ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (430) / 2021

Magdalena Kempna-Pieniążek,

LAJKOWANIE KOSMOSU (DR BECKY SMETHURST: 'KOSMOS. 10 RZECZY, KTÓRE NALEŻY O NIM WIEDZIEĆ')

A A A
Becky Smethurst na co dzień zajmuje się supermasywnymi czarnymi dziurami i ewolucją galaktyk, czyli sprawami tak wielkimi, że nie mieszczą się w skali miar i wag przeciętnego człowieka, któremu z trudem przychodzi zrozumienie, dlaczego sonda Voyager 2, poruszając się z całkiem niezłą prędkością, potrzebowała aż 40 lat, aby dotrzeć do granic Układu Słonecznego. W porównaniu z obiektami, którymi najbardziej interesuje się brytyjska astrofizyczka, jej książka – pod względem zarówno rozmiarów, jak i konstrukcyjnej prostoty – jest niczym elektron krążący wokół Mount Everestu. Oprócz nikłych rozmiarów (zaledwie 125 stron), ze wspomnianym elektronem wiąże ją jeszcze jedna cecha: niby może funkcjonować „w stanie wolnym”, ale większego sensu nabiera dopiero w relacji z innymi cząstkami (elementarnymi).

Smethurst mówi dużo i szybko, pisze natomiast krótko i konkretnie. Do zweryfikowania tego stwierdzenia wystarczy godzina spędzona na zapoznawaniu się z youtube’owym kanałem „Dr. Becky”. Mniej więcej tyle samo czasu zajmuje przeczytanie „Kosmosu. 10 rzeczy, które należy o nim wiedzieć”. Wniosek z tego taki, że urodzona w 1990 roku astrofizyczka doskonale się orientuje i czuje w nowym trendzie popularyzacji nauk ścisłych, wyrastającym z założenia, że jesteśmy – jak głosi drugi podtytuł jej książki – tak „zabiegani”, że choć chcemy poznawać dużo, to jednak czasu na czytanie mamy mało.

Jeszcze nie tak dawno upowszechnieniu wiedzy o czarnych dziurach, grawitacji, teorii kwantowej, bozonach Higgsa itp. ton nadawali badacze tacy jak Brian Greene, Michio Kaku czy Leonard Susskind, którym patronował wielki Stephen Hawking. Kilkusetstronicowe publikacje ich autorstwa – niepozbawione humoru, pisane lekkim i przystępnym językiem – cechowały się swoistą dwukodowością: o ile tekst główny adresowany był do czytelnika, który swoją przygodę z matematyką wolałby ograniczyć do znajomości tabliczki mnożenia, o tyle (zwykle obszerne) przypisy i dodatki kierowane były do osób pozostających w ciepłych relacjach z rachunkiem różniczkowym. Przy okazji dodatki te stanowiły uwiarygodnienie prezentowanych przez autorów tez, o które do dziś teoretycy toczą boje. To, że tego typu publikacje służyły załatwianiu innych interesów (na przykład lansowaniu przekonania, że teoria strun to jedyna poważna kandydatka na tzw. „teorię wszystkiego” i hańba wszystkim, którzy twierdzą inaczej), stając się prominentnym elementem (pop)naukowego marketingu idei, jest wątkiem fascynującym, ale w odniesieniu do „Kosmosu” w zasadzie nieistotnym. W książce Smethurst nie ma ani jednego dodatku, a w przypisach – raptem kilku w całej publikacji – znajdziemy nie szczegółowe rozwinięcia wybranych teorii lub (Boże, uchowaj!) odnośniki do innych publikacji, lecz ciekawostki na temat tego, co łączy zespół Spice Girls z badaniami odległych planet, a film „Wredne dziewczyny” (2004) ze zjawiskiem kosmicznej osobliwości. Do tego wszystkiego otrzymujemy garść wdzięcznych cytatów z preromantyków i romantyków, ostatnio modnych wśród przyrodników i ścisłowców: Williama Blake’a czy Edgara Allana Poego, przypominających nam o poetyckości nauki (kto czytał „Rozplatanie tęczy” Richarda Dawkinsa, ten wie, o czym mowa).

O ile Susskind czy Greene traktują atrakcyjność nauk ścisłych jako chwyt reklamowy służący upowszechnianiu wybranych koncepcji (np. M-teorii), o tyle Becky Smethurst lansuje o wiele prostszą ideę, zgodnie z którą bycie astrofizykiem jest najzwyczajniej w świecie cool. Co ciekawe, cecha ta nie wiąże się z wiekiem docelowego odbiorcy książki. „Kosmos” nie jest publikacją tylko dla młodych czytelników. Jego lektura może się okazać interesująca i dla nastoletnich nerdów, i dla dorosłej osoby, szukającej sposobu na zabłyśnięcie podczas korporacyjnego przyjęcia. We wstępie autorka deklaruje, że jej książka „będzie oprowadzeniem po wszechświecie zarówno dla tych, którzy w ogóle nie znają jego tajemnic, jak i dla osób poszukujących spojrzenia z nowej perspektywy” (s. 10). Będąc humanistką z krwi i kości, mam graniczące z pewnością przekonanie, że plasuję się w pierwszej z wymienionych grup, ale wiele wakacyjnych wieczorów spędzonych na czytaniu książek Greene’a i Susskinda sprawia, że lubię o sobie myśleć w odniesieniu do kategorii drugiej. I rzeczywiście, „Kosmos” oferuje mi nową perspektywę – jednak nie w popularnonaukowym sensie, bowiem za wyjątkiem kilkunastu ciekawostek (których nie będę tu zdradzać, bo byłoby to równie nieeleganckie jak spoiler wyczekiwanego serialu), nie dowiedziałam się niczego nowego na temat ciemnej materii czy grawitacji. Obiecana zmiana perspektywy nie dotyczy treści książki, lecz samego jej charakteru – tego, że okazuje się ona literackim paratekstem youtube’owego kanału, na którym Smethurst publikuje znaczenie bardziej rozbudowane wypowiedzi na rozmaite (także czysto techniczne) tematy. Zupełnie inaczej było w przypadku Greene’a, Kaku czy Susskinda, którzy najpierw publikowali opracowania najważniejszych idei współczesnej fizyki, a potem byli zapraszani np. do pełnienia roli gospodarzy w telewizyjnych programach popularnonaukowych lub udzielali się w internetowych wywiadach. Tymczasem o służebnej (i wtórnej) roli książki względem medialnej działalności Smethurst świadczy już zapis personaliów autorki na okładce: skrót „dr” poprzedzający jej nazwisko to nie tandetny chwyt marketingowy, lecz świadome nawiązanie do nazwy kanału na platformie YouTube.

Becky Smethurst wydaje się doskonale świadoma tego, że nauki ścisłe – a w zasadzie uproszczona ich wizja – mają swoje miejsce w popkulturze. W „Pięknie wszechświata” Brian Greene tłumaczył, jak działają tunele czasoprzestrzenne, na przykładach wziętych z życia rodziny Simpsonów, a Stephen Hawking nawet „występował” w tym serialu, użyczając swego głosu i wizerunku w kilku jego odcinkach. Smethurst robi nie tyle więcej, co inaczej: część publikowanych w jej kanale materiałów jest opatrzona hasłem „astrofizyk reaguje na…”. Widzimy w nich badaczkę oglądającą np. wybrany odcinek serialu „Gwiezdne wrota” (1997-2007) i na bieżąco komentującą fizyczne idee lub zjawiska, które zostały w nim (raczej luźno) przywołane. Oto jeden ze sposobów na pokazanie, że bycie naukowcem jest cool: studiujcie astrofizykę, a będziecie wiedzieli, że w tym samym roku, w którym na ekranach kin pojawiło się „Toy Story” (1995), naukowcy odkryli pierwszą planetę krążącą wokół innej gwiazdy w Drodze Mlecznej (zob. s. 71); dostrzeżecie także, że w wybranej scenie danego filmu jakaś gwiazda powinna eksplodować jako supernowa, zanim zostanie wchłonięta przez czarną dziurę, ponieważ znajduje się zdecydowanie zbyt daleko od tzw. horyzontu zdarzeń. Czy są jeszcze jakieś powody, by zająć się naukami ścisłymi? Oczywiście! Na przykład taki, że naukowcy odwiedzają superfajne miejsca i oglądają superfajne widoki przez superfajne gadżety – jeden z filmów niedawno opublikowanych w kanale „Dr. Becky” ukazuje Smethurst pracującą (i przy okazji świetnie się bawiącą) w prywatnym obserwatorium na Malediwach. Pogłębianie wiedzy, zaspokajanie ludzkiej ciekawości i ambicji oraz próba sprostania pragnieniu, by – jak głosi motto uniwersum „Star Trek” – „śmiało kroczyć tam, gdzie nie dotarł żaden człowiek”, owszem, są świetnymi motywacjami do stania się drugim Einsteinem, na wypadek jednak, gdyby były dla kogoś niewystarczające, astrofizyczka-youtuberka przypomina, że bycie nerdem to dziś całkiem atrakcyjny styl życia. A nawet jeśli komuś nie uda się dostać pracy na Uniwersytecie Oksfordzkim, to zawsze zostaje jeszcze emocjonalny komfort płynący z poczucia bycia częścią „czegoś większego”, np. grupy amatorów-wolontariuszy, którzy w ramach projektów takich jak Galaxy Zoo zajmują się klasyfikowaniem obiektów widocznych na milionach zdjęć nocnego nieba.

Strategia popularyzacji nauki, jaką uprawia Smethurst, jest na wskroś współczesna, opierając się w sferze idei na koncepcji zbiorowej inteligencji, a w sferze narracji na ciekawostkach, (subtelnej) ironii, (nienachalnej) intertekstualności i (umiejętniej stosowanej) polimedialności. „Kosmos” to lektura łatwa i przyjemna, stanowiąca jednak zaledwie przystawkę do dania głównego, jakim są liczone w setkach filmy publikowane w kanale „Dr. Becky”, swoją drogą – całkiem popularnym: ponad sto tysięcy wyświetleń danego materiału to wynik jeszcze nieporównywalny z rozmiarem supermasywnej czarnej dziury, ale i tak zdecydowanie przekraczający możliwości, jakie daje (ograniczony) nakład popularnonaukowej monografii wydanej w czasach papierniczego kryzysu i pandemicznych utrudnień z dostępnością bibliotek. I choćby z tego względu charyzmatycznej popularyzatorce nauki z Oxfordu, która swoją pasją i energią zapewne zaraziła już wielu (oby byli wśród nich następna Vera Rubin lub kolejny Stephen Hawking), należy się solidna porcja „lajków”.
Dr Becky Smethurst: „Kosmos. 10 rzeczy, które należy o nim wiedzieć. 14 miliardów lat dla zabieganych”. Przeł. Jan Dzierzgowski. Wydawnictwo „Marginesy”. Warszawa 2021.