. Niebawem okaże się, że jego proza nie jest godna publikacji.

Opowieść o szukającym swojej niszy studencie prowadzi umysł jasny, żywy, który wprowadza głos daimonionu. Sumienie w postaci anioła stróża – Stanisława Wokulskiego, wskazuje zbłąkanemu właściwą drogę. Jak dotąd obowiązujące było przekonanie, że „Jak się studiuje polonistykę z wyboru, to człowieka ściga głód druku. Jak nie czytam zadrukowanych stron, to sam je zadrukuję”. Stosunkowo szybko życie zweryfikuje ogląd tej kwestii – zwycięży bohater-pozytywista. Zosia będzie w ciąży, Lucek obieca jej i sobie, że będzie mył naczynia, zapracuje na mieszkanie, będzie przynosił kwiaty. W tym miejscu powstaje pytanie o Wanginowską „rzecz samą w sobie”, lucką rzecz. Czy mówiąc o bohaterze powieści, marzycielu-intelektualiście, posiadamy wiedzę na jego temat, czy tylko wierzymy, że coś o nim wiemy? Nietzsche powie, że to tylko zabawa w dotykanie grzbietów rzeczy, maskarada, ponieważ nie ma nic rzeczywistego prócz metafor. Chcę być rzeczywista, chcę być elementem wspólnoty, dlatego kłamię zgodnie z konwencją. Słowo jest tu dźwiękowym odbiciem pobudzenia nerwowego, autoterapią. Idąc tym tropem, zarówno autor, jak i recenzentka stają się zapisem. Poznanie zapisu autora „Gdy wrony zawrócą” gwarantuje skuteczność działania w rzeczywistości, twardej i prawdziwej. Rzeczywistość przedstawiona aktualizuje znaczenia globalne, powszechnie uznawane, że oto stabilizacja jest słusznym kierunkiem działania człowieczego. Autor, przybliżając dyskurs powszedniości, nie inspiruje. „Podniecam się gadaniem i pieprzę głodne kawałki”, tymczasem profesor fizjologii Jared Diamond odkrył, iż mężczyźni mogą karmić piersią – wystarczy dostarczyć [Luckowi] prolaktyny!
Jacek Wangin: „Lucka rzecz”. Wydawnictwo Portret. Olsztyn 2007. „artPAPIER” jest patronem medialnym książki.