Wydanie bieżące

15 października 20 (92) / 2007

Magdalena Kempna-Pieniążek,

OD STAREJ PANNY DO BOHATERKI ROMANSU

A A A
„Nikt, kto kiedykolwiek widział Katarzynę Morland w czasach jej dzieciństwa, nie mógłby przypuszczać, że urodziła się, by być heroiną” – pisze Jane Austen w pierwszym rozdziale swojej powieści „Opactwo Northanger”. To samo zdanie, lekko przeformułowane, można byłoby odnieść do jego autorki: „Nikt, kto poznał choć w minimalnym stopniu biografię Jane Austen, nie mógłby przypuszczać, że była heroiną”. Albo – ujmując rzecz bardziej współcześnie – bohaterką melodramatu. A jednak! Na co nie poważy się żaden rzetelny biograf, na to z pewnością porwie się, przy odpowiedniej motywacji, twórca filmowy. Efekt możemy oglądać na ekranach naszych kin, a nosi on tytuł „Zakochana Jane”.

Licencia poetica?

Polscy dystrybutorzy nie grzeszą zbytnią kreatywnością. Wynika to chociażby z analizy polskich tytułów zachodnich filmów goszczących na naszych ekranach. Nieprzyzwyczajony do praktyk dystrybutorów widz mógłby dojść do wniosku, że dzieła takie jak „Zakochany Szekspir” („Shakespeare in Love”), „Zakochany Molier” (w wersji francuskiej: „Molière”) oraz „Zakochana Jane” (po angielsku: „Becoming Jane”) są kolejnymi częściami trylogii nakręconej przez szczególnie zamiłowanego w literaturze reżysera. Przekonanie, że obdarzenie filmu tytułem kojarzącym się z innym, dobrze znanym dziełem przysporzy mu popularności, nie jest oczywiście bezpodstawne, niemniej jednak może irytować. Jedno jednak trzeba polskim dystrybutorom przyznać: wymienione wyżej filmy łączy wiele, nie tylko fakt, iż opowiadają one o losach słynnych europejskich pisarzy.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci w literaturoznawstwie utrwaliło się przekonanie, że każda historia – nieważne czy państwa, rodu, wsi, jednostki, szaleństwa czy piwa – nie jest obiektywnie istniejącym zbiorem faktów, lecz stanowi gmatwaninę materiałów, źródeł, subiektywnych wypowiedzeń, dopowiedzeń i komentarzy, które w dziele historyka (o określonych kompetencjach kulturowych) ulegają unarracyjnieniu, czyli zamieniają się w opowieść. A jak wiadomo, każda opowieść zawiera w sobie element fikcji czy zniekształcenia. Innymi słowy, do prawdy o przeszłości nie sposób dociec, ponieważ zawsze będzie ona przefiltrowana przez czyjąś wyobraźnię, system wartości i ideologię. Takie podejście – choć oczywiście przybliżam je tutaj w sporym uogólnieniu – nakazuje zachować większą pobłażliwość wobec niedoskonałości tekstów kultury traktujących o przeszłości, wszak nawet najlepsza historyczna dysertacja nie zbliża nas do tego, jak żyli, czuli i myśleli ludzie w poprzednich stuleciach. Czym innym jednak jest sprawa nad- lub niedointerpretacji pewnych stwierdzonych naukowo faktów, a czym innym konstruowanie „faktów fikcyjnych”.

Film biograficzny stanowi, w moim mniemaniu, dziedzinę kinematografii, która powinna w jakiś sposób szanować historyczne fakty, nawet jeśli nie odzwierciedla ich w pełni. Oczywiście, pewna dezynwoltura jest dozwolona, a nawet wskazana. W sposób błyskotliwy posłużył się nią Laurent Tirard, snując opowieść o losach Moliera, którego życiorys nie został do tej pory dokładnie poznany przez historyków literatury. W biografii twórcy „Świętoszka” istnieje około dwuletnia luka. To, co dramatopisarz w tym czasie robił, pozostaje tajemnicą. Tirard na swój sposób postanowił zapełnić puste karty życiorysu Moliera. Posłużył się przy tym motywem dobrze filmowcom znanym (wzorem mógł tu być rzeczywiście „Zakochany Szekspir”) – oto młody dramatopisarz, wykupiony z więzienia przez arystokratę, pana Jourdaina (Fabrice Luchini), trafia na jego dwór, zostaje wplątany w jego (a także jego córki) intrygi miłosne, w konsekwencji zaś poznaje pierwowzory wielu z postaci swoich późniejszych sztuk. Sprawnie zrealizowany, dobrze zagrany film łączy najlepsze cechy komedii i melodramatu, nie żywiąc przy tym ambicji biograficznych. Tirard traktuje Moliera (Romain Duris) jako swego rodzaju model artysty, który czerpiąc z życia i własnych doświadczeń, stara się przekazać w swoich dziełach prawdę o naturze ludzkiej. Kilkakrotnie przywoływany w filmie osobisty dylemat pisarza (autentyczny zresztą), który przez całe życie chciał być autorem i aktorem tragedii, do czego nie posiadał predyspozycji, staje się wyznacznikiem pewnej ogólnej tezy, niezbyt odkrywczej, ale jakże prawdziwej: czasem dramat staje się bardziej wiarygodny, jeżeli przedstawi się go w konwencji subtelnej komedii. Licencia poetica – wartość określająca swobodę twórcy w podejściu do reguł, zasad, faktów – nie przekracza w wydaniu Tirarda swych granic, z zasady bowiem opowiedziane przez niego wydarzenia są fikcyjne. Twórcy „Zakochanej Jane” najwyraźniej pojęcia licencia poetica nie znają.

