Wydanie bieżące

15 października 20 (92) / 2007

Grzegorz Mucha,

SYLVIAN W BERLINIE

A A A
Mam swoje wąskie grono muzyków, zainteresowanie którymi wykracza poza zwykłą ciekawość. Na ogół interesujemy się czyjąś twórczością, bo odpowiada nam styl, podejście do dźwięku, itp. Ale zdarza się, że szukamy czegoś więcej, czegoś co nierzadko wykracza poza muzykę.

Na mojej prywatnej liście artystów, których twórczość ma w sobie rodzaj wartości dodanej, znajduje się David Sylvian. Dlatego co jakiś czas zaglądam na jego stronę internetową, aby zaznajomić się z aktualnymi poczynaniami muzyka. Kiedy tylko zauważyłem, opublikowany tamże spis miast, w których wkrótce odbędą się koncerty, wiedziałem że w jednym z nich odbędzie się moje intymne święto. Wybór padł oczywiście na Londyn, wszak to tam angielscy muzycy czują się najlepiej. Ale w związku ze zbyt szybkim wyprzedaniem biletów na tamtejszy koncert (mimo sporej sali Royal Festiwal Hall), ostatecznie wybrałem się do Berlina. Od dawna oczekiwana trasa koncertowa artysty rozpoczęła się siódmego września w Sztokholmie, a zakończy trzydziestego października w Osace. Już w czasie jej trwania lista miast goszczących muzyka poszerzyła się o Skopje, Zagrzeb, Belgrad i Moskwę.

Sylvian jest muzykiem czerpiącym inspirację z poezji, prozy, filozofii, filmu i sztuk plastycznych. Dzięki temu, szczęśliwie dla niego, nie sposób go zaszufladkować. Tym samym jego muzyka także nie podlega łatwym klasyfikacjom. Dlatego trudno się było domyślić, jakie będą zapowiadane koncerty. Ostatnie wydawnictwa artysty nie były jednoznacznymi wskazówkami. Wydana niedawno płyta „Naoshima”, zawierająca jedną długą kompozycję, jest muzyczną ilustracją do wystawy „Naoshima Standard 2”, która miała miejsce od października ubiegłego roku do kwietnia roku bieżącego na japońskiej wyspie, której nazwa dała tytuł płycie. Została zamówiona przez Naoshima Fukutake Art Museum Foundation. Poprzedni, sygnowany jego nazwiskiem, album „Blemish”, zawierał muzykę będącą – zgodnie z określeniem twórcy – improwizacją i wynikiem automatycznego (czytaj: intuicyjnego) pisania. Wprawdzie wydana później płyta „Snow Borne Sorrow” zawierała piosenki, ale ukazała się pod szyldem Nine Horses, gdyż efekt końcowy był wynikiem współpracy Sylviana z twórcą rytmicznej muzyki elektronicznej Burnt’em Friedman’em i wieloletnim „kolaborantem”, a zarazem bratem muzyka – Steve’m Jansen’em.

A jednak koncert berliński, który miał miejsce w okazałej Sali Teatru Schillera, był przede wszystkim zestawem piosenek. Muzyka płynąca ze sceny swój środek ciężkości miała w głosie Sylviana, któremu towarzyszyły dźwięki fortepianu, gitary, saksofonu, kontrabasu, perkusji, i oczywiście dźwięki elektroniczne. W przypadku tego artysty termin piosenka nie jest zbyt precyzyjny, ale to właśnie kompozycje z głosem zdominowały wieczór. Były te starsze, takie jak: “Before The Bullfight”, nowe: “World Citizen”, i najnowsze: “Sleepwalkers; The Word is Everything”. Od tytułu tej ostatniej wzięła swą nazwę trasa koncertowa.

Koncert ulubionego wykonawcy to dla słuchacza rodzaj ciężkiej przeprawy. Radości zawsze towarzyszy rodzaj drżenia. Pojawia się skrywane pytanie: czy zdoła poruszyć tę wewnętrzną strunę, która drga podczas słuchania muzyki w domowym zaciszu? Przecież na żywo, tak wiele może się wydarzyć. Wystarczy, że niedysponowany będzie jeden z muzyków, a lider też może nie mieć „swojego dnia”. Do tego dochodzą, nie zawsze korzystne, akustyczne właściwości sali, jak i różne stany skupienia słuchaczy. Tym razem wszystkie powyższe elementy złożyły się w całość, której efektem był udany muzyczny wieczór. Steve Jansen, Keth Lowe, Takuma Watanabe oraz dokooptowany saksofonista umożliwili liderowi swobodną wypowiedź. Słuchacze, bardzo zresztą różni, swym oddaniem niemal, także pomogli artyście w zatopieniu się w muzyce. Sylvian sprawiał wrażenie niezwykle skromnego człowieka, który wyszedł na scenę, aby podzielić się swoimi, popartymi słowem, muzycznymi refleksjami. Jego, nieco manieryczny, rozwibrowany śpiew, początkowo niepewny, z utworu na utwór zyskiwał na pewności i mocy. Obrany skład instrumentalny sprawił, że starsze kompozycje nabrały nowego kształtu. Wiąże się z tym jedyna wada owego występu. Otóż większość utworów dzięki zmienionym aranżom upodobniła się do siebie brzmieniowo, co przy sylvianowskiej stylistyce spowodowało ujednolicenie całego koncertu. Ale była w tym też i siła. Sylvian pojawił się na scenie, aby otworzyć furtkę, dzięki której w ów niepowtarzalny wieczór można było wejść w wewnętrzny świat artysty. Był to rodzaj mentalnego przekroczenia usypanej przez Sylviana mandali. Zgromadzeni słuchacze śmiało wkroczyli w prywatną strefę, aby po dwóch bisach, ostrożnie wyjść z powrotem na rześkie berlińskie powietrze.
David Sylvian „The World is Everything”. Berlin, Teatr Schillera. 6 października 2007.