ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lipca 13 (445) / 2022

Grzegorz Marcinkowski,

RESZTKI #1: POZA ZASADĄ ZBAWIENIA. WSTĘP DO ROZWAŻAŃ O RESZTKACH

A A A
Jakie są granice odrzucenia? Czy ma ono w ogóle granice? Zadając to pytanie, siłą rzeczy ocieramy się o jakąś naiwność, która o tyle jest usprawiedliwiona, o ile nasze pytanie zasadniczo sytuuje się po stronie tego, co niewyrażalne.

Niewyrażalność implikuje dwa rozwiązania: upór i perwersyjną cierpliwość. Upór każe ciągle ponawiać pytanie, rozpatrywać warunki wstępne zapytywania, niuansować samą pozycję pytania. Perwersyjna cierpliwość natomiast pogrąża się w znaczącym milczeniu, licząc, iż gotowość do odpowiedzi jeszcze się nie wyłoniła. Obie te strategie zakładają, iż odpowiedź istnieje, co nie jest wcale rozstrzygnięte, dlatego my wybierzemy trzecią optykę, którą możemy nazwać kroczeniem po śladach. Polega ona na odmowie skierowanej przeciwko rutynie wiedzy, sytej i zadowolonej z siebie funkcjonalizacji dyskursu – i przeciwstawieniu im lektury symptomów, wyrw i pęknięć. Mówienie z pozycji trzeciej to filologia rozkładu. Nie ma ona nic wspólnego z neoromantycznym umiłowaniem ruin. To raczej przyznanie, iż wszelka mowa jest z natury niedomknięta, poszarpana i bezradna, a ruchem, który wymusza, okazuje się błaganie. Filologia rozkładu będzie więc, przynajmniej po części, filologią błagania.

Odrzucone pozostaje częścią całości, dyskursu, wspólnoty, która je odrzuciła. Częścią przeklętą, niestrawioną, niedającą się zasymilować. Częścią upiorną, o ile przeznaczeniem upiora jest wiecznie nawiedzać, być niewczesnym, ani przeszłym, ani przyszłym, być wiecznym przypomnieniem. Istnością niesamowitą, o ile sięgniemy po freudowską koncepcję niesamowitości, która zakłada powrót wypartego albo niedokonaną, czy też dokonaną połowicznie, pracę żałoby. Całość byłaby więc niecałkowita, o ile konstytuowałaby się przez upiorne nawiedzenie, przez anachronię odrzuconego albo przeklętego. O ile zasadne byłoby w ogóle mówienie o jakiejkolwiek całości w sytuacji, w której odrzucone nie dałoby się niczemu domknąć, nie mogłoby dobrnąć do finalności, spełnić się (w znaczeniu, w jakim mówimy o spełnieniu ofiary – odrzucone byłoby stygmatem, raną niespełnionej ofiary). Całość stworzona z części nietworzących całości. Całość niecałkowita – oto inna nazwa dla zjawiska odrzucenia. Odrzucone nigdy nie zrywa więzi z odrzucającym, nawiązuje się między nimi symbiotyczna więź, rodzaj wiecznego przymierza.

Wspólnota nie może istnieć bez pierwotnej i niewysłowionej więzi z tym, co wykluczyła. Resztki, odpady funkcjonują jako metonimia całości, jako zwinięta, zraniona i zaprzepaszczona całość. Całość bytów niecałkowitych. Jeżeli uznamy, iż bycie istoczy tylko jako skryte, to rana odrzucenia jest właściwą manifestacją bycia. O ile odpad, odrzut, resztka są wirtualnością całości, skrytą i istoczącą w tym skryciu niecałkowitą całością.

Filologia resztek będzie więc z koniecznością filologią rany. Resztki zawierają w sobie ranę, całość z kolei również jest raną po amputowanej części. Pomimo usilnego konsolidowania i maskowania swojej pustki, całość zawsze jest ułomna i przepuszczalna. Obiegi ekonomiczny, polityczny i ideologiczny nigdy nie są zamknięte pomimo swych buńczucznych deklaracji.

Odrzucenie okazuje się więc aktem podstępnym. Wikła on odrzuconego i odrzucającego w zawiłą relację, której nie sposób wyczerpać rozważaniom o całości i części. Odpad, odrzut, resztka są pomimo wszystko pojęciami dystrybutywnymi; problem natomiast, jaki się za ich sprawą wyłania, ma trochę inny charakter. Ideologie spójności chciałyby nie dostrzegać resztek albo zapomnieć o konstytutywnym dla wszelkiej jedności procesie odrzucającej konsolidacji. Jedność staje się sobą w wyniku wstrętu; to frenezja odrzucenia, traktująca odrzucany byt jako abiekt – a więc odbierająca mu wszelką określoność. Resztki są bezforemne, trwale oddalone od wszelkiej idealności, wieczyście poza pojęciem.

