ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 lipca 14 (422) / 2021

Adam Poprawa,

PARU SOKRATESÓW SIĘ ZNALAZŁO (TEODOR PARNICKI: 'JA, EURYPIDES')

A A A
Jan Gondowicz omówił kiedyś w „Nowych Książkach” festszrift przygotowany dla Jacka Łukasiewicza. Wprawdzie o samej książce i jej intrygującej zawartości (a wiem coś o tym, bo byłem jej współredaktorem) za wiele nie napisał, co byłoby zresztą nieledwie niewykonalne w tekście większym od noty, ale mniejszym od zwyczajowej wtedy objętości recenzji w tym periodyku. Złożył przecież wspaniały hołd Łukasiewiczowi.

„Zawdzięczam mu swój debiut. Gdy przed ćwierć wiekiem obijałem się o progi tzw. warszawskiej »Kultury« pod rządem niezapomnianego Wilhelmiego, dano mi, by spławić natręta, tysiącstronicową powieść Parnickiego, przykazując przyjść z tekstem nazajutrz. Powieść była niestrawna i występowały w niej wyłącznie postaci z wcześniejszych książek pisarza. Grozę sytuacji dublował fakt, iż żadnej z nich nie czytałem. Ratunek przyniósł mi fantastycznie udokumentowany szkic Łukasiewicza »Republika mieszańców«, po którym wysmażenie zdawkowej recenzji okazało się fraszką. Dzięki, mistrzu!” (Gondowicz 1995: 42).

Przepisałem akapit nie tylko dla świetności anegdoty. Nie tylko też idzie o to, że nieraz udajemy mądrzejszych, bardziej oczytanych. Niektórym udaje się przekonać otoczenie do tego stopnia, że są postrzegani jako wybitni humaniści. Uczciwi i samokrytyczni często zaś przegrywają w okrutnych grach społecznych. Więc nie przede wszystkim o tej smutnej prawdzie życia naukowego, kulturalnego, a nawet towarzyskiego zamierzam mówić. Chcę natomiast (i dlatego zbliżam się opłotkami) poniekąd usprawiedliwić się z sytuacji pisania o Parnickim. Owszem, podziwiam, cenię, czerpię przyjemność z czytania; wystarczy jednak przypomnieć sobie obszerną bibliografię podmiotową tego autora (hiperbola Gondowicza jest celna, ale i aż nadto fragmentaryczna), wystarczy pomyśleć o tych kilkorgu badaczach, którzy naprawdę poznali jego dzieło – żeby poczuć się mniej pewnie. Na szczęście książka, o której z wolna zaczynam, jest autoportretem ułożonym z wywiadów z Parnickim i innych jego wypowiedzi, powinienem więc skupić się bardziej na wyłaniającej się z tych rozmów postaci niż na jej twórczości.

Nim jednak przejdę do tomu „Ja, Eurypides”, potrzebne mi będzie jeszcze jedno porównanie homeryckie. Otóż w noweli filmowej Feriduna Erola „Ballada o ścinaniu drzewa” (1972) majster Błaszczyk, przedwojenny kawalerzysta, opowiada o tym, jak to, będąc młodym, zwrócił uwagę na pewną dziewczynę, która później, wieczorem, przyszła na tańce. Gdy orkiestra zaczęła kolejny raz, Błaszczyk nie omieszkał poprosić.

„– Przycisnąłem ją do siebie, ech, umm, panie Malawka, mówię panu, a między nami stolik, w oczko można grać, o, taki stolik.

– U nas też była taka baba, miała ze sto kilo.

– Sto kilo… Oj, nic pan z tego nie zrozumiał, panie Malawka”.

Kilka lat temu w „Kulturze Liberalnej” pojawiła się recenzja dwutomowego zbioru korespondencji Parnickiego i Giedroycia. Naczelny paryskiej „Kultury” interesował się dziełem pisarza, wspierał go i lubił. Zapytał o najbliższe plany, na co Parnicki odpowiedział czymś w rodzaju precyzyjnego i wcale specjalistycznego konspektu. Po latach publicysta „Kultury Liberalnej” podsumował ów fragment listu: „Opis ten można by dziś określić jako marketingowy strzał w stopę” (Żurek 2015). Oj, nic pan z tego nie zrozumiał, panie Żurek. Dzieło Parnickiego, pojawienie się tych książek i ich funkcjonowanie w życiu literackim, parnickologia wreszcie są bowiem zjawiskami, do których tzw. „dziś” nie przystaje. I właśnie „Ja, Eurypides” okazuje się przekonującym dowodem radykalnie wyjątkowego fenomenu Parnickiego – i modelowym przykładem poważnego traktowania literatury. Jasne, edytorzy Piotr Gorliński-Kucik oraz Tomasz Markiewka sumiennie przyłożyli się do pracy, zbierając wywiady ze starych gazet i czasopism oraz opatrując je mnóstwem wnikliwych komentujących, uzupełniających i wyjaśniających przypisów. Ale myślę teraz raczej o modelowości publicznego bycia pisarzem, o relacjach obowiązujących w trakcie przeprowadzania wywiadów.