„Stając się Jane”

Warto zaznaczyć od razu: film Juliana Jarrolda powinien się spodobać większości odbiorców, a raczej „odbiorczyń”, jako że jest to – podobnie zresztą jak większość adaptacji powieści Austen – dzieło nakręcone przez mężczyzn dla kobiet. Jest tutaj wszystko to, co zdobi każdy porządny kostiumowy melodramat: namiętne uczucie znajdujące na swej drodze przeszkody, piękni bohaterowie, urokliwe krajobrazy, wdzięczna muzyka, szczypta subtelnego humoru, ładne zdjęcia i melancholijno-nostalgiczny nastrój. Jako produkt filmowego rzemiosła (bo o artyzmie wysokich ani nawet średnich lotów nie można tu mówić) „Zakochana Jane” spełnia z pewnością swoją funkcję: wzrusza, bawi, sprawia przyjemność.

Podstawowy problem polega w tym wypadku na odniesieniu do rzeczywistości. W odróżnieniu bowiem od Laurenta Tirarda, Julian Jarrold opowiada o wydarzeniach, które bardzo łatwo zweryfikować, przypisując przy tym swojemu filmowi – do czego nie doszło w wypadku „Zakochanego Szekspira” – aspiracje biograficzne. Ci, którzy znają nawet dość pobieżnie życiorys Jane Austen, będą musieli uznać, że fabuła dzieła niewiele ma wspólnego z rzeczywistym życiem pisarki. Tom Lefroy (w filmie w jego rolę wciela się James McAvoy), który wedle intencji autorów scenariusza miał być wielką i niespełnioną miłością Austen (w tej roli niezbyt przekonywująca Anne Hathaway), rzeczywiście był jej znany, ale łączące go z nią więzy były znacznie słabsze – sądząc z listów pisanych przez autorkę „Dumy i uprzedzenia” do siostry, nie wykraczały poza ramy luźnego flirtu. Pisarka otrzymała również propozycję małżeństwa od zamożnego szlachcica, jednak stało się to w dobrych kilka lat po krótkiej przygodzie z Lefroyem. Autorka „Rozważnej i romantycznej” w pierwszej chwili oświadczyny przyjęła, jednakże dzień później zmieniła zdanie. Jej rozstanie z jednodniowym narzeczonym nie miało nic wspólnego z próbą ucieczki z prawdziwym ukochanym (co w tamtych czasach było ogromnym skandalem – najlepszym przykładem na to „Duma i uprzedzenie”). Co więcej, Austen nie była w Londynie w czasie, w którym toczą się wydarzenia opowiedziane w filmie. Nie spotkała – jak chcieli tego twórcy filmu – słynnej Ann Radcliffe. Niemal całe swoje krótkie życie (nie licząc pobytu w Southampton i Bath) spędziła na angielskiej prowincji. Zupełnie nieprawdopodobne są także wydarzenia ukazane w zakończeniu filmu – ponieważ publikowała swe powieści anonimowo i były one przeznaczone dla raczej wąskiego grona czytelników, pisarka nie zdobyła za swego życia sławy i rozgłosu, nie stała się literacką gwiazdą swej epoki. To, co wiemy o Jane Austen, pozwala wysnuć wniosek z pewnością przerażający dla filmowców pragnących nakręcić biografię, która przypadłaby do gustu milionom widzów na całym świecie. Pisarka wiodła bowiem żywot niezwykle monotonny, charakterystyczny dla ubogiej panny wywodzącej się ze średniej szlachty. Monotonny, a przez to bardzo niefilmowy.

