Wydanie bieżące

1 października 19 (91) / 2007

Wiesław Kowalski,

TWARZ NIE DO KOŃCA W PORZĄDKU

A A A
Dla nikogo nie jest tajemnicą, że żyjemy w świecie, w którym nasz wygląd jest ważniejszy od wiedzy, inteligencji czy osobowości. Z badań prowadzonych przez psychologów wynika jasno, że ludziom o atrakcyjnej aparycji łatwiej przychodzi znalezienie pracy, szybciej też awansują i otrzymują wyższe wynagrodzenie. Stąd tak ogromne zainteresowanie choćby programami telewizyjnymi, które obiecują i gwarantują zmianę naszej powierzchowności. Ludzie obsesyjnie wierzą, że poprawa urody przyniesie radykalną odmianę ich życia, że w ten sposób zdobędą szacunek, będą dla otoczenia lepsi, bardziej wartościowi i bardziej atrakcyjni. Ogromną zasługę w rozwoju komercyjnego modelu życia mają niewątpliwie media, które potrafią sterować opinią publiczną, manipulować człowiekiem, który za wszelką cenę dąży do tego, by jak najlepiej prezentować się w swoim otoczeniu, w pracy, w rodzinie… Siła lansowanej mody i reklamy jest wszechpotężna. To ona kreuje nasze myślenie w świecie zdeterminowanym pogonią za postępem, ciągłym rozwojem i wszelkiego rodzaju newsami. I właśnie ten problem manipulacji, jej siły a także jej granic, wydaje się szczególnie zainteresował Grzegorza Wiśniewskiego, który postanowił sięgnąć po nieznany w Polsce tekst Mariusa von Mayenburga „Brzydal”. Spektakl przygotowany na Scenie Kameralnej Teatru im. Jaracza w Łodzi, w ramach Festiwalu Dialogu Czterech Kultur, był prapremierą tego utworu. Wiśniewski w łódzkim spektaklu pyta za Mayenburgiem, który zawsze poszukuje historii dotykających naszych czasów i naszej generacji, w jakim kierunku zmierza współczesny człowiek i czy można go uchronić przed klęską, jaką jest utrata indywidualności. Mayenburg pisząc pozornie zimno i beznamiętnie, podpatrując utarte gesty, zawsze zadaje aktualne pytania, choć nie daje odpowiedzi.

Dla tych, którzy znali dotychczasową twórczość Mayenburga, a więc „Ogień w głowie”, „Pasożyty” czy „Zimne dziecko”, dramaty, którymi w teatrze interesowali się Paweł Łysak, Anna Augustynowicz, Piotr Łazarkiewicz, Jan Peszek, Adam Sroka, Piotr Kruszczyński i Arkadiusz Tworus, „Brzydal”, przełożony przez Michała Ratyńskiego, będzie niemałym zaskoczeniem. Mamy bowiem do czynienia z bardzo sprawnym tekstem bliskim grotesce, lekkiej komedii dramatycznej, nie pozbawionym również elementów farsowych, przy tym z dramatem niezwykle nośnym i uniwersalnym, interpretującym rzeczywistość z pozycji raczej chłodnego, choć nie pozbawionego cynizmu, zdystansowanego i powściągliwego w emocjach obserwatora. Nie ujrzymy tutaj jak w poprzednich dramatach Mayenburga galerii ekstatycznych zbrodniarzy, skrajnych nihilistów destrukcyjnie od siebie uzależnionych, egzystujących na granicy nicości i rozpaczy.

Atutem konstrukcyjnym aktualnego, zaskakującego i prowokującego „Brzydala”, tyleż absurdalnego co śmiesznego w budowanych sytuacjach, jest możliwość grania przez aktorów kilku postaci. Pięć męskich ról zostało tu rozpisanych na trzech aktorów, a w trzy role żeńskie wciela się jedna aktorka. Dało to reżyserowi szansę na zastosowanie ciekawych zabiegów inscenizacyjnych, mnożących interpretacyjne tropy i pobudzających wyobraźnię widza. Jedyną postacią kreowaną od początku do końca przez jednego aktora jest tytułowy „brzydal” Lette, człowiek raczej zwyczajny, inteligentny naukowiec, przygotowujący się do promocji swojego wynalazku na konferencji prasowej organizowanej w luksusowym hotelu z widokiem na Alpy. Niestety z powodu nieodpowiedniej, szkaradnej twarzy okazuje się to niemożliwe, o czym informuje go najpierw dość oględnie jego układny, pozbawiony skrupułów współpracownik, następnie bezwzględny szef, aż w końcu opinię przełożonego potwierdza skromna żona Lettego, Fanny. Wszystkich bohaterów widzimy na scenie już w momencie wejścia na widownię. Scena niczym tunel zwężający się w głąb jest prawie pusta. Stoi tylko stół i kilka krzeseł. Ilość rekwizytów też jest znacznie ograniczona. Wiśniewski umieścił aktorów w przestrzeni sterylnie zimnej, przypominającej, jak sam chciał, poczekalnię, korytarz a może windę. Najbliżej publiczności siedzi Mariusz Ostrowski i niby spokojnie przecierając okulary, wciąż zakłada je i zdejmuje. Barbara Marszałek siedzi na krześle odwrócona tyłem do widowni. Za stołem siedzi Mariusz Siudziński trzymając w rękach swój wynalazek, wtyczkę 2CK. Za nim w tyle sceny stoi odwrócony plecami Mariusz Saniternik. Ten surowy i oszczędny plan gry już za chwilę ulegnie destabilizacji. To świat zimny, nieludzki, podkreślający statyczny charakter dramaturgii autora „Zmierzchu potwora”, potęgujący jednocześnie klimat uwikłania w relacjach i związkach bez wyjścia i bez nadziei. Z taką też zimną precyzją zakomponowane jest całe przedstawienie, bez eksponowania bolesnej wyrazistości gestów i ostro alarmujących sygnałów czy znaków. Wiśniewski, tak jak w bydgoskiej „Plastelinie” czy gdańskiej „Matce” i „Mewie”, pokazuje po raz kolejny, że zna siłę teatru. Oparta jest ona na aktorskiej prawdzie scenicznego bycia w każdym najmniejszym geście i ruchu, w każdej kwestii i w każdym tonie. Znakomicie dostrojony ansambl Wiśniewskiego daje nam możliwość, pomimo humoru zawartego w tekście, przenikliwego spojrzenia na nas samych, na zdewaluowane wartości, na mechanizmy marketingowe, które zdają się rządzić światem.