Rozmówcy Parnickiego przyjmowali zatem rolę przygotowanych acz skromnych pośredników, którzy przede wszystkim chcieli uzyskać jak najwięcej z wypowiedzi pisarza, by owo jak najwięcej przekazać czytelnikom, którym w odbiorze dzieł autora warto i należy pomóc. Owszem, pytają czasem o trudność lektury (jeszcze wrócę do tego), lecz nie jest to z ich strony zaczepna polemika. Niekiedy pojawia się szkic sytuacyjny, jak niepokój Andrzeja Piotrowskiego o poradzenie sobie z magnetofonem, czy ambicje literackie, jak klamra u Krzysztofa Mętraka: „Pierwsze wrażenie: ciężkie okulary jak spychacze cofają oczy w głąb twarzy” (s. 107); „Zapamiętałem: te ciężkie okulary, cofające twarz przed światem” (s. 118). Ale cóż, wypadki chodzą po ludziach. Parnicki zaś ani trochę nie umizguje się, ani do dziennikarzy, ani do czytelników. Jesteśmy na antypodach publikowanych dzisiaj rozmów z pisarzami. Wywiad takiego na przykład przysłowiowego Michała Nogasia z Parnickim nie byłby możliwy nie tylko dlatego, że ten drugi od trzydziestu trzech lat nie żyje. Trudno też sobie wyobrazić parę kolumn z wywiadem rozpoczętym apostrofą: „Drogi Teosiu, co, jako wybitny pisarz historyczny, sądzisz o dzisiejszej sytuacji w Polsce?”. Pardon, ale pisarstwo fantastyczno-historyczne Parnickiego się udziela.

„Rzeczywiście, moje związki ze światem są typu literackiego” (s. 95) – przyznaje pisarz rację Krystynie Nastulance, a nawet wyostrza jej domniemanie: ona zapytała, czy literatura jest „główną siłą napędową” życia Parnickiego (s. 95, podkr. A.P.), on zaś rolę literatury uogólnił, poniekąd uznając ją za kategorię wyłączną. Tak, pisarz dbał o dokładność i zapewne długo swoje wywiady autoryzował. Kiedy trzeba, uściślał pytania rozmówców. W innym miejscu skomentował tytuł publikacji nadany przez interlokutorkę, „Na mnie wyspy czekać będą…”, cytat pochodzi z Wujkowego przekładu Izajasza: „Z kolei tytuł, jaki Pani wybrała dla tej naszej rozmowy, ujawnia, że Pani żywi głębsze przekonanie o niekomunikatywności mojego pisarstwa. Czy ja naprawdę jestem tak samotny jak Robinson Crusoe, który się znalazł sam jeden na wyspie?” (s. 167). Za pomocą tego retorycznego pytania pisarz w poincie wywiadu dał mocny sygnał niezgody na zgłoszoną przez Barbarę Biskupską tezę. Gdy zmierzała do końca inna rozmowa, pełen najgłębszego szacunku Wacław Sadkowski wyznał: „Dziękuję bardzo za ten wywiad. Jeżeli miałem wyrzuty sumienia, że zająłem nim Panu tyle czasu, to się ich ostatecznie wyzbyłem w momencie, w którym sformułował Pan tak skrótowo, tak plastycznie autocharakterystykę swej twórczości” (s. 190). Parnicki bowiem, żeby powiedzieć o historii jako tworzywie swojego pisarstwa, przedstawił swój odbiór pewnej rzeźby Rodina, stąd plastyczność. A Sadkowskiemu odpowiedział: „To bardzo piękny komplement, ale obosieczny. Czy to nie znaczy, że z całej rozmowy jedynie wartość ma to końcowe zdanie?” (s. 190). Zgoda, autor uczynił tu siebie ofiarą ironii, ale przy okazji, i chyba bardziej, dostało się Sadkowskiemu. Który zresztą, gdy sam mówił o Parnickim, bywał w wysłowieniu śmielszy. Pamiętam „Pegaz” z 1980 czy następnego roku, Sadkowski przedstawiał nową książkę czy wznowienie któregoś z dzieł pisarza. Oczywiście pełne uznanie trwało, tyle że tym razem wzmocnił je krytyk jaskrawym kontrastem, konstatując, że książka tak znakomitego autora została wydrukowana na papierze nadającym się jedynie do pakowania śledzi.

Nieraz przychodziło Parnickiemu mierzyć się z opinią o trudnościach sprawianych czytelnikom przez jego powieści. Owszem, od czasu do czasu mawiał, że gdyby umiał (i, co istotniejsze), gdyby to było możliwe, to rad by był pisać jak Dumas czy Sienkiewicz. Przyznawał im rolę anioła, z którym on, jak Jakub, musi się zmagać. Była w tym zestawieniu domieszka ironii i przekory, w każdym razie przy innej okazji nie wahał się Parnicki posłużyć erystyką w stylu Zagłoby, który w „Potopie” przekonał Rocha Kowalskiego, iż brak negacji musi oznaczać afirmację. Podczas spotkania w warszawskim Klubie „Krąg” powołał się Parnicki na ustalenia historyczne, zgodnie z którymi „Eryk Gnupsson, pierwszy biskup Grenlandii, wyjechał w roku 1123 do Winlandii, którą to nazwą określano ląd amerykański, i nigdy stamtąd nie wrócił. Wobec tego ja mam wolne ręce, ja go posłałem do Meksyku. Czy jest ktoś, kto może powiedzieć, że on nigdy do tego Meksyku nie dojechał?” (s. 54).

