ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (458) / 2023

Marek S. Bochniarz, Paulina Buźniak,

NIE NA TEMAT: #7 TWOJA WŁASNA MARYJKA

A A A
Marek S. Bochniarz: Czy jest coś, co lubisz robić najbardziej?

Paulina Buźniak: Najbardziej lubię się nie spieszyć i wydmuchać z siebie codzienne napięcie, które sprawia, że mój dzień przypomina często wyzwanie logistyczne. Bardzo cenię sobie uczucie, że w danej chwili nic nie muszę.

M.S.B.: A odwrotnie – czego bardzo nie lubisz?

P.B.: Najbardziej nie lubię napięcia związanego z codziennym grafikiem. Tego, że coś „trzeba”, że coś „muszę”, bo jak tego nie zrobię, to będą albo złą mamą, niekompetentnym pracownikiem, albo partnerką, której przestało zależeć.

M.S.B.: Czy masz ulubionego Polaka?

P.B.: Moim ulubionym Polakiem jest pan z budki przy szlabanie – nie mylić z dróżnikiem. Władczy, pewny siebie i trzymający w napięciu. Od niego uczymy się, czym jest uprzejmość, cierpliwość i ile informacji się kryje w krzywym spojrzeniu.

M.S.B.: Czy masz ulubioną Polkę?

P.B.: Matka Boska Królowa Polski. Zdecydowanie moja najulubieńsza. Jest niby jedna, ale w taki wielu postaciach, że każdy znajdzie dla siebie idealną.

M.S.B.: Kiedykolwiek próbowałaś ją sportretować i „dorobić” kolejną Matkę Bożą, czy która dla Ciebie byłaby idealna?

P.B.: Oj tak! Zrobiłam ich całkiem sporo. Jak dobrze pamiętam, to właśnie Matka Boska była pierwszą odbitą przeze mnie litografią na materiale. Do tej pory bardzo ją lubię. Niestety przez to, że planowałam ją pod papier, to głównie na papierze została. To taka sylwetka, gdzie Matka Boska miała moją twarz i z jednej strony pojawiała się ręka, która palcem rozciąga jej usta, robiąc głupią minę.

Zrobiłam też serię „Moja rozmowa z doskonałością/Przeszkody”. Matka Boska lub bardziej Matki Boskie to takie obiekty-stożki. Miały moją twarz i chustę na głowie, którą trzymałam pod brodą. Były wysokie i niskie i stojąc pośród nich czułam jak ta doskonałość mnie otacza i przeszkadza w poszukiwaniu mojej własnej doskonałości. (https://buzniak.com/blog/2012/07/13/20/). W tej serii były też trzy tryptyki “Twarz nie jedno ma imię”, “Prababcia Jadwiga” i „Prawie jak Ona” – wszystkie były opowieścią o wcielaniu się w Matkę Boską. Każdy z tryptyków miał swój rodzaj tkaniny na strój, portret i postać, na podstawie której tworzyłam obraz malowany na szkle (https://buzniak.com/blog/2012/06/27/22/). To był zbiór różnych technik i każdą trzeba by chyba opisywać oddzielnie. Z jednej Maryjki stożkowej zrobiłam później pracę „Fit to Frame”, gdzie na siłę wkładałam ją w małą, głęboką ramkę. Dobrze, widać ile kosztuje nas ta walka o doskonałość: Maryja była powyginana, na siłę dostosowana do ramki, ale twarz została nietknięta – chłodna i udająca, że nic takiego się nie dzieje (https://buzniak.com/fit-to-frame/).

Kiedyś zrobiłam też Maryjkę z kotem zamiast Jezuska i pytano mnie później, czemu robię takie obrazoburcze rzeczy. Obrazoburczy, to śmieszny wyraz – obrazić się i poburczeć. Myślę, że Matka Boska by się nie gniewała, że za pomocą jej wizerunku próbujemy na coś zwrócić uwagę. Zbieram figurki Matki Boskiej i jak byłam mała, to dostałam od cioci – Marii zresztą – taką małą, ilustrowaną książeczkę z pieśniami maryjnymi. Matka Boska była tam jak laleczka. Chyba mocno mi się to wryło w głowę.

