Wydanie bieżące

1 października 19 (91) / 2007

Łukasz Iwasiński, Maciej Bielawski,

FREE ORKIESTRA Z ROCKOWYM KOPEM

A A A
Z Maciejem „Trifonidis” Bielawskim rozmawia Łukasz Iwasiński
Warszawa to dziś najaktywniejszy – obok Trójmiasta – ośrodek freak’owego off-jazzu. Zapoczątkowany kilka lat temu przez imprezy z cyklu Djazzpora czy Galimadjaz ferment wciąż niesie wielki potencjał. Dowodem nowy projekt Macieja „Trifonidisa” Bielawskiego – Tricphonix, w którym grającemu na saksofonie altowym i sopranowym oraz flecie liderowi, towarzyszą: Daniel Polkowski – saksofon tenorowy i sopranowy, Bolek Jezierski – saksofon altowy, Daniel Grzeszykowski – saksofony tenorowy i sopranowy, Tomasz Hołówka – saksofon tenorowy i barytonowy, Czarek Potocki – bas, Marcin Banasiak – perkusja, a gościnnie udzielają się: Pawel Szamburski – klarnet, Jacek Namyslowski – puzon, Dominik Trebski – trąbka. Formacja właśnie wydała debiutancką płytę.



Łukasz Iwasiński: Na początek opowiedz o sobie, twoim muzycznym zapleczu.

Maciej „Trifonidis” Bielawski: Urodzony w 1974 roku, multiinstrumentalista i kompozytor. Gram na ośmiostrunowej gitarze basowej, saksofonie altowym i sopranowym, fletach, instrumentach perkusyjnych i klawiszowych. W swojej twórczości łączę brzmienia akustyczne z elektroniką, oscylując między improwizacją, a precyzyjnym zapisem utworów. Tworzę muzykę ilustracyjną - filmową, reklamową, teatralną. Aktualnie gram w zespołach Tricphonix, Horny Trees, Trifonidis, Płyny. Współpracowałem z takimi projektami i postaciami, jak: Trapezfik, Słoma i Bębnoluby, Batyskaf, Marek Biliński, Mamadu Diouf, Anna Patynek, Beckaye Aw, K.A.S.A, Drums NRG, Muzykoterapia, Mafrik, Makossa, Kerd.

Ł. I.: Rzeczą zrozumiałą jest, że artysta niechętny jest kategoryzacji czy porównywaniu do innych jego twórczości. Jednak gdybym musiał zwięźle opisać debiut Tricphonix, wskazując inspiracje, ująłbym to tak: energia bijąca z tej muzyki nasuwa skojarzenia z Dirty Dozen Brass Band czy Rebirth Brass Band – zespołów, które uwspółcześniły ekspresję nowoorleańskich paradnych orkiestr, natomiast bogate saksofonowe współbrzmienia mogą kojarzyć się z World Saxophone Quartet; z kolei eklektyzm, humor i duch eksperymentu zdaje się płynąć z nowojorskiego downtownu, a solidne funkowe groove’y i masywna, bardzo współczesna motoryka przywołują Septet Skerika. Czy zgadzasz się z taką interpretacją?

M. B.: Jeśli chodzi o inspiracje, to na pewno lubimy Skerika (wszystkie projekty), Rebirth Brass Band, Johna Zorna, Medeskiego Martina & Wooda wielu innych, ale nie stąd pomysł na zespół i muzykę. Zespół powstał w pewnym sensie z ciekawości i dla zabawy. Chodziło o zebranie kolegów, z którymi na co dzień grałem tu i tam i zrobienie trochę takiej „free orkiestry" – prostej, z czadem, a inspirującej się wszystkim (jazzem, rockiem, etno). Nie chodziło o big band z pogmatwanymi aranżami, nutami, itd. Dużo piwa pijemy i nie chcemy komplikować sobie sytuacji. A tak na poważnie to sporo pisze skomplikowanych numerów i myślałem czy ich nie przemycać do Tricphonix, ale doszedłem do wniosku, że jednak pewna prostota (nie prostactwo) ma siłę – saksofony grane unisono albo proste dwudźwięki mają takiego fajnego, rockowego kopa. Tak lubimy.

Ł. I.: Wielu artystów nowych ścieżek dla jazzu i muzyki improwizowanej szuka poprzez wykorzystanie elektroniki. Wy tego unikacie – to wybór programowy, założony, czy nie wykluczacie posłużenia się i nią?

M. B.: Nie używamy elektroniki świadomie, nie dlatego że nie lubimy (bo bardzo lubimy!), ale – tu trochę wrócę do genezy Tricphonix – w tym projekcie postawiliśmy na surowość, power, zabawę; to taka muzyczna balanga. Ten zespół jest tylko częścią dość szerokiego planu, jaki sobie wymyśliłem, a i moi koledzy też równolegle dużo działają. W innych składach chętnie korzystamy z elektroniki. Przykładem jest zespół Kerd (nasz basista i bębniarz tworzą ten zespół obok Mikiego i Pieszaka) czy Trifonidis i kilka innych przedsięwzięć.