Wracam jednak do oskarżeń o kłopoty ze zrozumieniem ze strony odbiorców. Parnicki nie poddawał się, ba! nie zamierzał choćby na krok ustąpić. Bardziej przyłożyć powinien się czytelnik: „Chwilami wydaje mi się, że jeżeli autor niesłychanie wiele pracy przygotowawczej włożył w tworzenie swego dzieła, a mam na myśli pracę intelektualną, to ma prawo oczekiwać, że i czytelnik zechce zadać sobie trud takiej pracy, choćby to był trud dziesięciokrotnie mniejszy. Nieraz czytam w recenzjach utyskiwania na zmniejszającą się komunikatywność mojej prozy, widocznie jest to niedowład talentu” (s. 104-105). Ostatnie zdanie było wyrazem sarkazmu, bo przecież nie przyznaniem racji oponentom.

W innych miejscach Parnicki tłumaczył swój styl rozmaicie: wpływem harbińskiego nauczyciela, wczesnym zafascynowaniem polską składnią, uważnym czytaniem Łukasza Górnickiego. Ale też przypominał, że polszczyzna jest jego drugim językiem. Zwłaszcza w późniejszych wywiadach pojawia się gdzieniegdzie składnia znana z powieści autora.

Skupienie pisarza na sobie – a raczej na swoim dziele, o tej dystynkcji warto pamiętać – jest wręcz imponujące. I skuteczność. W czasie wojny, jeszcze w Związku Sowieckim, „starałem się przekonać mojego szefa, ambasadora Romera, że najważniejszym moim zadaniem i obowiązkiem wobec kultury polskiej powinno być dokończenie w ciągu pół roku tej powieści [„Srebrnych orłów” – A.P.]. Stosunki dyplomatyczne pomiędzy rządem londyńskim i ZSRR zostały zerwane 25 kwietnia 1943 roku. W następstwie tego personel ambasady wyjechał koleją do Iranu. W pociągu między Morzem Aralskim i Taszkientem udało mi się ambasadora przekonać. Do końca roku mogłem się zająć tylko pisaniem powieści” (s. 207).

Portret Parnickiego bywa autoironiczny, gdy mówi na przykład o złośliwym potraktowaniu Dantego w „Tylko Beatrycze”, bywa też zabawny mimowolnie, gdy we wcale grubej książce z wywiadami pojawia się wyznanie pisarza, że za nimi nie przepadał, lub gdy nie chce komentować swoich książek (bo od tego są krytycy i inni czytelnicy), a przecież cały czas to robi. Zarazem, chyba nie tylko kurtuazyjnie, uznaje reakcje odbiorców za możliwość obiektywnego przejrzenia się w tych interpretacjach. Wszystkie rozmowy i wypowiedzi zebrane przez Gorlińskiego-Kucika i Markiewkę ukazały się pierwotnie w prasie cenzurowanej, więc o wielu okolicznościach nie sposób było rozmawiać dokładniej, a wcześniej nawet w ogóle. Poza tym oddany swej pracy pisarskiej Parnicki skrywał prywatność. Istotne wątki autobiograficzne w powieściach to (jakby) inna sprawa…

Edytorzy trafnie wymyślili tytuł zbioru. Wziął się on z przeciwstawienia Eurypidesa Ajschylosowi i Sofoklesowi. Dwaj wcześniejsi mieli zatem pisać dla całej ateńskiej publiczności. „O Eurypidesie mówiono – albo on sam miał o sobie powiedzieć – że właściwie on pisze tylko dla dwóch słuchaczy, widzów, czytelników. Jednym z nich jest on sam, Eurypides, drugim jest Sokrates” (s. 84). Jeśli zatem Parnicki porównuje się do Eurypidesa, to do takiego, któremu niezbędny jest Sokrates. Tyle że, skoro w tytule jest tylko jedno greckie imię – „Ja, Eurypides” – taka formuła staje się cokolwiek prowokacyjna. A dlaczego by nie?

LITERATURA:

Gondowicz J.: „Krytyk w chwale”. „Nowe Książki” 1995, nr 3.

Żurek Ł.: „Dialog z historią w tle. O korespondencji Teodora Parnickiego i Jerzego Giedroycia”. „Kultura Liberalna” 2015, nr 11 (https://kulturaliberalna.pl/2015/03/17/listy-1946-1968-giedroyc-parnicki-recenzja-zurek/).
Teodor Parnicki. „Ja, Eurypides. Wywiady, wypowiedzi i autokomentarze z lat 1957-1988”. Wstęp Tomasz Markiewka. Opracowanie Piotr Gorliński-Kucik i Tomasz Markiewka. Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego. Katowice 2020.