ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Marta Lisok,

JAK POŁKNĄĆ KULTURĘ?

A A A
Już po raz drugi za sprawą Artura Rojka z zespołu Myslovitz senne śląskie miasteczko na kilka dni stało się mekką offu. W tym roku do programu muzycznego dołączone zostały różnorodne działania artystyczne prezentowane pod zgrabną nazwą IndustrialART.

Rynek w Mysłowicach. Fot. V. Sajkiewicz.

Mysłowice. Fot. V. Sajkiewicz.

Miejskie Centrum Kultury. Fot. V. Sajkiewicz.

Na stanowiącej część projektu wystawie „Polska część Śląska” Mikołaj Długosz zaprezentował projekcje zbioru starych pocztówek przedstawiających pochodzące z czasów PRL-u, oniryczne w swoim odrealnieniu widoki ulic Mysłowic, Bytomia i Chorzowa. Przy hipnotycznej muzyce Błażeja Górnickiego i kolektywu Plankton, izolującej salę projekcyjną od pozostałych części ekspozycji, kiczowate pocztówki przywoływały zagnieżdżone w pamięci widzów banalne widoki, na tle których pojawiał się „ludzi z epoki”: uśmiechniętych matek z dziećmi, dobrotliwych rencistów i zadowolonych wczasowiczów. Dostęp do oryginalnych slajdów w archiwum Krajowej Agencji Wydawniczej umożliwił Długoszowi świetną zabawę, w której niczym w „Powiększeniu” Antonioniego przypadkowe zbliżenia umożliwiają dostrzeżenie niespodziewanych szczegółów.

Anna Niesterowicz “Polska część Śląska”. Fot. V. Sajkiewicz.

Mariusz Waras. Fot. V. Sajkiewicz.

Agata Nowicka “Japońska część Śląska”. Fot. V. Sajkiewicz.

Edward Dwurnik, mural na ulicy Krakowskiej. Fot. V. Sajkiewicz.

Na wystawie głównej, której tytuł został zaczerpnięty od prezentowanego tam neonu Anny Niesterowicz, podłogę pieczołowicie wysypano ziemią, prawdopodobnie, by wzmocnić wrażenie surowości całego projektu. Ziemia/węgiel zostały potraktowane jako punkt wyjścia do dyskusji o miejscu, co ostatecznie wyhamowało impet i lekkość prezentowanych prac teatralną dosłownością. To oddolne scenograficzne stłumienie zdawało się nieco zaburzać wydźwięk wystawy, kierując go na wąskie i wyraźnie zdefiniowane koleiny. Agata Nowicka (Endo) zgrabnie połączyła rycinę przedstawiającą początki górnictwa ze stylistyką grafik Hokusai, Mariusz Waras stworzył na ścianie galerii zgeometryzowane czarno - białe graffiti z rozwałkowaną panoramą typowego industrialnego krajobrazu, opierającego się na kilku modułach z klaustrofobicznie stłoczonymi widokami kominów i fabryk. Tegoroczny absolwent katowickiej ASP Szymon Kobylarz zaprezentował kolejne niepokojące w formie pudełkowe instalacje: czarne skrzynki z wizjerem, które okazały się makietą opuszczonego szybu. Ów „obiekt do podglądania” wzbudzał zainteresowanie sugerując, że to co cenne, niezwykłe drzemie w jego wnętrzu. Na ścianie przy mysłowickim więzieniu wykonany został wielki i dosłowny mural Edwarda Dwurnika, przedstawiający uśmiechnięte twarze. Jakby tego było mało, po mieście krążyła multimedialna mobilna instalacja Kollegengruppe V3: Tomasza Bajera, Andrzeja Dudka-Dürera i Jerzego Kosałki, zwana yapper (po polsku: szczekaczka), jej muzyczno - projekcyjny atak wymierzony został w nieprzyjazne, wyludnione place, zionące pustką wyrwy między obdrapanymi budynkami, we wszystkie powodujące traumatyczne doznania, wymarłe miejskie obszary.

“Pills”. Fot. V. Sajkiewicz.

“Pills”. Wnętrze pawilonu. Fot. V. Sajkiewicz.

Pracą, silnie zakorzenioną w kontekście tytułu całego przedsięwzięcia było wnętrze pawilonu po byłej pasmanterii – „Pills” zaaranżowane przez Bartka Adamczaka, którego motywem przewodnim było schematyczne wyobrażenie biegnącego człowieka (znanego ze znaków informacyjnych), zapętlone w centryczny wzór ornamentalnie zwielokrotniony na ścianach pomieszczenia. Masowość powielonego motywu stało się bazą do refleksji nad sztuką – pasożytem żerującym na tkance popkultury, obrazkowym tętnie ulicy.