Często dodaje do swoich rysunków aureole albo owijam głowy postaci w chustki. Jak nie robię Maryjki, to zdarza mi się robić Jezuska. Jednym z moich najpiękniejszych Jezusków jest mój najmłodszy brat, którego tata idealne sfotografował w dzieciństwie. Wystarczyło tylko dać mu aureolę, by przez lata dzielnie służył mi jako taka postać.

M.S.B.: Czy masz galerię, którą najchętniej odwiedzasz – i jest ona ulubiona?

P.B.: Nie mam ulubionej. Mam raczej ulubione wydarzenia artystyczne, do których wracam.

M.S.B.: A muzeum?

P.B.: To też nie jest łatwe pytanie, bo znowu patrzę na to przez pryzmat obrazów, a nie miejsca. Lubię Muzeum Narodowe w Warszawie, bo jako dziecko naoglądałam się albumów z polskim malarstwem i uwielbiałam patrzeć na „Śmierć Barbary Radziwiłłówny” Simmlera Myślałam i w sumie myślę, że tak właśnie chce umrzeć. Lubię Lwowską Galerię Sztuki ze względu na Pruszkowskiego i „Matula pomarli” Kotsisa. Lubię muzea jako miejsca kontemplacji sztuki.



M.S.B.: Co jest takiego w „Śmierci Barbary Radziwiłłówny”, że wydaje się idealna jako finał życia?

P.B.: W dzieciństwie mocno doskwierała mi rola grzecznej dziewczynki. W domu taka musiałam być, ale w środku wszystko krzyczało, że nie uda mi się udawać zbyt długo. Kiedy koleżanki czytały „Popcorn” i „Bravo”, to ja tego nie miałam i przeglądałam obrazy z albumów, które były w domu. „Dzieje Polski, w malarstwie i poezji” i „Malarstwo Polskie: Romantyzm. Historyzm. Realizm”. Dziewczyny stroiły siebie i swoje lalki w suknie, bawiły się w śluby i bale, a ja wymyśliłam sobie, że akurat Barbara Radziwiłłówna to dla mnie ideał. Chyba to był taki mój wewnętrzny, nieśmiały bunt, że ja się nie będę interesować tym, co inne dziewczyny. A jak już się zainteresuję tym samym, to w jakiś zupełnie dziwny sposób.

I tak wpadłam w idealistyczny dziewczęcy świat – miłość aż po grób, suknie oraz królewskie poduchy. Tak jak sobie teraz myślę, to miałam fizia na punkcie tych wszystkich falban i draperii. Nawet ulepiłam kiedyś Annę German, bo stała w długiej sukni na okładce kasety i chciałam ją mieć w realu. Historia Barbary urzekła mnie, także i jej romantyczna śmierć. Na łożu w poduszkach leży olśniewająco piękna. Umiera spokojnie, ubrana jak z bajki, a u jej boku zatroskany ukochany. Myślę, że to ładna scena umierania – jeśli nie dodamy oczywiście, że być może cierpi... W mojej głowie wszystko jest jednak idealne – Barbara nie czuje bólu, zasypia spokojnie i odchodzi. Przyznam, że chciałam zobaczyć, czy umieranie tak wygląda, bo generalnie śmierć jest fascynująca, a bycie przy śmierci bliskiej osoby, to jedno z bardziej mistycznych doświadczeń. Rzeczywistość pokazała, że jest to dalekie od mego ideału.

M.S.B.: Jaka jest Twoja ulubiona książka – czyżby „Dzieje Polski, w malarstwie i poezji” lub „Malarstwo Polskie: Romantyzm. Historyzm. Realizm”?

P.B.: To nie są moje ulubione książki. Były w domu i często je przeglądałam jako dziecko – były dla mnie jak jeszcze jedna książka z obrazkami. Nie mam ulubionej książki, mam za to ulubione fragmenty, ulubione myśli i oczywiście ulubione obrazki, bo uwielbiam ilustrację. Bardzo cenię sobie 10 tomów „Sztuki świata”, kupowane za ciężkie pieniądze jeszcze na studiach. Służą mi od lat jako przyciski do papieru i kwiatów.

