Wydanie bieżące

1 października 19 (91) / 2007

Małgorzata Kłoskowicz,

BLOKERS W KRAINIE CZARÓW

A A A
Najnowsza powieść Krzysztofa Niewrzędy – „Wariant do sprawdzenia”, to kolejna literacka próba diagnozy otaczającej nas rzeczywistości. Przytoczone na pierwszej stronie zdanie niemieckiego architekta Ludwiga Mies van der Rohe: „Sztuka budowlana jest zawsze wyrazem dążeń epoki”, staje się pretekstem do umiejscowienia akcji powieści na blokowisku jakiegoś bliżej nieokreślonego miasta. Chociaż słowo akcja nie jest tu najlepszym określeniem. Należałoby raczej napisać – dialog. Mamy oto bowiem kilku chłopców w wieku około osiemnastu lat, w większości uczniów, którzy zabijają swój wolny czas rozmową o sprawach interesujących zwykle chłopców w takim właśnie wieku. W zasadzie komentarz narratora jest w tej rozmowie zbędny, to tylko zadośćuczynienie formie powieściowego dialogu. Całość sprawia wrażenie scenariusza filmu o współczesnych młodych „poszukiwaczach sensu życia”, członkach „wspólnoty zastępczej”, jak pisali o subkulturach młodzieżowych Ewa Krawczak i Mariusz Gwozda. Dominują zatem w partiach dialogowych „Wariantu do sprawdzenia” tematy związane ze szkołą, bliższą i dalszą przyszłością chłopców, możliwymi wyborami życiowymi oraz zainteresowaniami – na pierwszym miejscu znajdują się oczywiście filmy i muzyka (pojawiające się fragmenty tekstów piosenek są niezbędnym elementem tożsamości grupy czy raczej subkultury blokersów). To właśnie w twórczości artystycznej odbija się ich wizja świata, stanowi ona autokomentarz do opisywanych wydarzeń. Obraz rzeczywistości nabiera głębi, zostaje dookreślony przez rodzaj słuchanej muzyki. Dzięki niej możliwa staje się identyfikacja z grupą, do której należą bohaterowie powieści.

Na początku zbliżamy się do Miejsca, w którym „rozciągające się na obwodzie czworoboku wieżowce były zespolone w jedną budowlę otaczającą podwórko. (...) Z dołu do góry, między wszystkimi czterema kątami – takie same balkony, takie same okna. Między nimi płaskie powierzchnie betonu. Żadnych kolumn, gzymsów, portali. Żadnych ozdób”. A pomiędzy budynkami – grupa chłopców, którzy za moment staną się dorośli w sensie prawnym, ale w dojrzewanie jednego z nich przysłoni w pewnym momencie losy pozostałych. Lekcja dojrzałości będzie dla niego niczym zderzenie z betonem – bolesna i brutalna, chłopiec stanie się kaleką. Na nowo będzie uczył się chodzić i – żyć. W opisywaną rzeczywistość od momentu wypadku zacznie wkradać się nierealność, złudzenie, iluzja.

Centralnym punktem akcji powieści staje się wówczas szafa – drzwi do innego świata, niczym w powieści C. S. Lewisa o Łucji, która właśnie dzięki niej odnalazła mroźną Narnię. Tam schowane zostały przedmioty-klucze do rzeczywistej przeszłości oraz przedmioty-klucze do nierealnej przyszłości. Szafa nie jest jednak umiejscowiona ani w piwnicy, ani na strychu. Z jednej strony żarówka, nagi tynk ścian, surowa posadzka czy pająk tkający sieć świadczyłyby, że razem z bohaterem przenosimy się w Bachelardowską podświadomość ukrytą w piwnicy domu onirycznego – to właśnie w niej za pomocą instynktu będzie podążać za cieniem ojca alter ego bohatera. Z drugiej strony nie ma ani jednej wzmianki o schodzeniu w dół. Nocą ciemność jest taka sama zarówno w piwnicy, jak i na poddaszu, równie dobrze więc stare przedmioty mogłyby znajdować się na strychu. Rodzi się za to proces, w którym rzeczy należące niegdyś do zmarłego ojca – marynarka, walizka, stara maszynka do golenia – niczym wehikuł czasu przeniosą chłopca-mężczyznę w przeszłość, obudzą wspomnienia. Mało tego, to one pozwolą na to, aby w chłopcu ponownie narodził się ojciec. Mamy więc w powieści do czynienia z rytuałem przejścia, opisywanym przez Arnolda van Gennepa. O ile pobicie stało się wyłączeniem chłopca z otoczenia, w którym dojrzewał, z jego subkultury, a powrót do zdrowia – okresem przejściowym, o tyle obrzędem włączenia w nowy krąg sensów jest rytuał golenia się starą maszynką zmarłego ojca. Jego twarz bohater dostrzega w lustrze, które w pytaniach o tożsamość za każdym będzie odgrywało kluczową rolę.