Wiersz Tadeusza Różewicza „Walka z aniołem” w bardzo dobitny sposób pokazuje bycie odrzuconego – odpadu, resztki, części przeklętej:

„Cień skrzydeł rósł

anioł zapiał zanucił

a jego wilgotne

nozdrza dotykały

moich oczu ust

walczyliśmy na ziemi

ubitej z gazet

na śmietniku gdzie

ślina krew i żółć

leżała wymieszana

z gnojem słów”

(Różewicz 1998: 10).

Nie będziemy się skupiać na trawestacji biblijnej opowieści, oczywistej dla każdego, kto jako tako obeznany jest z mitologią Zachodu. Skupimy się za to na semantycznych i przestrzennych wyznacznikach bycia resztkowego. Nowoczesny Jakub walczy z aniołem „na śmietniku”, „na ziemi ubitej z gazet”, przestrzeni „nigdzie”, znajdującej się poza granicami określającymi tożsamość i znaczenie. Walka ta z konieczności jest groteskowa. Nie ma tu miejsca na wzniosłość, zresztą poetyką Różewicza rządzi mechanika desublimacji. Walka z aniołem tam, gdzie „ślina krew i żółć/leżała wymieszana/z gnojem słów”, toczy się w przestrzeni horyzontalnej, niepodatnej na jakiekolwiek uwznioślenia; w tym przypadku ma ona osobliwie niereligijny charakter. Nie można powiedzieć, iż dokonuje się tutaj profanacja; w świecie ewokowanym przez rożewiczowski wiersz żadna profanacja dokonać się nie może, bowiem bycie zostało na zawsze wywłaszczone ze świętości. O ile oczywista zdaje się parodystyczna intencja rozbioru biblijnej opowieści, o tyle mniej widocznym sygnałem zdaje się być ukryte, polemiczne nawiązanie do pierwszej elegii duinejskiej Rainera Marii Rilkego. Wszak w pierwszej elegii czytamy:

„Któż, gdybym krzyknął, usłyszałby mnie z zastępów

anielskich? a gdyby nawet któryś z aniołów

przycisnął mnie nagle do serca: musiałbym umrzeć

od jego silniejszej istoty. Albowiem piękno jest tylko

przerażenia początkiem, który jeszcze znosimy

z takim podziwem, gdyż bezmiernie pogardza

naszym unicestwieniem. Straszliwy jest każdy anioł”

(Rilke 1964: 137).

Wertykalny ruch wezwania zostaje u Różewicza zastąpiony przez horyzontalność zmieszania i osobliwej symbiozy: wydzieliny anioła i walczącego podmiotu mieszają się „z gnojem słów”. Anioł nie jest straszny, jest raczej groteskowo obsceniczny; walka polega nie tyle na mierzeniu się bytu śmiertelnego z „silniejsza istotą”, ile na zmieszaniu i ohydnej osmozie anioła z podmiotem. Fakt, iż zmagania odbywają się na śmietniku, jeszcze wzmaga ruch desublimacji. Wertykalna wzniosłość, która u Rilkego ogarniała przestrzeń poetyckiego wezwania, u Różewicza zmienia się w obsceniczną mieszaninę organicznych płynów. U Rilkego mieliśmy do czynienia z patosem zstępowania, u autora „niepokoju” z zanurzeniem w profanicznej przestrzeni „śmietnika”. Horyzontalna przestrzeń śmietnika jest egzemplifikacją wyzucia z patosu – Różewicz opisuje stan zmieszania, kiedy anielsko-ludzkie części ciała trwają w zwarciu. Jeśli mowa tu jakimikolwiek zwycięstwie, będzie to wygrana zasady rozkładu.

Przyjrzyjmy się dalszej części wiersza Różewicza:

„cień skrzydeł rósł

a były to skrzydła

dwa

od ucha do ucha ogromne

różowe

po obu stronach głowy

wśród chmur

odchody nasze pokryły

boisko

zmógł mnie wreszcie

skrępował olśnił oślinił

słowem i gawędząc

optymistycznie

wstępował w niebo poezji

złapałem go za nogę

spadł na mój śmietnik

pod mur

tu jestem

istota człekokształtna

z wybitymi na światło

oczami”

(Różewicz 1998: 10-11).