M.S.B.: Czy padło kiedyś ze strony krytyków zdanie na temat Twojej twórczości, które zapadło Ci w pamięć?

P.B.: Ja jestem sama dla siebie największym krytykiem i chyba dlatego jakoś nie do końca pamiętam te dobre słowa. Kojarzę raczej opinie zwykłych ludzi, którzy od czasu do czasu odważą się podzielić emocjami.

M.S.B.: A zdarzały się wypowiedzi kuriozalne?

P.B.: Kiedyś bardzo dużo malowałam, na studiach była to jedna z ważniejszych dla mnie rzeczy. W dzień dopuszczenia do dyplomu przedstawiałam aneks z malarstwa i profesor, jak przyszło do wypowiedzi na temat moich obrazów, powiedział: „Pani Paulina jest pracowita, przechłodziła zawsze punktualnie na 9”. I to było wszystko na temat mojego malarstwa.

M.S.B.: Jakie było najdziwniejsze zdarzenie, które miało miejsce w Twoim artystycznym życiu?

P.B.: Zeznawałam w sądzie jako świadek, w sprawie opieki nad dziećmi swojego znajomego. Jego była partnerka zrobiła w internecie research i znalazła „Synka do bicia” na mojej stronie www. Zaczęła podważać moją wiarygodność jako normalnego człowieka oraz udowadniać, że ktoś, kto robi takie rzeczy, absolutnie nie nadaje się na rodzica. Bardzo to przeżyłam. Nigdy wcześniej i nigdy później nie musiałam się tłumaczyć ze swojej twórczości przed ludźmi, którzy zupełnie się na tym nie znają i przez pryzmat tych prac oceniają mnie jako człowieka. To było bardzo trudne doświadczenie.

M.S.B.: Co myślisz o kuratorkach i kuratorach? Są pomocni, czy raczej mnożą przeszkody?

P.B.: Myślę, że tu chodzi o dobre zrozumienie. Raz zdarzyło mi się trafić na kuratorkę, która zupełnie zignorowała moją prośbę związaną z ekspozycją, wyszło w efekcie coś koszmarnego i budzącego niesmak u mnie i odbiorców. Zabrałam prace w trakcie trwania wystawy...

M.S.B.: Czy masz wadę, której chciałabyś się pozbyć, bo przeszkadza Ci w życiu?

P.B.: Mam ich bardzo dużo. Ale najbardziej chciałabym umieć przestać się wszystkim martwić, przejmować i podważać swoje kompetencje. To potrafi mocno doskwierać.



M.S.B.: Czy jest praca, którą dziś zrobiłabyś inaczej?

P.B.: Jak patrzę wstecz, to jestem z siebie „dumna” – za duże słowo, ale oddaje sens – że miałam tyle siły i umiałam wygospodarować tyle czasu, by sobie tworzyć sztukę. Teraz jakoś czas mi się rozpłynął, nie jest mi łatwo poświęcić go na twórczość, bo zawsze z tyłu głowy jest milion innych spraw do zrobienia.

M.S.B.: A dzieło, do którego wracasz?

P.B.: Mam rzeczy, które mnie zachwycają. Czasem aż nie mogę wyjść z podziwu, że ktoś ma tak wielką determinację, by używać sztuki do poruszania najgłębszych uczuć. Powala mnie na kolana każde działanie Danuty Karsten – widziałam wolskie rotundy tuż przed otwarciem i byłam zachwycona rozmachem, pomysłem z zamknięciem oddechu w tych foliowych paskach i zaangażowaniem artystki. Podobne uczucie towarzyszyło mi, kiedy zobaczyłam wyniki biennale grafiki studenckiej kilka lat temu i były na nich prace Malwiny Mosiejczuk z cyklu „Versus” – zestawienie brutalności w popkulturze i brunatności w realnym świecie. To zestawienie Wołynia z kolorowymi superbohaterkami towarzyszy mi do dziś. Ostatnio zachwyciły mnie prace Małgorzaty Kalinowskiej z cyklu „Mała Śmierć 2020” – kunszt tkaniny, kunszt przekazu – przepiękne.

M.S.B.: Skąd zainteresowanie tkaniną artystyczną?

P.B.: Na studiach pokochałam litografię. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale jak zaczęłam rozumieć procesy rządzące kamieniem, stała się to dla mnie jedyna dziedzina grafiki warsztatowej, w której realizowałam swoje projekty. Odbijałam na papierze i ogarnęło mnie w pewnym momencie znudzenie, ponieważ każda praca lądowała w teczce. Nie bardzo miałam pomysł, co z tym robić dalej. Skończyło się na tym, że któregoś dnia wzięłam kawałek tkaniny i zamiast na kartce, odbiłam litografię na nim. Fakt, że mam grafikę na innym medium, że to nie jest sztywne, że się zagina, kształtuje na wiele sposobów, otworzyło w mojej głowie jakąś furtkę. Poczułam, że ta odbitka to dopiero początek zabawy.

Potem już poszło znacznie dalej. Zaczęłam szukać ciekawych tkanin, zszywałam elementy ze sobą, szukałam różnych form przestrzennych. Przez wszystkie lata artystycznej działalności miałam różne potrzeby ekspresji, były też i prace niemalże rzeźbiarskie: różnego rodzaju poduchy, formy zamykane w ramach i słoikach. Teraz częściej skupiam się na przetwarzaniu tkaniny, dodawaniu do niej elementów lub na wyciąganiu nitek. Jedyne, co nie uległo zmianie, to to, że trzeba na tej tkaninie coś wydrukować.

M.S.B.: W tekście towarzyszącym wystawie „Dopasowania” padają słowa odautorskie: „Oczekiwania jakie są nam stawiane, prowadzą do tego, że w pewnym momencie przestajemy postrzegać siebie jako jednostkę. Zastępujemy siebie tworem spełniającym przeróżne wymagania. Nakładamy je na początku w sposób naturalny – na zasadzie obowiązków w pracy, czy w domu. Z czasem rozszerzamy te oczekiwania na elementy związane z naszą osobowością. W zależności od momentu życia w jakim się znajdujemy, wymyślamy coraz to nowe ulepszenia samych siebie”. Czy to bardzo osobista wystawa? Czy cykl prezentowanych na niej prac był zainspirowany własnymi przeżyciami, czy raczej – czymś w rodzaju obserwacji socjologicznej, refleksji ogólnych?

P.B.: Bez wątpienia to osobista wystawa. Od tego osobistego przeżycia zaczynają się wszelkie dyskusje. Opowiadam o uczuciu „dopasowania się” na przykładzie swojej osoby, ale poruszam ogólny problem, z którym zderza się każdy z nas. Przyznam się, że towarzyszyła mi myśl, że to ulepszanie może być czymś, co mocno dotyczy kobiet. Przestraszyłam się tej myśli, bo mam wrażenie, że takie uproszczenie może kogoś urazić.

Z moich obserwacji wynika jednak, że to kobiety muszą częściej spełniać całe listy oczekiwań w każdej dziedzinie życia i chociaż ogromnie się staramy wyjść z tego schematu, to zawsze pojawi się głos, że powinnyśmy coś zrobić tak, jak ktoś nam radzi, a nie tak, jak chcemy. Przepoczwarzenia, jakie widać w portretach, są dla mnie symbolem wysiłku, jaki musimy włożyć w to, by dopasować się do czyichś oczekiwań – nie odbywa się to naturalnie.

Wychowywałam się w dość tradycyjnym domu. Miałam tam konkretną rolę, której nie lubiłam i nie wydawała mi się sprawiedliwa. Przeniosłam wiele tych schematów do dorosłego życia i przyznam, że dłuższą chwilę zajęło mi znalezienie w nim miejsca, które będzie dla mnie komfortowe. Chciałabym, żeby każda osoba, która kiedykolwiek doświadczyła, wkładania w schemat, poczuła na ten wystawie, że nie jest sama i w tych wszystkich moich dziwnych przepoczwarzeniach odnalazła coś w rodzaju oparcia.



M.S.B.: Czy jako kobieta-artystka masz poczucie, że także i w środowisku artystycznym istnieją schematyczne role i wizerunki, w które próbowano również i Cię wpisać?