Wróćmy jednak jeszcze na chwilę do przedmiotów znajdujących się w piwnicy / na strychu. Obok archetypu domu rodzinnego – powrotu do przeszłości, pojawia się archetyp Matki, który co prawda nie może przesłonić dotychczasowych sensów, ale zwraca naszą uwagę na jeszcze jedną postać powieści. Czy tęskniąc za zmarłym ojcem, bohater nie szuka tak naprawdę swojej matki? Nieobecnej, wyjeżdżającej wiecznie na delegacje, małomównej, żyjącej wspomnieniami, która, zapytana o „ich własne” drzewo, odpowiada, przywołana z dalekiej krainy wspomnień, iż nie pamięta miejsca, w którym zostało wspólnie przez nich zasadzone. Nic więc dziwnego, że to właśnie drzewo, łączące matkę, ojca i chłopca, stanie się najważniejszym elementem dalszego życia bohatera – celem wędrówki Alicji-chłopca. Niemożność odnalezienia sosny, spowodowana duchową nieobecnością matki, staje się punktem wkroczenia świata baśni w rzeczywistość protagonisty. Drzewo jako materiał twardy to symbol uporu i pierwotnego instynktu, jak pisze Bachelard w „Metaforyce twardości”. Ale, co ważniejsze, „obrazy związane z twardością są zarazem obrazami związanymi z przebudzeniem”. Innymi słowy – obraz sosny jako celu jest gwarancją powrotu do rzeczywistości, do początku, porzucenia nierealnego, baśniowego świata dzieciństwa w podświadomości. Stąd właśnie cykliczność fabuły – koniec opowieści staje się na nowo jej początkiem.

Kluczową rolę odgrywa w „Wariancie do sprawdzenia” lustro. Od momentu, w którym człowiek zaczyna postrzegać siebie jako odrębną jednostkę, własne odbicie w lustrze odsyła go do świadomości – patrząc na tę odrobinę srebra na szkle, dostrzegamy siebie: oto stoję JA. Ale lustro w świecie baśniowym bywa także portalem do innego świata – do podświadomości. Patrząc w nie, zakładamy maski, aby ukryć przed innymi prawdziwą twarz. Z czasem zadajemy sobie także pytanie: kim naprawdę jestem? Ile jest mnie samego we mnie? Przywołajmy Alicję, bohaterkę książki Lewisa Carrolla, która nie tylko lubiła udawać dwie postaci na raz, ale także w świecie baśni, wędrując w ślad za białym królikiem, sama nie wiedziała, kim tak naprawdę jest. To samo dzieje się z chłopcem-mężczyzną. Malując się, nakłada maskę, zmienia się w sztuczną kobietę. A może jest naturalną kobietą w męskim, sztucznym przebraniu? W każdym razie to właśnie w lustrze spotyka się sztuczność z naturalnością – on i ona w nim/niej. Rozpoczyna się taniec i nikt nie jest w stanie oddzielić od siebie obu postaci. Zaczyna się teatr życia, spektakl miłości, który kończy się stłuczeniem lustra, rozbiciem iluzji. Okazuje się, że dopiero wtedy rodzi się świadomość fikcyjnej postaci – w momencie, w którym przestaje ona dostrzegać swoje odbicie. I w ten oto sposób bohater, korzystając z chwili nieobecności autora, zastanawia się, co począć ze swoim własnym losem, jaką przyszłość wybrać dla siebie. Nieciekawe okoliczności (w zasadzie właśnie popełnił samobójstwo) sprawiają, że zaczyna odczuwać strach, traci pewność siebie i siłę. Z powrotem oddaje się w ręce S-twórcy. Najważniejszym elementem staje się wówczas perspektywa spojrzenia czytelnika. Raz przyglądamy się bohaterowi z zewnątrz, z perspektywy ON, innym razem od wewnątrz, z perspektywy JA, słuchając jego głosu.

Cała zabawa z narracją pierwszo- i trzecioosobową ma jednak wiele kręgów znaczeń, jak w Dantejskim piekle. Przede wszystkim sygnalizuje umiejscowienie chłopca w rzeczywistości – systemie norm i reguł, w świecie konsumpcji. W wyniku wypadku chłopiec staje się impotentem, zostaje zatem napiętnowany, nie może korzystać z tego, co podsuwa mu wszechobecny świat mediów i otaczająca go rzeczywistość. Napiętnowanie sprawia, że nie jest w stanie kontrolować swojego postępowania, zostaje wyrzucony poza margines konsumpcji, której hasło mogłoby brzmieć tak: jeśli nie chcesz skorzystać, twoja sprawa; lecz jeśli chcesz, ale nie możesz, przestajesz być częścią naszej rzeczywistości. Ona cię odsuwa, stajesz się jedynie biernym przedmiotem obserwacji. Nie możesz działać, poddajesz się woli S-twórcy. Wtedy pojawia się narracja trzecioosobowa.

My wiemy, że to tylko zabawa autora, taka gra z nami, z czytelnikami – śmiejemy się, bo przecież żadna postać nie ma własnego życia, nie myśli, nie może działać, nie może tym bardziej decydować o swoim losie, to autor wkłada w jej fikcyjną głowę takie „myśli”. I wtedy właśnie możemy zadać sobie pytania – jak to jest z nami? Może i my jesteśmy bohaterami jakiejś powieści, może wydaje nam się tylko, że możemy sami decydować, sami działać, gdy tymczasem zależni jesteśmy od Autora, kimkolwiek/czymkolwiek on jest? I tak naprawdę to on kieruje naszym losem. Czy wtedy nadal będziemy słyszeć śmiech?

Oczywiście na wszystkie postawione pytania nie ma jasnej odpowiedzi. Niewrzęda pokazuje nam w rzeczywistości tylko jeden z możliwych wariantów. Nie jest to jednak wariant „sprawdzający się”. Jest to wariant „do sprawdzenia”. Takie postawienie sprawy pozwala mieć nadzieję na istniejącą możliwość podejmowania decyzji, na istnienie w sensie podmiotowym. W przeciwnym razie ta konkretna historia, zatoczywszy koło, miałaby za każdym razem dokładnie taki sam przebieg. Być może byłoby to bezsensowne i absurdalne. Lecz jeśli istnieje tylko jeden wariant do sprawdzenia – jest to nieuniknione.
Krzysztof Niewrzęda: „Wariant do sprawdzenia”. Wydawnictwo Forma. Szczecin 2007.