Kwartet aktorski, budując żywe i wiarygodne emocje, ukazuje obraz skomplikowanych relacji wzajemnego uzależnienia w rzeczywistości gdzie nawet uczucia i ludzkie ciało stają się produktami. Kameralny spektakl Wiśniewskiego organizuje rytm polegający na przenikaniu się kolejnych sekwencji, nie ma tu żadnych ostrych cięć światła, jest tylko przenikanie. Wystarczy, że aktor ubierze marynarkę na drugą stronę, aktorka rozepnie kilka guzików żakietu, założy okulary, a już jesteśmy w innej sytuacji i przestrzeni. Wszystko jest tu spójne i zgrane. Decyzja Lettego, by oddać swą twarz w ręce chirurga plastycznego, który kilkoma cięciami skalpela przywróci twarzy atrakcyjną fizyczność, czyni z bohatera towar. Siudziński bardzo dobrze oddaje przemianę bohatera, bo przecież tak naprawdę jego twarz w ogóle się nie zmienia. Z człowieka napiętego psychicznie niemożnością osiągnięcia celu jest mu teraz bliżej do zdegustowanego i pewnego siebie uwodziciela, playboya mogącego przebierać w kochankach. Z nowym obliczem może nie tylko promować swój wynalazek, zyskać popularność, może też rozpocząć nowe inwestycje i sprzedawać samego siebie. Chętni znajdują się bardzo szybko. 73-letnia właścicielka koncernu, poddająca się dla zachowania atrakcyjności kolejnym operacjom plastycznym, w rewelacyjnej interpretacji Barbary Marszałek czy jej zniewieściały i pusty syn, wykreowany przez Mariusza Ostrowskiego jako piękniś zakochany w sobie i w stylu życia jaki prowadzi.

Widać jak na dłoni, że zarówno reżyser jak i aktorzy potrafią się bawić tekstem Mayenburga, ograniczając budowanie charakteru postaci do niuansów, zaledwie kilku skrajnych właściwości, uwypuklających bezsensowność sytuacji. W ten sposób to co podszyte humorem staje się groźne, obnaża absurd okoliczności, w których ludzka twarz i ciało urastają do rangi swoistego symbolu, stają się metaforą przeżartego konsumpcjonizmem współczesnego społeczeństwa. W ciągu następujących po sobie scen nie sposób zapomnieć tej, kiedy Barbara Marszałek w roli Fanny ogląda z pilotem w ręku telewizję i tego jak komentuje to, co widzi na ekranie; tak samo zabawne, ale i przejmujące, jest nerwowe obieranie przez Mariusza Saniternika, jako Scheffera, pomarańczowej skórki z „owocków”. To jego metoda na odreagowanie stresu. Bo jak powiedzieć drugiemu człowiekowi, że „Pańska twarz nie do końca jest w porządku”. Czy Lette musiał się poddać i podporządkować hierarchii wartości kształtowanej przez kreatorów wizerunku? Czy musimy godzić się na uczestnictwo w codziennej pogoni za pieniędzmi, doskonałością, sławą, sukcesem, obecnością w mediach i w kolorowych pismach? Czy po to, by nadążyć za cywilizacyjnym postępem warto przegrać i unicestwić własną twarz? Czy można żyć z twarzą inną niż swoja? Czy nie być pięknym znaczy być nikim? To pytania, które najczęściej pojawiają się w trakcie oglądania łódzkiego przedstawienia. I pozostają w nas na długo, bo Wiśniewski, nie rezygnując z czystości, klarowności i szlachetności teatralnej formy i myśli, nie ułatwia nam znalezienia prostych i jednoznacznych odpowiedzi. Ale to już skutki jego artystycznej manipulacji. Oby skutecznej.
Marius von Mayenburg: „Brzydal”. Przekład: Michał Ratyński. Reżyseria, scenografia, światło: Grzegorz Wiśniewski. Opracowanie muzyczne: Rafał Kowalczyk. Prapremiera: 8 września 2007. Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi.