ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 maja 9 (441) / 2022

Sylwia Zazulak,

ZEMSTA NAJLEPIEJ SMAKUJE OBLANA DESZCZEM (BATMAN)

A A A
Wielokrotne przetwarzanie na nowo tej samej historii staje się nudne. Przekonał się o tym Marvel, przekonało się o tym i DC. Widzowie, którzy śledzą kinowe poczynania swoich ulubionych herosów, mają dość ciągłych powrotów do korzeni. Na szczęście w kinie komiksowym widać wyraźną zmianę – origin story przestaje być traktowane jako zło konieczne, niezbędne do „odbębnienia”, aby widzowie wiedzieli, skąd dany superbohater pochodzi. Takie historie nie tylko rzadko okazują się udane, lecz także nudzą oglądających, którzy w świecie popkultury żyją nie od dziś, więc zapewne są obyci z podstawowymi życiorysami najpopularniejszych komiksowych herosów. Całe szczęście tropem „antyoriginowym” poszedł Matt Reeves, który swojego Batmana przedstawia widzom w pozornie przypadkowym punkcie na mapie superbohaterskiego życia. Pozornie, bo u Reevesa origin story nabiera nowego znaczenia, stając się raczej odrodzeniem niż narodzeniem nowego bohatera.

„Batman” Reevesa to kino absolutnie widowiskowe i kompletne – czasami może aż do przesady. Trzygodzinny seans nieustannie sprawia wrażenie wersji reżyserskiej, traktując niektóre sceny raczej jako atrakcyjny dodatek dla prawdziwych pasjonatów aniżeli punkty zwrotne, zmieniające myślenie widza. W tym przydługim szaleństwie jest jednak metoda. Reeves odrobił lekcje i w swojej wersji przygód Człowieka-Nietoperza zgrabnie i z szacunkiem czerpie z poprzednich batmanowych odsłon. Podobnie jak Tim Burton, utrzymuje Gotham w bladerunnerowej, ponurej i brudnej stylistyce (zob. Żaglewski 2021:182), z tą różnicą, że u Reevesa faktycznie miasto oblane jest deszczem, który sukcesywnie podtapia moralność metropolii, jej uprzywilejowanej władzy i mieszkańców. Na sam koniec nastąpi kulminacja – i ulewy, i degrengolady – która ma dać nadzieję na katharsis. W tym momencie, trochę na przekór widzom, Batman staje się nawróconym, moralnym zwycięzcą i obrońcą Gotham, ostentacyjnie ratującym poszkodowanych w katastrofie. Ze sceny tej, bodaj jedynej w całym filmie, biją przesadny patetyzm i moralizatorstwo, jednak ma ona w sobie dużo pouczającego ducha, znanego z paleotelewizyjnego serialu o Batmanie z lat 60. Z kolei balansująca na granicy współpracy i rywalizacji relacja z Kobietą-Kotem (różnej od burtonowskiej famme fatale) oraz wyraźnie terrorystyczny motyw przewodni w fabule to ukłon w stronę trylogii Christophera Nolana. Owa komplementarność filmu Reevesa jest dopełniona przerysowanym wizerunkiem samego głównego bohatera. Bruce Wayne to melancholik i odmieniec, który w „Batmanie” balansuje na granicy subkulturowego kiczu (kojarzonego jednoznacznie z Batmanem Joela Schumachera) z inspiracją gotyckim stylem.

W tym wszystkim clou pozostaje zagadka mająca udowodnić, że Batman jest najlepszym detektywem świata. Owszem, jako widzowie nie mamy wątpliwości, że Mroczny Rycerz rzeczywiście układa skomplikowane puzzle, dzięki którym udaje mu się schwytać przestępcę. Jednak impulsem dla jego rozumu pozostaje Alfred, który w filmie Reevesa przestaje być dostojnym „Wujkiem Dobrą Radą”, a zaczyna – jak przystało na bohatera z krwi i kości – przyjmować odcienie szarości, miewać słabości i dylematy moralne. W całym dochodzeniu do rozwiązania zabrakło elementu zabawy dla widza. Stworzenie z fabularnej zagadki dla Batmana układankowej gry z widzem na pewno ożywiłoby scenariusz. Chociaż trzygodzinny seans trzyma w napięciu, wbija w fotel i nie zostawia dłuższych chwil na oddech, dostrzegam w tym mocno niewykorzystany potencjał (i kolejną możliwość ukłonu w stronę nolanowskiej inspiracji w scenariuszu). Tak naprawdę w „Batmanie” raczej śledzimy i przyglądamy się pracy obrońcy Gotham, niż wraz z nim rozpracowujemy plany Człowieka-Zagadki.

