Wydanie bieżące

1 września 17 (89) / 2007

Łukasz Iwasiński, Piotr Bukowski, Karol Koszniec, Dariusz Trzciński,

STWORY – BEZ PRZYROSTKÓW

A A A
Z muzykami formacji Stwory rozmawia Łukasz Iwasiński.
Swą drugą epką, pt. „Jet” formacja Stwory (do niedawna znana jako Stworywodne, a wcześniej – Stworywodne.Jaszczury) dowodzi, że należy do najbardziej twórczych przedstawicieli krajowego postrocka. O tej, wydanej właśnie nakładem Labo ABC płycie i kilku innych sprawach rozmawiałem z muzykami stołecznej grupy.

Łukasz Iwasiński: Na początek powiedźcie kilka słów o początkach zespołu i jego historii..

Piotr Bukowski: Rok 2002, powstaje pierwsze demo, jako Stworywodne.Jaszczury. Później wiele, wiele koncertów, pracy, własna sala prób, kompletowanie sprzętu. W 2006 nagrywamy epkę „Black Muds Bad Big Village”, kolejne koncerty, zespół opuszcza Jakub Mikołajczyk, pod koniec 2006 wchodzimy do studia Electric Eye gdzie nagrywamy epkę „Jet” oraz nieopublikowaną jeszcze płytę „Polish Fight Dances”.

Ł.I.: Czy możecie się przedstawić i opowiedzieć o swojej poza-stworowej, niekoniecznie tylko muzycznej działalności?

P.B: gitara, elektronika, produkcja. Tworzę również muzykę do spektakli teatralnych („Terrordrom Breslau”, „Lilla Weneda”, „Przebudzenie Wiosny” wszystkie w reżyserii Wiktora Rubina). Gram także nieco free-improv (m.in. z DJ Lenarem).

Karol Koszniec: perkusja i syntezator analogowy. Niewiele więcej robię poza graniem muzyki. Oprócz Stworów gram w Setting the Woods on Fire i Komorze A. Wspólnie z Michałem Gołaszewskim organizuję w warszawskim klubie Plan B koncerty muzyki improwizowanej. Nagrywam i gram koncerty jako muzyk sesyjny.

Dariusz Trzciński: gitara. Wyrosłem z nurtu muzyki metalowej, jeszcze niedawno działałem w PureForms – projekcie muzyki ambient. Obecnie spełniam się również jako tata.

Ł.I.: Skąd to sukcesywne redukowanie nazwy? – od Stworówwodnych.Jaszczurów, przez Stworywodne, po Stwory. Czy na tym już poprzestaniecie?

P.B.: Nie.

D.T: To zabieg czysto marketingowy. Na zachodzie tak długa polska nazwa jest nie do wymówienia. Z doświadczeń innych zespołów, a również z perspektywy swoich odczuć wiemy, że im krótsza nazwa zespołu, tym łatwiej zapada w pamięć. Może wrócimy do: Stworywodne. To nazwa bardziej charakterystyczna – co też ma duże znaczenie.

Ł.I.: Chyba wszyscy zgodzimy się, ze definicje są wtórne wobec muzyki samej w sobie – jej istota jest pewnym pozawerbalnym doświadczeniem wewnętrznym. Ale w dzisiejszych realiach, jeśli chce się istnieć w obiegu kulturalnym, zabawa w etykietki jest nieunikniona, zresztą w wielu wypowiedziach sami ją prowokujecie...

P.B: To zabawne, ponieważ kategorie wymyślają zazwyczaj dziennikarze po to, aby ogarnąć, uporządkować ogrom muzyki. I nie ma w tym nic złego. Ale dla mnie i myślę, że dla wielu innych muzyków nie ma to znaczenia, nie podchodzi się do tworzenia muzyki z założeniem: „OK. teraz zagram indie, lub to będzie jazz”. Po prostu grasz, a ktoś później porządkuje to i etykietuje. Muzyka to uniwersalny język, gatunki to jedynie rożne jego dialekty. Bawimy się w etykietowanie, bo jest to sposób na dotarcie do szerszego grona słuchaczy. Niestety w Polsce ciągle funkcjonuje bardzo silny podział miedzy poszczególnymi gatunkami, a to również oznacza mocne granice miedzy jedną grupą odbiorców a drugą.

Ł.I.: Przy okazji pierwszej epki deklarowaliście, ze gracie rocka, bez dookreśleń post–i roll. Czym w taki razie jest dla Was rock?

P.B: Rock to energia, wolność, ale i ryzyko – muzyczna idea, która nam odpowiada.

D.T: Czerpaliśmy już z tylu inspiracji (m.in. minimal music, emo rock, math rock, prog rock), że używanie jakiegokolwiek przyrostka byłoby jedynie sztuką dla sztuki.

Ł.I.: Czy wynika to ze zmęczenia nadużywaniem kategorii „postrocka”, która stała się swoistym wytrychem. Albo w ogóle sprzeciwu wobec coraz dziwniejszych stylów, gatunków wymyślanych przez media i przemysł muzyczny?

