Wydanie bieżące

15 października 20 (92) / 2007

Maciej Malicki,

BAJKI (1)

A A A
I
[Warszawa. Dworzec Śródmieście.
Pięć minut]



– Poproszę o bilet do Świdra. Senior.
– Proponuję tańszy. Wycieczkowy. Kosztuje dwa pięćdziesiąt – mówi uśmiechnięta kasjerka.
– Świetnie. Biorę. Dziękuję.

Odchodzę od kasy. Mam dwadzieścia minut do odjazdu pociągu. Postanawiam wyjść na górę i wypalić spokojnego papierosa. W ostatniej chwili przypominam sobie, że zostawiłem zapalniczkę na stole, w barze, z którego przyjechałem na dworzec. Podchodzę do kiosku, tuż obok kas.

– Poproszę zapalniczkę.

Pani podaje niebieską. Przedtem sprawdza, czy działa. Działa.

– Ile płacę?
– Dwa złote.

Sięgam do prawej kieszeni spodni, gdzie zawsze mam garść drobnych monet. [To dobre miejsce na drobne]. Liczę. Jeden złoty osiemdziesiąt cztery grosze.

– Muszę rozmienić – mówię i sięgam do prawej tylnej kieszeni spodni, gdzie czasami noszę portfel. [To niebezpieczne i ryzykowne miejsce na portfel, wiem, ale lubię].
– A ile pan ma drobnych? – pyta pani.
– Złoty osiemdziesiąt cztery.
– Dobrze. Wystarczy.
– Dziękuję.

Mówię, i po chwili wchodzę na schody prowadzące na zewnątrz. Na górę. „Zaoszczędziłem pięćdziesiąt jeden groszy” – myślę. Przed drzwiami, na betonowym murku siedzi Cyganka [Rumunka?] z małym dzieckiem. Podchodzę do nich, sięgam po portfel i wkładam najmniejszy banknot do metalowej puszki stojącej przy stopach kobiety z dzieckiem na kolanach.



II
REMONT



Siedzimy z OB na kanapie. Wieczór. Cicho radio. Otwarte okno. Pod nim przechodnie. Mieszkańcy bloku. Do naszych uszu dociera strzęp męskiej rozmowy.

– Banaszkowie już wykończyli.

OB spogląda na mnie porozumiewawczo. Oddaję spojrzenie.

– O tych z sąsiedniej klatki, z parteru. Odnawiają mieszkanie. Odnawiali – szepcze.
– Tak. Wczoraj opijali. Pamiętasz?
– Tak. Siedzieli w oknie i unosili kieliszki. Żeby farba nie odpadła. Stary i młodszy. Widzieliśmy z chodnika.
– Tak.

Następnego dnia rozmawiam w Instytucie z panią Ewą. Sprzątaczką. Ona myje okno, ja siedzę na krześle i palę papierosa.

– Panie Maćku, gdzie pan mieszka?
– Na Żwirki i Wigury.
– Miałam koleżankę. Pod czterdziestym czwartym. Przedostatnia klatka. Parter. Banaszkowa.
– Mieszkam pod czterdziestym czwartym. W ostatniej klatce. Też na parterze.
– O! Ale już tam nie chodzę. Umarła. Miała syna. Mąż się pewnie zapił. Nie wiem. Nie chodzę.

„No proszę. Nie zapił się. Odnowił. Z synem” – myślę.



III
[Mikołów. Pasaż]



Szedłem w dół pasażem. W prawej dłoni ściskałem książeczkę. Dostałem ją kilka minut wcześniej od autora. Współautora. „Berlin za darmo”. Kieszonkowe maleństwo – osiemdziesiąt jeden stron [ze słowniczkiem]. W pewnej chwili książka wypadła mi z dłoni i płasko pacnęła o chodnik. Nie zdążyłem się schylić. Ubiegła mnie szczupła blondynka. Była w różowej bardzo obcisłej i bardzo krótkiej bluzce, minimalnej spódniczce i białych skórzanych butach do kolan. Bardzo opalona. Szczupła i wysoka. Towarzyszył jej łysy, duży, młody mężczyzna w dresie. Na dłoniach i szyi dyndały mu złote łańcuchy. Dziewczyna schyliła się błyskawicznie, podniosła książkę i podała mi ją z uśmiechem.

– Boże, przepraszam, dziękuję – powiedziałem.
- Ach, drobiazg, bardzo się cieszę, że mogłam panu pomóc – odpowiedziała z jeszcze szerszym uśmiechem.

Odniosłem wrażenie, że jej towarzysz przyglądał się scenie z aprobatą. Ba – dumą.



IV
[Mikołów. Górnicza]


Pewnej nad wyraz upalnej, czerwcowej nocy, myślę, że mogła być druga, no, najpóźniej trzecia, położyliśmy się z OB na chodniku ulicy Górniczej, nieopodal jej domu. Betonowe płyty były przyjemnie chłodne. Leżeliśmy obok siebie, na plecach. Rozmawialiśmy. Dosłownie po kilku minutach zatrzymał się tuż przy nas policyjny radiowóz. Uchyliła się szyba od strony pasażera. Młody, bardzo krótko ostrzyżony policjant w niebieskiej koszuli przyjrzał nam się uważnie.

– Idźcie stąd. Połóżcie się gdzie indziej, bo zaraz ludzie zaczną dzwonić, że na chodniku przy Górniczej leżą dwa ciała – powiedział zmęczonym głosem, zasunął szybę i radiowóz odjechał cicho w dół, w stronę parku.



V
[Pytanie i odpowiedź]



Wstałem dosyć późno, bo się późno położyłem spać. O drugiej? Trzeciej? Jakoś tak. Jak zwykle pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było włączenie radia. Nie, po prostu zrobiłem głośniej, bo radio mam włączone cały czas. [Od zawsze słucham tylko jednego programu]. Zaparzyłem herbatę, przygotowałem górne pół bułki – masło, plaster żółtego sera. Wypiłem, zjadłem. W radiu reporter rozmawiał z dwoma kobietami, od lat stałymi słuchaczkami tego programu. Był w Toruniu, odwiedził je śniadaniowo w domu. Gadu, gadu. W pewnej chwili zapytał, czy w Toruniu jest ulica Bracka. [Nie wiem czemu – nie słuchałem od początku]. Kobiety nie wiedziały, czy jest taka ulica. Poszedłem do łazienki, prysznic, ubrałem się, przygotowałem pranie. Musiałem zanieść je do OB, bo moja pralka się zepsuła. Zajęło mi to wszystko, powiedzmy, pół godziny. No, ciut więcej. Wyszedłem z domu z dużą, dosyć ciężką torbą. Dziesięć, czternaście minut wolnym krokiem. Z górki ulicą Żwirki i Wigury do Górniczej. OB czekała z dopiero co zaparzoną kawą. [Tak się poprzedniego dnia umówiliśmy]. Po kilku minutach usiedliśmy przy kuchennym stole. [Wcześniej uruchomiłem pralkę]. Ze stojącego na regale radia usłyszałem zdanie: „sprawdziliśmy, w Toruniu nie ma ulicy Brackiej”.