ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 września 17 (425) / 2021

Sylwia Zazulak,

SAMOBÓJCY URATOWANI (LEGION SAMOBÓJCÓW: THE SUICIDE SQUAD)

A A A
Nareszcie nadeszła chwila, kiedy adaptacje komiksów DC nie wzbudzają zażenowania, rozczarowania i poczucia bezpowrotnie zmarnowanego czasu. Po ogłoszeniu, że za kamerą najnowszego „Legionu Samobójców” zasiądzie nie kto inny, a James Gunn, zarówno media, jak i fani żyli w oczekiwaniu, zadając sobie pytanie: czy ten świat jest jeszcze do uratowania? Reżyser zasłynął rewelacyjnymi „Strażnikami Galaktyki” rozgrywającymi się w uniwersum Marvela, jednak w przerwie od kosmicznej szajki postanowił przenieść na ekran nowe przygody złoczyńców DC. Jak wyszło? Wybuchowo, brutalnie i co najważniejsze – bardzo dobrze.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy „Legion Samobójców: The Suicide Squad” to sequel filmu w reżyserii Ayera, czy raczej jego reboot. Z jednej strony pojawiają się znani nam już bohaterowie, z drugiej – dostrzec można brak konkretnych nawiązań do poprzednich wspólnych poczynań drużyny. Nie jest to jednak istotne, ponieważ historia przedstawiona w produkcji Gunna to jazda bez trzymanki i doskonałe widowisko, które bardzo dobrze funkcjonuje solo, lecz przejawia także obiecujące predyspozycje do wpisania się w szerszy kontekst całego uniwersum DC. Tym razem (w przeciwieństwie do „Legionu” sprzed 5 lat) otrzymaliśmy zwarty, spójny i przemyślany scenariusz, w którym trudno doszukiwać się większych wad lub uchyleń.

Znając filmowy dorobek Jamesa Gunna, bardzo łatwo dopatrzeć się pewnej autorskiej iskry, którą umieścił w opowieści o Task Force X (tak formalnie brzmi nazwa ekranowej drużyny). W filmie nie zabrakło dobrego żartu podszytego satyrą i ironią oraz mocnych, zapadających w pamięć wizualnych akcentów. Nie jest to jednak atmosfera przyprawiająca widza o ciarki zażenowania (co zarzucano „Lidze Sprawiedliwości” w wersji Jossa Whedona), a przepełniona czarnym humorem feeria z barwnymi bohaterami. W tym filmie nawet wybuchające głowy i krwawe starcia zaprezentowano w pięknych ujęciach, udowadniających nie tylko pomysłowość reżysera, ale i jego doskonały warsztat twórczy.

W „Legionie Samobójców: The Suicide Squad” uwaga została podzielona pomiędzy wszystkich bohaterów, dzięki czemu wyraźnie czuć wypływającego z całej historii ducha pracy zespołowej. Chociaż postaci są kuriozalną mieszanką na każdym polu, ich ministarcia i przepychanki stają się rewelacyjnymi momentami do żartów. Oprócz tego sprytnie wykorzystano ich klasyczne (a nawet ikoniczne) wizerunki, trafnie przełamując je nutą (po)nowoczesności. Tym samym strzelający bajecznie kolorowym, ale równie zabójczym konfetti Polka-Dot Man stał się zagubionym i wyoutowanym gejem nawiązującym do subkultury emo. Kolorowa i dotychczas przeseksualizowana Harley Quinn tym razem kolorystycznie nawiązuje do swojego pierwowzoru z animowanego serialu „Batman” z lat 90., robiąc rozwałkę w czerwonej sukni i wojskowych butach. Szczurołapka, córka pierwotnego Szczurołapa, to typowa przedstawicielka pokolenia milenialsów, jednak skazana na odsiadkę za napad na bank. Nawet Peacemaker (który, o ironio, wcale nie chce zaprowadzić pokoju) wygląda jak z komiksów z lat 60., żeby za chwilę tańczyć w latynoskim klubie przyodziany w przykrótką koszulkę. King Shark (w tej wyjątkowej roli świetny Sylvester Stallone!) – potomek boga rekinów – chociaż jest niezniszczalną maszyną do zabijania, pomału uczy się kontaktów z innymi oraz niewinnie nawiązuje pierwsze przyjaźnie. Natomiast Bloodsportowi, słynącemu z posłania Supermana na OIOM, ostatecznie bliżej do antybohatera (czyli ulubionego superbohatera XXI wieku) niż do zimnokrwistego zabójcy. Wszyscy, chociaż pełni sprzeczności, także we wzajemnych relacjach, uosabiają idealny teamwork, który ostatecznie zrzesza ich przed stawieniem czoła faktycznemu zagrożeniu.

„Legion Samobójców” to jednak nie tylko fantastyczna akcja – to także naprawdę dobrze nakręcone widowisko. Na uwagę zasługują przede wszystkim przepiękne i wyrafinowane ujęcia z lotu ptaka czy genialna praca kamery podczas kluczowych sekwencji. Scena solowego starcia Harley Quinn z oprawcami momentami zapiera dech w piersiach. Zachwyca w niej dopracowanie szczegółów chorografii, a także bujność kwiatowych kolorów. Od razu nasuwa się na myśl bójka owej bohaterki na komisariacie w „Ptakach Nocy”, gdzie także zastosowano mocne akcenty kolorystyczne dla przełamania surowej brutalności. Film staje się rajem dla widzów lubiących tak skrajne połączenia. W tej produkcji nie brakuje ujęć, których nie powstydziłoby się kino gore, ale w wersji zainspirowanej pstrokatym upierzeniem ptaków tropikalnych (które nawet pojawiają się w filmie).

W tym wszystkim wisienką na torcie okazuje się ścieżka dźwiękowa, doskonale podbijająca groteskowość całego widowiska. Szczególnie w pamięć zapada inspirowana komediami romantycznymi scena z udziałem Harley, podczas której nieco ironicznie przygrywa „Whistle For The Choir” The Fratellies, oraz rozbrzmiewające w ekspozycji „Folsom Prison Blues” Johnny’ego Casha zestawione z ujęciami więzienia Belle Reve, w którym siedzą bohaterowie. Tak rewelacyjnie dobrana muzyka sprawia, że „Legion Samobójców” Jamesa Gunna ogląda się niczym dobrze nakręcony wideoklip – z zapartym tchem śledząc akcję, podziwiając jego techniczne wykonanie, przy jednoczesnym czerpaniu przyjemności z cudownego podkładu audio.

Wszystko składa się na jedną, spójną całość, ciesząc oko, ucho i filmowy smak. Tym razem uniwersum DC nie zawiodło, a nawet nieco odpracowało wcześniejsze straty. James Gunn udowodnił, że jeśli chodzi o kino komiksowe, jest absolutnym wizjonerem. Sprawił, że widzowie odzyskali nadzieję na doskonałe widowiska z kanonu DC, pokazując przy tym, jak ważna jest spójna wizja i dobry scenariusz. „Legion Samobójców: The Suicide Squad” to jazda bez trzymanki, w której leje się krew, wali gruz, a bohaterowie śmieją się i cieszą w najlepsze. Podobnie cieszą się widzowie, bo w tej całej makabryczno-żartobliwej wersji „Legion Samobojców” zyskał na sile, zapewniając dwie godziny wyśmienitej zabawy.
„Legion Samobójców: The Suicide Squad” („The Suicide Squad”). Reżyseria: James Gunn. Scenariusz: James Gunn. Obsada: Margot Robbie, Idris Elba, John Cena, Sylvester Stallone, Viola Davis. Stany Zjednoczone 2021, 132 min.