Chirurgicznie chłodny i wyrafinowany klimat neo-noir warstwy narracyjnej miesza się z grunge’owym brudem i niechlujnością filmowej scenografii. Dla dopełnienia absolutu przestrzeni „Batmana” w warstwie dźwiękowej chaos Gotham kontrastuje z wymownymi momentami ciszy. Jakby tego było mało, tuż obok schubertowskiego „Ave Maria” czy koncertu Beethovena przygrywa szorstkie „Something in the Way” Nirvany. Doskonałe dopasowanie tych trzech warstw filmu sprawia, że „Batmana” się doświadcza, a nie po prostu ogląda. Najbardziej zapierająca dech w piersiach okazuje się brawurowa scena pościgu za Pingwinem, w której następuje kulminacja wszystkich tych elementów. Doskonałe prowadzenie kamery, pozorna otwartość ulic zestawiona z ciasnotą kadrów oraz fenomenalne zgranie dźwięku nie pozostawiają wątpliwości, że „Batman” został dograny w każdym kawałku.

Mimo tego, że film jest spójną historią, melancholijnie zakończoną rozstaniem Batmana z Seliną Kyle, cieszy mnie zapowiedź kontynuacji. Robert Pattinson posiada niepodważalny talent do ról introwertycznych (i nieco aspołecznych) zbawicieli, natomiast jest to tylko punkt zaczepienia, wokół którego aktor nadbudowuje swoje niepowtarzalne występy, a nie powielający się do znudzenia schemat „aktora jednej twarzy”. W „Batmanie” dostrzega się przemyślane i spójne odegranie dwóch stron tej samej monety – Mrocznego Rycerza i Bruce’a Wayne’a – i po raz pierwszy ma się wrażenie takiej komplementarności obydwu wcieleń. Pattinson porzuca powstałą na skutek traumy schizofreniczność Bruce’a na rzecz wewnętrznego, w pełni świadomego rozdarcia osobowości, gdzie żadna ze stron nie jest tą dominującą. Człowiek-Nietoperz przestaje być po prostu wcieleniem Wayne’a, a zaczyna być nieodłączną częścią jego osoby.

Wszystkie te punkty składają się na wyjątkowy audiowizualny spektakl, przepełniony gotyckim mrokiem, tajemnicą i wszechobecnym brudem, zarówno moralnym, jak i wizualnym. Batman jako archetyp pozostaje zawieszony w sferze liminalnej, w której zachwiane zostaje conditio humana całego Gotham – i tylko Mroczny Rycerz może podjąć próbę przywrócenia porządku. Trudno jednak powiedzieć, że jest on nadzieją dla zdewastowanego miasta; raczej okazuje się jedynym wyjściem. Wielowarstwowość okoliczności i pobudek, które stoją za działaniami i Batmana, i Człowieka-Zagadki, i samych mieszkańców Gotham, to ogromna wartość dodana całej historii. Oglądając widowisko Reevesa, wciąż analizuje się poszczególne zachowania, poszukuje wyjaśnień lub solidnych argumentów za takim, a nie innym postępowaniem. Ale one rzadko się pojawiają. „Batman”, mimo swojej komplementarności, pozostawia widza z wieloma pytaniami, przede wszystkim o stan kręgosłupa moralnego współczesnego społeczeństwa, i rozbudza wielkie oczekiwania wobec sequela. Pozostaje tylko liczyć na to, że powrót Pattinsona do Gotham okaże się równie dobry jak jego pierwsza wizyta.

LITERATURA:

T. Żaglewski: „Superkultura. Geneza fenomenu superbohaterów”. Kraków 2021.
„Batman”. Reżyseria: Matt Reeves. Scenariusz: Matt Reeves, Peter Craig. Obsada: Robert Pattinson, Zoë Kravitz, Jeffrey Wright, Colin Farrell, Paul Dano. Zdjęcia: Greig Fraser. Muzyka: Michael Giacchino. Kostiumy: Jacqueline Durran. Stany Zjednoczone 2022, 175 min.