P.B: Tak. Myślę, że jako stylistyka postrock wyeksploatował się, lecz jako idea przetrwa. Melancholia postrocka nazywana jest teraz emo i jest na fali, tak jak pod koniec lat 90. melancholię rocka progresywnego zaczęto nazywać postrockiem. Gdy porównać niektóre nagrania Godspeedów, Mogwai czy choćby album „It's All Around You” Tortoise nie sposób nie odnaleźć bliskich analogii do nagrań Floydów czy Genesis. Porównaj “HI/LO” Battles z “Elephant Talk” King Crimson czy “Remain in Light” Talking Heads. Zmieniają się pokolenia, ale nie idee dotyczące tworzenia muzyki. Nazywane są jedynie inaczej. Ale niestety, o tym co jest kiczem, a co nim nie jest, decyduje przemysł muzyczny i media.

D.T: Nie chcemy zniechęcać potencjalnego słuchacza już na samym początku. Myślę, że niektórym postrock może kojarzyć się z plumkaniem na gitarach, leniwym tempem i mglistą narracją, a tak przecież nie jest.

Ł.I.: Jednak, jakby Waszej twórczości nie nazywać, pierwsza EP „Black Muds Bad Big Village” bliska była formacjom, które wyznaczały kanon gitarowego postrocka: Mogwai, Tristeza, Tarantel, Billy Mahonie czy Do Make Say Think.

P.B: Tak, bo takiej muzyki m.in. słuchaliśmy i słuchamy. Ale dorzuciłbym Steve'a Reicha, King Crimson, Rachels, Matmos, Town & Country, Primusa i dziesiątki innych, którymi żyjemy.

D.T: Najważniejszy zawsze był i będzie King Crimson. Zdałem sobie sprawę, że czerpałem z ich muzyki w każdym okresie swojej działalności.

Ł.I.: Jak byście porównali pierwsza epkę do wydanej właśnie „Jet”?

K.K: Pierwsza epka miała być i chyba była w naszym rozliczeniem z melancholią postrocka, to była zabawa studiem jako instrumentem, nagraliśmy partie instrumentalne i poddawaliśmy je intensywnej obróbce. „Black muds..” nagraliśmy w całości własnymi siłami. Materiał powstawał przez pół roku, nieśpiesznie wprowadzaliśmy zmiany, dogrywaliśmy, wycinaliśmy i tak z lata zrobiła się zima, muzyka z dynamicznej zamieniła się w spokojną wielopłaszczyznową opowieść. Do nagrania nowych rzeczy podeszliśmy inaczej. Mieliśmy tydzień czasu na nagrania, więc przygotowywaliśmy się technicznie i dopracowywaliśmy kompozycje przed wejściem do studia. Nagrywaliśmy razem na „setkę”, starając się uchwycić dynamiczne oblicze naszej muzyki. Przy tym sposobie rejestracji najlepiej wychodzą pierwsze, drugie podejścia do nagrania. „Jet” jest przekrojem przez naszą twórczość, mamy tu muzykę z zastosowaniem elektroniki, studyjne zabiegi edycyjne, improwizację na loopowym podkładzie, trochę rokowego galopu i patosu. Część utworów wejdzie na pełnowymiarową płytę, część wykorzystaliśmy na tej.

Ł.I.: Jak przebiegała Wasza współpraca z braćmi Kapsa, jak oceniacie ich studio?

D.T: Mieliśmy okazję współpracować z realizatorami tak dobrymi jak dobrymi są muzykami. Czułem się w ich studiu swojsko i przez tydzień był to nasz drugi dom. Była miękka wykładzina, ciepła kawa i furkoczący stary ekspres marki Petra Electric (dobra nazwa na zespół, prawda?)

P.B: Bardzo ważna w pracy studyjnej jest muzyczna świadomość realizatora. Dlatego świetnie się z Bartkiem rozumieliśmy. Duży komfort pracy i, co bardzo sobie cenię, transparentność i jakość nagrania. Bartek pracuje mikrofonami, ich ustawieniem, pomieszczeniem, a nie setką pluginów i upiększaczy. Polecam!

Ł.I.: Podejrzewam, że po „Jet” przylgnie do Was łatka „polskich Battles” – co Wy na to?

P.B: Ech, ta polska mentalność..., ale poważnie. Cenię Battles za odwagę. Pokazali, że postrock, a szerzej muzyka gitarowa ma wciąż olbrzymi potencjał. Wskrzesili technikę w graniu na żywo. Ożenili elektronikę z rockiem, na dodatek omijając mielizny melancholii. W sumie więc to zaszczyt być „polskim Battles”!