P.B.: Nie ma co oszukiwać, że nie istnieją. Te schematy są już niby słabsze i na przestrzeni ostatnich lat zaszło wiele zmian, ale pamiętam sytuacje, gdzie fakt bycia kobietą stawiał mnie bardzo daleko w rankingu. Przez to, że pracowałam jako asystentka w pracowni, przez długi czas byłam „marysią” i kilka osób traktowało mnie jak sekretarkę, służącą. Ale najgorsze jest to, że to nie panowie, ale często same panie traktują swoje koleżanki z wyższością i pogardą. Nie doświadczyłam chyba tylu poniżeń w życiu zawodowym od mężczyzn, co od „koleżanek” właśnie. Panowie oceniali mnie biorąc pod uwagę moje kompetencje, Panie lecąc po wyglądzie i życiu osobistym. Gdy na piątym roku studiów dostałam stypendium Ministra Kultury, to jedna ze znajomych z roku nie mogła w to uwierzyć i skwitowała tekstem: „Mogę się tylko domyślać, co musiałaś za to zrobić”. Dla mnie do tej pory jest to szok. Rozumiem, że według niej to nierealne, by normalna, ciężko pracująca studentka zasłużyła na stypendium.

Z drugiej strony, pamiętam, jak kończyłam studia i pojawiła się opinia kolegi po fachu, że „wszytko co robię, jest takie babskie, bo baby to potrafią tylko o sobie, i swoich problemach, i o swoim ciele mówić". Miałam wtedy takie poczucie, że musiałabym chyba wyrzucić wszystko, co zrobiłam do kosza i zacząć na siłę szukać tajemniczego uniwersalizmu. Wciąż jednak chciałam mówić o różnych drobnych rzeczach, które determinowały moje życie.

Teraz widzę, że uniwersalizm sam przychodzi i nie ma co się wstydzić tej „babskości”. Jeśli ja całe swoje młode życie słyszę „wstydź się, bądź cicho, siedź prosto, bądź grzeczna, nie marz się, to twoja wina” – to jak mam o tym nie myśleć? To dość mocno zdeterminowało mój sposób postrzegania świata. Trzeba wyrażać siebie i być autentycznym. Liczy się tylko to, co mamy do powiedzenia i czasem trzeba jak wariat trzymać się swoich realizacji. Jeśli ktoś ma mnie oceniać, to tylko przez pryzmat tego, co robię, a nie tego, czy jestem kobietą czy mężczyzną.

M.S.B.: Trochę wciąż jeszcze funkcjonuje schematyczne przekonanie, że tkanina artystyczna to zajęcie dla kobiet. Czy zetknęłaś się z takimi sądami? Czy konfrontowałaś się z takimi uprzedzeniami?

P.B.: Przyznam, że na wielu imprezach związanych z tkaniną to kobiety stanowią większość, ale nie miałam nigdy poczucia, że to zamknięte na mężczyzn środowisko. Na 11. Międzynarodowego Biennale Artystycznej Tkaniny Lnianej „Z krosna do Krosna” 2022 było kilku mężczyzn wśród laureatów. Ogromnie spodobała mi się wypowiedź Roberta Wieczorka, który zdobył 2. miejsce w tym konkursie. Opowiadał, że tkanina to coś naturalnego dla niego, że zawsze była w domu, a on wywodzi się z tkackiej rodziny i niejako sam z siebie sięgnął po to medium. Przez to, że przez wiele lat kobiety się tym zajmowały, musiało coś się zmienić w męskiej głowie, by nie traktować tkaniny jako niższej gałęzi sztuki. Moim zdaniem to nie było i nie jest zamknięte środowisko.

M.S.B.: Kim są ludzie, których przetworzone przez Ciebie portrety można będzie zobaczyć na wystawie? To najbliżsi, osoby publiczne, czy przypadkowo dobrane wizerunki?

P.B.: Wizerunki, których „używam” w swoich pracach nigdy nie są przypadkowe. Muszę mieć do nich osobisty stosunek – dobry lub zły, ale nie mogą być mi obojętni. Bardzo dużo miejsca poświęcam mamie, której choroba mocno zdeterminowała kilka lat mojego życia. Prace, które można zobaczyć na wystawie są poświęcone właśnie okresowi, gdy próbuje sobie poradzić z myślą, że zbliżamy się do jej śmierci. Są mocno ekspresyjne, destrukcja jest na nich mocno widoczna.