„Zakochana Jane” jest przykładem najbardziej bezmyślnego i niepotrzebnego zniekształcania faktów na potrzeby komercyjnego przemysłu filmowego. Przy oburzających „nieścisłościach”, jakich dopuścili się twórcy filmu względem biografii autorki, bledną zarzuty, jakie można byłoby wysunąć względem „kolorytu lokalnego” zaprezentowanego w dziele. Trudno jest bowiem uwierzyć, by dziewczęta z dobrych domów oglądały walkę bokserską lub były akceptowane w wyższych sferach po tym, jak próbowały uciec ze swym ukochanym i – co gorsza – wróciły z tej podróży niezamężne. W tym kontekście rzeczywiście trafny wydaje się angielski tytuł filmu – „Becoming Jane”. Obserwować bowiem możemy na ekranie to, w jaki sposób z odprysków rzeczywistości kreuje się postać całkowicie odmienną od tej, która mogła istnieć naprawdę. Stateczna panna Jane Austen staje się nagle Jane – heroiną rodem z romansu.

Literatura i życie

Jane Austen wsławiła się między innymi tym, że jako pierwsza w literaturze angielskiej w sposób niezwykle wierny, ale i niepozbawiony dystansu i ironii, sportretowała na kartach swych powieści średnią szlachtę brytyjską. Nie ulega wątpliwości, że autorka pisała o środowisku bardzo dobrze jej znanym, opierając się na własnych obserwacjach. Wśród rozmaitych opinii pojawiła się także i ta, jakoby Tom Lefroy miał być jednym z możliwych pierwowzorów pana Darcy’ego, bohatera „Dumy i uprzedzenia”. Nie wydaje się jednak, aby rzeczywistość w aż tak dosłowny sposób wpłynęła na kształt najsłynniejszej powieści Austen, jak chcą tego twórcy filmu.

Podobnie jak „Zakochany Molier” oraz – częściowo – „Zakochany Szekspir” film Jarrolda opowiada o tym, jak to młoda osobowość twórcza napotyka na swej drodze pierwowzory postaci ze swych przyszłych książek. W tym wypadku chodzi głównie o „Dumę i uprzedzenie”. Uważni czytelnicy powieści autorki bez trudu odnajdą w warstwie dialogowej filmu bezpośrednie cytaty z najsłynniejszej jej książki. Również część postaci przypomina bohaterów „Dumy i uprzedzenia”: Cassandra (Anna Maxwell Martin), siostra Austen, ma łagodność i wyrozumiałość Jane Bennet, Lady Gresham (Maggie Smith) to niejako odpowiednik Lady Katarzyny de Bourgh, a trzpiotowata Lucy Lefroy (Jessica Ashworth) przypomina Lydię Bennet. Z powieści autorki zapożyczone zostały też niektóre sytuacje, np. niefortunne oświadczyny młodego wikarego (kolejna rozbieżność z życiorysem Austen: nic nie wiadomo o tym, by autorka kiedykolwiek otrzymała podobną propozycję małżeństwa). Zamiar twórców jest aż nazbyt oczywisty: próbują oni „przeczytać” życie pisarki przez pryzmat jej najsłynniejszej powieści, naginając w sposób niemożliwy do wytłumaczenia fakty. Stawiają trudną do udowodnienia (chociaż z pewnością nie o udowadnianie czegokolwiek im chodzi) tezę, jakoby powieściopisarstwo Austen miało przede wszystkim pełnić funkcję kompensacyjną: nieszczęśliwe w rzeczywistym życiu Jane i Cassandra, przeniesione na karty powieści jako Elizabeth i Jane Bennet, uzyskują wszystko to, o czym mogłyby marzyć. Co gorsza, film jest pozbawiony tak charakterystycznego dla prozy Austen zmysłu ironii. Zamiast tego ostatniego pojawia się patos, co tylko potwierdza tezę, że twórcy filmu bardzo powierzchownie odczytali przesłanie powieści autorki.

Jane Austen z pewnością jest jedną z najciekawszych i najbardziej intrygujących postaci literatury brytyjskiej. Jej życie i twórczość, choć i tak są wartościami same dla siebie, ze wszech miar zasługują na utrwalenie ich na taśmie filmowej. Oglądając „Zakochaną Jane”, nie sposób nie zamarzyć o naprawdę dobrym filmie o autorce „Emmy” – filmie, który oddałby choć częściowo głębię jej intelektu oraz zmysłu obserwacji.
„Zakochany Molier” (Molier) Reż.: Laurent Girard. Scenariusz: Laurent Tirard, Gregoire Vigneron. Obsada:Romain Duris, Fabrice Luchini, Laura Morante, Edouard Baer, Ludivine Sagnier. Gatunek: biograficzny/komedia. Francja 2007, 120 min. „Zakochana Jane” (Becoming Jane) Reż.: Julian Jarrold. Scenariusz: Kevin Hood, Sarah Williams. Obsada: Anne Hathaway, James McAvoy, James Cromwell, Maggie Smith, Julie Walters. Gatunek: dramat. Wielka Brytania/ USA 2007, 120 min.