K.K: Z jednej strony to miło, że ktoś porównuje nas do Battles, które bardzo cenimy, ale to uproszczenie. Wydaje mi się, że nasza twórczość to coś więcej, niż bycie epigonami aktualnej gwiazdy poszukującego rocka. Dla nas każdy kolejny utwór jest zamkniętym konceptem. Pewnie gdzieś po drodze bardzo na nas podziałali, ale także King Crimson i The Orb wywarli na nas wpływ. Może mamy wspólne inspiracje muzyczne. Kiedyś po koncercie, na którym Piotrek użył smyczka do gry na gitarze, ktoś napisał, że jesteśmy polskim Sigur Ros, innym razem GYBE czy Radianem. Cóż, może to wynika z jakiegoś kompleksu? Jeśli coś jest polskie, to na pewno muzycy nie mają nic nowego do zaproponowania. Osobiście mam to w dupie i robię swoje.

Ł.I.: Miłą niespodzianką jest dla mnie fakt, że „Jet” jest mniej wylewna emocjonalnie (mniej tu patosu, melodramatyzmu); całość jest ciekawsza rytmicznie, lepiej zintegrowana brzmieniowo, cieszą twórcze, wystrzegające się efekciarstwa studyjne zabiegi. Duże wrażenie robi pierwszy utwór, „Hoss”, chyba najbardziej odbiegający od Waszej wcześniejszej twórczości – suchy szkielet, powściągliwość w dawkowaniu dźwięków, doskonała robota studyjna. W tym skupieniu, podskórnym napięciu i abstrakcyjności czuje odniesienia właśnie do Radian.

P.B: Dobry trop. Radian nauczył mnie inaczej patrzeć na edycję studyjną, miksowanie materiału; na fakt, że można wykorzystać elektronikę nie jako instrument, ale jako przestrzeń, system, który reaguje na żywe instrumenty.

D.T: Patos i melancholia są nadal głęboko zakorzenione w moim sercu, ale nie przekłada się to już na muzykę, bo w pewnym momencie granie emo nie przynosiło pożądanej progresji. Zrobiliśmy krok naprzód. To symptomatyczne, że zauważyłeś akurat utwór „Hoss”. Większość naszych utworów to efekt wielomiesięcznej pracy. Budowanie i niszczenie. Nowe aranżacje, a potem jeszcze raz zmiany i wątpliwości. Natomiast „Hoss” powstał stosunkowo bezboleśnie. W zasadzie szkielet utworu był gotowy po paru próbach, a reszta to zabiegi kosmetyczne. To daje nam do myślenia.

Ł.I.: Czy czujecie się związani estetycznie lub mentalnie z jakimiś polskimi zespołami?

D.T: Odpowiem jako słuchacz, a niekoniecznie jako muzyk Stworów. Jestem fanem Wolframa, Tomka Mirta, Komory A – choć to zupełnie inne wibracje.

P.B: Na pewno jesteśmy blisko muzycznej Warszawy, blisko Lado ABC i Monotype Records, gdyż pracujemy obok siebie. Cenię sobie wysoko Baabę, ale również Dawida Szczęsnego, Wolframa, Pasimito Kwintet. Ale brakuje mi odważnych, pojechanych zespołów postrockowych.

Ł.I.: Trochę dziwna strategia: nagraliście 2 epki, a ciągle nie macie dużej płyty. Czyżbyście nie byli pewni reszty materiału? Macie przecież dość bogaty repertuar, w dodatku już nagrany.

P.B: Jesteśmy pewni, lecz bycie niezależnym pociąga za sobą kłopoty finansowe. Nie stać nas na wydanie pełnej płyty, tak jak chcielibyśmy to zrobić. W Polsce istniejemy na marginesie przemysłu muzycznego, o ile o takim w ogóle można mówić. Szukamy na Zachodzie.

Ł.I.: Piotrek, nieco ponad rok temu powiedziałeś: „Strasznie chcemy dodać do instrumentarium gitarę basową, jednak póki co nie trafiliśmy do tej pory na basistę, który rozumiałby to, co robimy, naszą muzykę i metody pracy”. Nadal szukacie, osiągnęliście w tym jakiś postęp?

P.B: W międzyczasie udało nam się wypracować brzmienie gitar tak, aby pokryć częściowo pasmo basu na koncertach (zestawy pieców gitarowych i basowych). Obecnie zaczęliśmy także pracować z kontrabasistą. Zapowiada się ciekawie...

Ł.I.: Czyli aktualny skład nie jest ustabilizowany, ostateczny?

P.B: Tego nie wiem. Obecnie gramy w trio, ale być może dołączy do nas ktoś na elektronikę, wciąż szukamy.

Ł.I.: Jakie są Wasze bliższe i dalsze plany?

K.K: Zakończyliśmy właśnie nagrania muzyki do niemego filmu „Zmęczona śmierć” F. Langa, gościnnie wystąpili Paweł Szamburski na klarnecie i kontrabasista. Płyta DVD prawdopodobnie ukaże się na jesieni. Pewnie będą pokazy z muzyka na żywo.

P.B: Trasa po Europie, trochę koncertów w Polsce. Własne studio. Jak zaoszczędzimy to również wypuścimy „Polish Fight Dances”. Wszystko w tym roku.

Ł.I.: Dziękuję za rozmowę.