Wilhelm Sasnal „W.E. Love Rancho”. Fot. V. Sajkiewicz.

Jedną z największych atrakcji IndustrialARTu był pokaz filmów Wilhelma Sasnala, któremu towarzyszyła grana na żywo muzyka zespołu Starzy Singers, wydobywająca metaliczne brzmienia z tych surowych w formie filmowych opowieści. Sasnal wielokrotnie podkreślał, że na jego twórczość większy wpływ miały niezależne teledyski, niż konkretna tradycja artystyczna. Wyraźna koncentracja na tym, co zwykle przeoczone, subtelna jednorazowość nie-do-odtworzenia i malarskie kadrowanie polegające na obcinaniu pozornie najbardziej atrakcyjnych wizualnie motywów połączone ze stosowaniem licznych zbliżeń: są znakami firmowymi twórczości Sasnala. Nie tylko malarskiej, ale też filmowej, bo artysta przenosi triki charakterystyczne dla swoich obrazów na taśmę filmową, pozostając ciągle zdystansowanym obserwatorem tego, co rejestrowane. Zbudowane jakby z odcinków, poszarpane i migotliwe opowieści o górnikach i hutnikach nie są, wbrew pozorom, jedynie zmontowanymi przez artystę fragmentami kronik filmowych, lecz próbą nowego intensywnego spojrzenia, zagłębienia się w będącą wyrazem cywilizacyjnej potęgi, pierwotną energię przemysłu. Odświeżające spojrzenie na tożsamość Śląska, kojarzonego najczęściej z księżycowym krajobrazem węglowych hałd i fabryk, artysta połączył ze swoimi impresjami z podróży do Stanów Zjednoczonych. Mysłowice jako miejsce, gdzie odbywa się Off Festival, zbliżają się swoją rozmytą, leniwą atmosferą do obrazu Ameryki „widzianej” obiektywem jego kamery, głównie za sprawą esencjalnej witalności i nieskażonej impulsami z zewnątrz prostoty. W filmach Sasnala oglądamy między innymi puste ulice, poruszane wiatrem afisze, skaczące na skakance dzieci oraz dzielnice biedy, których mieszkańcy „bawią się” koszami na śmieci. Czas zdaje się leniwie rozciągać, spajając z bezruchem i marazmem śląskiego miasteczka, do którego na zasadzie cyrkowej atrakcji „zjechały” filmy Sasnala, „najdroższego obecnie polskiego artysty”, co obsesyjnie niemal podkreślali organizatorzy Industral ARTu.

Równocześnie zastanawiało słabe rozreklamowanie i zdawkowość informacji na temat zdarzeń w ramach IndustrialArtu, funkcjonującego na zasadzie undergroundowej akcji, którą trzeba było usilnie tropić. Mogło to samo w sobie stanowić przemyślaną strategię subtelnej gry z czujnym i zdeterminowanym odbiorcą. Przestrzenie miasta stały się obszarami poszukiwań generującymi swoistą nadwrażliwość estetyczną na przejawy potencjalnych działań artystycznych. Właściwie każdy grafficiarski tagg czy zaciek na murze mógł okazać się dziełem sztuki prezentowanym w ramach tajemniczego festiwalu, o którym wszyscy słyszeli, ale właściwie nikt nie wiedział o nim nic konkretnego.

Widzowie mogli zagubić się w pozornie nieskładnej zbieraninie prac wielu artystów, których zdawała się łączyć zawoalowana i zamglona nieco idea poszukiwania integracji, spójnego obrazu Śląska, który przestałby być artystyczną ziemią niczyją. Joanna Rajkowska przy dźwiękach fal i nostalgicznym skrzeku mew dobywających się z głośników, ingerując w przestrzeń miejską, rozdawała przechodniom elegancko podane ostrygi. Pozornie każda z prezentowanych w Mysłowicach prac stanowiła głos w definiowaniu nowej śląskiej tożsamości, ale całość zdarzeń, które można było śledzić w różnych częściach miasta, dawała się zaakceptować jedynie, jeśli potraktować je jako satelity krążące wokół tego problemu. Pozbawione spajającej je narracji zbyt łatwo przekształcały się w chaotyczne widowisko lub malowniczy dodatek do festiwalu. Jednak w obliczu artystycznej stagnacji okolicznych miast, mysłowicką imprezę można, jak robili to niektórzy widzowie, skwitować słowami: „Coś się dzieje, nieważne co i jak, ogólnie jest dobrze”.
IndustrialART, kurator Marcin Szczelina. Mysłowice, 17 – 19 sierpnia 2007.