Ł. I.: Taka a nie inna konfiguracja nie jest wynikiem kalkulacji, świadomego wyboru? Skład jest raczej otwarty?

M. B.: Tak. Skład jeszcze na pewno się nie raz zmieni, to znaczy mam nadzieję, że nikt nas nie opuści, a wręcz przeciwnie – mamy skłonność do wchłaniania napotkanych na swojej drodze muzyków, zapraszamy gości, itd. Ograniczeniem są tu na razie pieniążki. Chcemy dużo grać, w Polsce i za granicą. Septet to i tak duży skład, ale i z tym sobie poradzimy. Będzie nas więcej!

Ł. I.: Czy można uznać Cię za lidera Tricphonix? Jak wygląda kwestia demokracji czy, i w jakich wymiarach działalności, zespołu ją dopuszczasz?

M. B.: Czy jestem liderem? Hmm... tak i nie. Na pewno wymyśliłem ten projekt, zaprosiłem kolegów do współpracy, sprawy – powiedzmy – organizacyjne też raczej ja trzymam. Ale w samej muzyce jest dużo wolności. Wiadomo, są kompozycje, które przynoszę i się ich uczymy, ale to są bardziej szkice, które razem interpretujemy, nadajemy im właściwy kształt. Ja w tym projekcie nie jestem solistą, bardziej pilotem. Koledzy z zespołu to świetni improwizatorzy i tak naprawdę grają, ile chcą i co chcą.

Ł. I.: Opowiedz o pozostałych projektach, w których się udzielasz. Czy Tricphonix jest dla Ciebie priorytetem?

M. B.: Wracając do tego szerokiego planu, którego częścią jest Tricphonix – udzielam się i tworzę jeszcze kilka projektów równolegle. Z Pawłem Szamburskim i Hubertem Zemlerem zrobiliśmy Horny Trees, totalnie otwarty band. Nie jest to typowe freejazzowe granie (mam na myśli noise) tylko wielkie, otwarte poszukiwanie. Z Horny Trees zagraliśmy około10 koncertów i hm – każdy był kompletnie inny: od etno, przez hardcore, metal, reggae’owe sprawy, do czegoś na kształt delikatnej muzyki ilustracyjnej. Ale wolimy unikać takich skojarzeń, tylko gramy, gramy i gramy i... słuchamy! Niebawem nasz pierwsza płyta wydana będzie dla odmiany w Kilogram Records (wytwórni Oli i Mikołaja Trzaski). Już za chwilę rusza moje Trio Trifonidis, aktywne są Płyny, Batyskaf z Szymonem Tarkowskim też się budzi z rocznego snu. Będzie się działo!

Ł. I.: Jaki dziś w Warszawie panuje klimat dla muzyki improwizowanej? Wydaje się, że najbardziej twórczy ferment panował za czasów działalności Galerii OFF i Jazzgotu. Jak to wygląda aktualnie – w sensie funkcjonowania sceny, zainteresowania publiczności, miejsc do grania, itd...

M. B.: Scena warszawska, ta improwizowana i ta „freakowa”, ma się świetnie i będzie jeszcze lepiej! Jest wiele ciekawych zespołów, muzyków, powstają nowe miejsca do grania. Są bandy które od lat świetnie funkcjonują, jak: Baaba, Mitch & Mitch, Meritum, Kerd, Łąki Łan, Raphael Rogiński i jego projekty. Tworzą się nowe mutacje, muzycy i składy się mieszają... Jeśli chodzi o miejsca, to też jest nieźle, choćby: Chłodna 25, Plan B, Cafe Kulturalna, Akwarium, CSW.

Ł. I.: Czy środowisko dąży do integracji, podejmuje wspólne działania, pomaga sobie? Osobą, która jest na tym polu aktywna – tzn. tworzy przestrzeń dla prezentacji młodych projektów, jest dziś na pewno Szymek Tarkowski, z którym i Ty współpracujesz.

M. B.: Jeśli chodzi o integrację środowiska, to jest raczej tak, że my wszyscy coś robimy. Jedni otwierają kluby (np. wspomniana Chłodna 25, Plan B) i jest gdzie grać, organizują festiwale (tak jak Szymek), inni grają i zapraszają innych muzyków, jeszcze inni ich nagrywają, robią klipy, piszą, robią zdjęcia. To się kręci i rozkręca.

Ł. I.: Dlaczego sami wydaliście materiał? W Warszawie działa kilka zacnych oficynek, bliskich Wam – jak sądzę – estetycznie i mentalnie, choćby Labo ABC. Czy szukaliście wydawcy?

M. B.: Slowdown Records to nowy label, który wymyślił Konrad Żywiecki (Music Toolz ) wraz ze mną. To nie jest konkurencja dla kogoś. To raczej kolejna ścieżka. Chcemy wydawać swoją muzę i naszych przyjaciół. Wydaliśmy Tricphonix, za chwile druga płyta Kerd, Trifonidis. Oby jak najwięcej powstawało płyt.

Ł. I.: Dziękuję za rozmowę.