Ona się wtedy sypała fizycznie, walcząc z bólem, który zmieniał jej ciało i zachowanie, a ja się sypałam psychicznie, próbując przyzwyczaić się do nowej mamy, która nie miała za dużo miejsca na miłość. Czasem pojawia się moja babcia – jedna z chłodniejszych i najzłośliwszych osób, jakie spotkałam. Są też osoby, z którymi próbuje się rozliczyć z bardzo złych emocji, które miały na mnie głęboko negatywny wpływ. Jest kilka moich portretów. Wszystkie powstały w trudnym dla mnie czasie i jest w nich sporo autoagresji. W ten dziwny sposób radzę sobie z emocjami, które przychodzą do mnie w różnych sytuacjach. Grafiki prezentowana na wystawie leżały bardzo długo „w szufladzie”, powstały w konkretnym momencie, pomogły w uporaniu się z emocjami i zapomniałam o nich. Teraz są dla mnie dowodem walki, symbolem sytuacji, z których powoli wychodzimy.

M.S.B.: Czy myślisz, że te osoby, z którymi łączyły Cię negatywne relacje, trafią na te wizerunki i się w nich rozpoznają? I skontaktują się z Tobą, by wyrazić swoje oburzenie i zaprotestować przeciw użyciu ich wizerunków?

P.B.: Po sytuacji z sądem, o której wspomniałam wcześniej, chyba nic już mnie nie zdziwi. Myślę, że te osoby nie są mną zupełnie zainteresowane, ani tym bardziej moją sztuką. Jeśli byłaby jakaś reakcja, to będzie o czym opowiadać w przyszłości.

M.S.B.: Z opisu pracy „Metka”: „Do białej płóciennej koszulki doszyłam metkę z pojęciami, które mnie charakteryzują. Hasła, które sama sobie przypisuje są zmiksowane z tymi, które usłyszałam na swój temat od innych. Na długiej powierzchni metki zostały one kilkukrotnie powtórzone. To sprawiło, że metka z krótkiego skrawka tkaniny jest niemalże wstążką, która nas oplata. Ta wstążka się za nami ciągnie i ogranicza ruchy, bo nie wiemy tak naprawdę, kim jesteśmy”. Czy te opinie to było coś, co bardzo poruszyło i powracało w myślach, czy bynajmniej – to raczej zbiór przykładowych sądów?

P.B.: Określiłabym to w ten sposób: w momencie zbierania wyrazów na metkę musiałam poprosić najbliższe mi osoby, by podały kilka moim cech. Są to wyrazy najczęściej pozytywne. Jednoznaczne negatywne cechy pochodzą bezpośrednio ode mnie, ale są wynikiem opinii na mój temat, którą usłyszałam od innych ludzi, którzy rzucili jakiś wyraz bez większego zastanawiania się nad jego znaczeniem. Dużo jest tu hiperboli, bo zamiast mówić “pomyliłaś się, trzeba to zrobić trochę inaczej” mówimy – mówią: “jesteś niekompetentna”. Zamiast: “nie bierz tyle na siebie, nie zdążysz tego zrobić” – rzucą: “Jesteś leniwa i źle zorganizowana”. Mam wrażenie, że wszystkie negatywne rzeczy, które napisałam, są wynikiem takiego schematu. Zostałam oceniona błyskawicznie, jednym słowem, a sytuacje których to dotyczy są niezwykle złożone. Niestety bez względu na to, czy jest to sprawiedliwe czy nie, jestem zawsze tym poruszona i biorę to mocno do siebie. Potem te złe rzeczy się multiplikują i już nie pamiętam, czy to rzeczywiście moja cecha, czy jakaś przypadkowa opinia.
Paulina Buźniak: „Dopasowania”. Kuratorka: Anna Maria Brandys. Galeria Jak w Poznaniu. 18.11 – 16.12.2022.

Fot. Zachar Szerstobitow.