ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 września 18 (450) / 2022

Przemysław Piwowarczyk,

DZIKIE JEST PIĘKNE (ŁUKASZ ŁUCZAJ: 'DZIKI OGRÓD')

A A A
Chyba każdy ma od czasu do czasu ochotę zostawić za sobą zgiełk miasta lub wioski (bo i te bywają zgiełkliwe) i zaszyć się w prawdziwej głuszy, w dzikich ostępach poczuć tętno pierwotnej puszczy (na początek można z dziczą się zapoznać choćby i za pośrednictwem serialu Bożeny i Jana Walencików pod takim właśnie tytułem). A jeśli uciekać w dzicz, to najbliżej chyba do Białowieży (już można) albo w Bieszczady (jak wszyscy). Albo chociaż do najbliższego lasu. Tymczasem dzicz już tutaj jest, a przynajmniej może się stać. Rękami ludzkimi uczyniona – dzicz zaplanowana od podstaw i w swej dzikości pielęgnowana. Jest to paradoks, na którym zasadza się cała idea najnowszej książki Łukasza Łuczaja. Zresztą zawiera się on już w samym tytule. Dziki ogród to bowiem oksymoron. Ogród jako taki może być co najwyżej zdziczały (rzecz niepożądana). Dzikość kojarzy się nam z brakiem ludzkiej ingerencji, z miejscem nietkniętym ludzką stopą i ludzką ręką. Ogród zaś, jako przyroda ujarzmiona i ukształtowana, jest przeciwieństwem dziczy. W dzisiejszym świecie żądanie takiej dziczy to jednak wołanie na puszczy (nawet jeśli jest to Puszcza Białowieska).

Zresztą człowiek prawdziwą dzicz źle znosi. Jest wszak istotą z natury ogrodową. Nie przypadkiem Bóg umieścił pierwszą ludzką parę w ogrodzie w Eden „na wschodzie”; w ogrodzie, który sam boską ręką zasadził. W Biblii greckiej rajski ogród to paradeisos, zapożyczenie z perskiego pairidaēza, gdzie słowo to oznaczało właśnie ogrodzony i urządzony teren pełen roślin i zwierząt na potrzeby królewskich spacerów czy polowań. Przez długie tysiąclecia, kiedy przestrzeń zamieszkała przez ludzi była jedynie wyspą w prawdziwie dzikiej dziczy, człowiek nie czuł potrzeby wprowadzania dzikości w obręb swego świata. Klasztorne wirydarze średniowiecza czy dworskie ogrody renesansu i baroku manifestowały tryumf kultury nad naturą. Rośliny krępowano geometrią i często uciekano się do nożyc. Dopiero kiedy w Anglii epoki rewolucji przemysłowej prawdziwie dzika dzicz została unicestwiona niemal doszczętnie, pojawiła się potrzeba dziczy pozornej, zaplanowanej z myślą o sprawianiu wrażenia dzikości. Tę koncepcję ogrodu nazywamy ogrodem angielskim i jest to chyba ogród, w którym większość ludzi czuje się najlepiej.

Łuczaj nie napisał co prawda książki o projektowaniu ogrodów angielskich (choć angielskie wzorce ogrodowe są mu bliskie i nieraz z uznaniem je wspomina), próbuje jednak na swój sposób rozwiązać dylemat dziczy i ogrodu. Przyznaje, że dla dzikiego ogrodu może istnieć taki modus operandi, w którym nie podejmujemy żadnej interwencji, pozwalając, aby przyroda działała samorzutnie – nie wydaje się jednak, aby było to rozwiązanie przez niego preferowane. Zresztą pierwotna puszcza na kilku arach jest trudna do uzyskania, a efekt i tak można osiągnąć dopiero po stuleciach lub nawet tysiącleciach. W perspektywie jednostkowego żywota może się to okazać nieco frustrujące.

Zdecydowana większość książki poświęcona jest ogrodom, które wymagają pewnych starań, ale ludzka interwencja ma mieć charakter raczej katalityczny, umożliwiający pełną realizację potencjału przyrodniczego właściwego danemu stanowisku. Podstawowe założenie Łuczajowej propozycji to bowiem akceptacja wyjściowego „tu i teraz”. Na ten stan wyjściowy składają się klimat, gleba i lokalna szata roślinna. To właśnie rośliny najbliższej okolicy, ewentualnie szerzej, rośliny krajowe, powinny dziki ogród zamieszkiwać. Nie jest Łuczaj hunwejbinem swojskości, dopuszcza eksperymentowanie z roślinami obcymi, zwłaszcza z krajów sąsiednich, jednoznacznie przestrzega jednak przed zagrożeniem gatunkami inwazyjnymi.

Pozwolę sobie na dygresję opartą na ostrzeżeniach autora. Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, jak gwałtownie okoliczny krajobraz jest zawłaszczany przez kilka gatunków agresywnych roślin z innych stron świata. Mamy wrzesień, więc wszędzie wokół kołyszą się żółte wiechcie nawłoci kanadyjskiej, gdzieniegdzie całe żółte łany. Już do niej przywykliśmy. Przywykamy też do wysokich i zwartych gąszczy rdestowców. W centrum Katowic te rośliny z Dalekiego Wschodu zajmują puste place, rumowiska i przydrożne skarpy, od kilku lat niezwykle gwałtownie podbijają Park Kościuszki. Właściwie zdominowały już podszyt zalesionych części parku (bronią się tylko laski bukowe), teraz coraz śmielej zarastają parkowe łąki. Dzieje się to na naszych oczach, ale mało kto zdaje się zauważać te nagłe przemiany w najbliższym otoczeniu. Świadczy to zresztą o naszej ślepocie na zróżnicowanie tego, co zielone wokół nas. Łuczaj mówi: „Bądź czujny!”, „Uważaj, kogo zapraszasz do ogrodu” – zwłaszcza dzikiego. Mówi też (i pokazuje) bogactwo tego zielonego wokół. Nawet jeśli nie zakładasz ogrodu, możesz cieszyć się ogrodem przy miejskim krawężniku – za narzędzie uprawy wystarczy tu wprawne oko zaopatrzone w wiedzę (i na przykład książkę Łuczaja).

„Dziki ogród” to rzecz z pogranicza eseistyki i poradnika. Osoba autora jest bardzo widoczna tak w tekstach, jak na zdjęciach. Wiedza zawarta w książce zdecydowania nie zostaje odpersonalizowana. Wprost przeciwnie – jest ona z personą Łuczaja zrośnięta i wyrasta z doświadczeń własnego ogrodu jak owocniki mikoryzowych grzybów spomiędzy korzeni dębu (zob. s. 112). Zresztą pierwsza część „Dzikiego ogrodu” zawiera partie autobiograficzne. Autor wskazuje na osoby i miejsca, które ukształtowały jego przekonania i praktyki ogrodowe. Jest to partia bardzo ważna dla zrozumienia całości książki. Wiedza zdepersonalizowana w humanistyce nie istnieje, a ukrywanie się autorów za obiektywizującą narracją jest konwencją zwodniczą, a nawet oszukańczą. Łukasz Łuczaj się nie ukrywa. Wspomniałem o humanistyce, mimo że książkę Łuczaja ktoś widziałby może bardziej w obszarze botaniki albo agronomiki. Oczywiście czerpie ona z tych dziedzin, ale rozumiem ją przede wszystkim jako głęboko humanistyczną apologię. Łuczaj wierzy, że wiedza zbawia; daje nam więc wiedzę, abyśmy mieli narzędzia do osiągnięcia rajskiego (dzikiego) ogrodu.

Taki ogród jest oczywiście również arką: „Natura ginie w oparach oprysków herbicydami, zalana asfaltem i betonem, zadeptywana przez miliardy ludzi” (s. 9) – diagnoza stanu świata dokonana przez Łuczaja okazuje się pesymistyczna. Arka, jak wiadomo, ma pomieścić tyle gatunków, ile tylko się da – autor widzi dziki ogród również w takiej roli. Jeśli mamy dość duży teren i postaramy się odwzorować lokalne siedliska, to bez problemu taka ogrodowa arka pomieści kilkaset miejscowych gatunków roślin (zob. s. 39-40). Aby ogród uczynić tak bogatym, musimy wygospodarować w nim miejsce na las, łąkę, pastwisko i staw – nie jest więc to rzecz dla każdego. Ale i niewielki ogródek ze 100 czy 200 gatunków pomieści.

W dzikim ogrodzie mogą znaleźć miejsce rośliny rugowane i ginące niepostrzeżenie, jak rośliny przypłoci: „Obecnie większą część ogrodu stanowi wymuskany trawnik, a pośród niego wyrastają tuje i inne iglaki (…). Dawniej było inaczej. Nie używano kosiarki. Często tern wokół domu wygryzały krowy czy owce. Po podwórzu wałęsały się zwierzęta” (s. 253). Trawnik i tuja to dla Łuczaja emblematy ogrodu zdegenerowanego, wydartego naturze. Proponuje, by zaprosić do siebie pokrzywy, jasnoty, łopiany i glistnik jaskółcze ziele – i wiele innych. „Za największy kunszt sztuki ogrodowej uważam utrzymanie tego rodzaju zbiorowisk, tak żeby były różnorodne, ale oczywiście nie zarosły całego ogrodu. Trzeba imitować to, co się z nimi działo w przeszłości: czasem coś zadeptać, podkosić, wyrwać” (s. 255) – znów wyraźnie widać, że ogród dziki to synergia przyrody i człowieka. Innym typem zbiorowiska roślinnego, które kształtuje człowiek, jest łąka kwietna. Autor poświęca jej wiele miejsca. Prawdopodobnie dlatego, że sam takie łąki zakłada. Jest też gorącym propagatorem wprowadzania łąk kwietnych do zieleni miejskiej.

Duch popularyzatorski przepaja książkę. Łuczaj próbuje ewidentnie uzupełnić braki, które w edukacji pozostawia szkoła. Sam zresztą jest zadeklarowanym przeciwnikiem polskiego modelu edukacji szkolnej. Pisał o niej w książce „W dziką stronę”: „Chyba największe zaległości są w szkole. Szkoła, która kilka godzin dziennie wtłacza dzieciom nienaturalne liczby i nienaturalne wiadomości. Pedagodzy powinni zamiast tego obowiązkowo zabierać dzieci do lasu (…)” (Łuczaj 2010: 141). Widzę w „Dzikim ogrodzie” potencjalną pomoc dla nauczycieli. Książka może świetnie przysłużyć się przy zakładaniu choćby szkolnych ogródków.

Publikacja jest przepięknie ilustrowana wysokiej jakości zdjęciami. Miejscami ma wręcz albumowy charakter. Fotografie zostały dobrane w sposób przemyślany. Znaczna część ma może wręcz służyć jako materiał edukacyjny. Ukazują omawiane rośliny albo różnice pomiędzy podobnymi gatunkami. Nawet jeśli ktoś nie planuje zakładania dzikiego ogrodu, a jedynie interesuje się krajową florą, to książka jest jak najbardziej dla niego.

LITERATURA:

Łuczaj Ł.: „W dziką stronę”. Krosno 2010.
Łukasz Łuczaj: „Dziki ogród. Wydawnictwo Nasza Księgarnia. Warszawa 2022.