Horyzontalna logika pierwszej strofy ulega wzmocnieniu: anioł „wstępujący w niebo poezji” zostaje przemocą zwrócony na dół, „pod mur”. Obcujemy tu z przestrzenią horyzontalną, wszelka merkantylność jawi się jako aberracja. Najbardziej znamienna jest jednak fraza kończąca utwór: „tu jestem/istota człekokształtna/z wybitymi na światło/oczami”. Ta „istota człekokształtna” to nawet nie człowiek, to coś mającego kształt człowieka – desublimacja idzie w parze z dehumanizacją. Ta „istota człekokształtna” to właściwy podmiot poezji Różewicza, poezji toczącej się „na śmietniku”. Jest to najdobitniejsza charakterystyka bycia resztkowego – bezkształtne monstrum o kształtach ludzkich, ale niezupełnie ludzkie, byt żyjący „na śmietniku” pośród odpadków. Odrzut, odpad, resztka to byt żyjący, a jednak osobliwie martwy, taki, wobec którego bezradne pozostają tradycyjne określenia. Truizmem będzie stwierdzenie, iż cała poezja Różewicza rozgrywa się na śmietniku – nawet na przestrzeni formy wiersza i w strefie leksykalnej mamy do czynienia ze ścieśnieniem i ogołoceniem, jakby efektem zstąpienia na „śmietnik/pod mur”. Byt resztkowy to byt nieludzki, aczkolwiek pozorujący uczestnictwo we wspólnocie ludzkiej jako jej odrzucony, ekstymny element. Śmietnik to właściwy horyzont nowoczesnej myśli – przestrzeń „pomiędzy”, odrzucna poza higieniczne i precyzyjne uformowane wspólnoty, zapomniana i zapoznana w procesie określającej puryfikacji. Jednocześnie jest to przestrzeń, z której może zostać zadane pytanie o to, co odrzucone, o i jego nie-miejsce w strefie preferującej czystość. Resztka nie tylko nawiązuje ukrytą więź ze wspólnotą, ale również może posłużyć do przypomnienia jej tego, co pochopnie, w akcie samozadowolenia, skazała na odrzucenie. Odrzucone nigdy nie znika – poniekąd jest trwalsze niż odrzucająca całość – jest narzędziem pamięci. Pamięci przeklętej.

Owa „istota człekokształtna” wiele ma wspólnego z wypracowaną przez Giorgia Agambena koncepcją „Jakiegokolwiek”: „Jakikolwiek to figura czystej pojedynczości. Jakakolwiek pojedynczość pozbawiona jest tożsamości, choć nie jest określona wedle pojęcia, nie jest jednak również całkowicie nieokreślona; określana jest raczej przez swą relację do pewnej idei, czyli zbioru swych możliwości. Posługując się terminologią Kanta, można rzec, iż poprzez tego rodzaju relację pojedynczość graniczy z wszelkimi możliwościami, uzyskując w ten sposób swoją omnimoda determinatio nie tylko za sprawą uczestniczenia w pewnym określonym pojęciu czy pewnej aktualnej własności (bycie czerwonym, bycie Włochem, bycie komunistą), lecz jedynie dzięki owemu graniczeniu. Należy ona zatem do pewnej całości, należenia tego nie można jednak przedstawić za pomocą jakiegoś realnego warunku: należenie, bycie-takim, jest w tym przypadku jedynie stosunkiem do pewnej pustej i nieokreślonej całości” (Agamben 2008: 73). Przynależność od pewnej „pustej i nieokreślonej całości” jest znamieniem tego, co odrzucone. Nie zrywa ono więzi ze zbiorem rzeczy, przedmiotów, ludzi, poza który ją wykluczono – jednak ta przekreślona przynależność jest tylko znakiem jej możliwości, której jednakowoż nie pozwala się ona określić.

Resztka jest niezbawialna, nie pozwala się złożyć w ofierze, nie pozwala się określić, nazwać, wciągnąć na listę bytów, którym przysługuje imię. Akt nazwania resztki zdaje się czynnością na wskroś wywrotową; wszak nieznana jest owa „pusta całość”, do której resztka jako tako należy. Można by rzec, że resztka, odpad, odrzut w sposób negatywny przekazują ową wspólnotę, w której nie będzie dominował już podział na to, co swoje i obce, na to, co brudne i czyste. Byłaby więc resztka byciem adwentystycznym – wiecznie w drodze, wiecznie na granicy zrozumienia.

LITERATURA:

Agamben G.: „Wspólnota, która nadchodzi”. Przeł. S. Królak. Warszawa 2008.

Rilke R.M.: „Wybór poezji”. Przeł. M. Jastrun. Kraków 1964.

Różewicz T.: „Na powierzchni poematu i w środku”. Warszawa 1998.
Zdjęcie: pixabay.