ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 listopada 21 (93) / 2007

Krzysztof Ociepa,

O DWÓCH TAKICH…

A A A
Zamiast recenzji „Grindhouse: Planet Terror”.
Historia jest następująca. Dwanaście lat temu (jak ten czas leci) młody człowiek zrealizował za śmieszną kwotę siedmiu tysięcy dolarów film zatytułowany „El Mariachi – kariera klezmera”. Film spodobał się na festiwalu Sundance, trafił do oficjalnej dystrybucji kinowej i jak łatwo się domyślić odniósł ogromny sukces kasowy. Oczywistym stało się, że młody reżyser szybko dostanie swoją szansę w hollywoodzkiej „fabryce snów”. Po dwóch latach zrealizował swój pierwszy hollywoodzki film „Roadracers”, a w następnym roku hollywoodzką wersję „El Mariachi”, czyli „Desperado” z Antonio Banderasem. Kariera toczyła się szybko. Widzowie docenili osiągnięcia Roberta Rodrigueza. Krytyka filmowa miała z nim spory kłopot. Jego filmy były zdecydowanie produktami komercyjnymi, jednak mocno naznaczonymi piętnem autorskim i przełamującymi schematy gatunkowe. Pastisz, parodia, cytat – erudycja Rodrigueza pozwalała mu swobodnie żonglować wątkami amerykańskiej popkultury. Dzięki temu jego twórczość idealnie wpisywała się w tak modne wówczas kino postmodernistyczne. Zaliczenie przez krytyków do tej formacji kina oznaczało dla Rodrigueza awans; to już nie tylko dostarczyciel multipleksowej rozrywki, ale także obiekt, nad którym pochylają się uczone głowy. Na dodatek Rodriguez znalazł sobie w Hollywood godnego siebie partnera. Quentin Tarantino był wtedy świeżo po sukcesie „Pulp Fiction” i wielu widziało w nim wielką nadzieję kina (padały nawet określenia „nowy Orson Welles”). Panowie przypadli sobie do gustu i już wkrótce światło dzienne ujrzały ich wspólne projekty: „Depserado”, „Od zmierzchu do świtu”, „Cztery pokoje” czy wreszcie „Grindhouse”.

Lata mijały a (ciągle) młodzi reżyserzy kręcili (ciągle) takie same filmy. Okazało się, że ich produkcje (pomijając pierwsze dwa obrazy Tarantino) były sztuką filmową tylko w krytycznych omówieniach, zaś im samym zależało tylko na filmowej zabawie. Tutaj zgrabny cytacik, tutaj jakaś aluzja, pomieszanie gatunków, kpiarski ton – przy czym wszystko to zrealizowane w fabułach żenująco płytkich i wydawałoby się niegodnych ich talentu. Żeby chociaż można było zwalić całą winę na okropnego producenta czy hollywoodzki system, który sprowadza ambitne jednostki do roli rzemieślników kręcących filmy według jednego wzorca. Niestety, nie można, bo zarówno Rodriguez jak i Tarantino mają pełną kontrolę nad swoimi filmami, ergo temat filmu także sami sobie wybierają.

Dzisiaj nikt o zdrowych zmysłach nie miałby odwagi porównywać Quentina Tarantino do Orsona Wellesa. Zarówno Tarantino, jak i Rodriguez traktowani są w taki sposób, na jaki zasługują, tzn. jako solidni rzemieślnicy dobrze znający kino i mający dziwne (żeby nie powiedzieć patologiczne) upodobanie do kina klasy c. Filmowe śmieci, zwykła szmira mająca więcej wspólnego z pornografią niż z filmem jako sztuką oto czym inspirują się obydwaj panowie. Mam dziwne wrażenie, że raczej niczym nowym już nas nie zaskoczą. Im samym chodzi raczej o dobrą zabawę niż o odkrywanie nowych filmowych lądów.

Można i tak, chodzi więc o czystą zabawę i jakiekolwiek pretensje o schlebianie najniższym gustom są nie na miejscu. Zwłaszcza, że obydwaj twórcy z dużą dawką ironii i czarnego humoru przedstawiają swoich bohaterów i zdarzenia, jakie im się przytrafiają. Na dodatek przywiązują ogromną wagę do wizualnej strony filmu („Kill Bill”, „Sin City”) ostentacyjnie dając prztyczka w nos tym wszystkim, którzy w filmie szukają fabuły. Nie pamiętam drugiego takiego filmu jak „Sin City”, tak znakomicie zrealizowanego i tak kompletnie wypranego z jakiejkolwiek myśli (paradoksalnie, bo materiału do przemyśleń bohaterowie filmu mieli bardzo dużo). I tu leży pies pogrzebany. Przeciwnicy kina spod znaku Tarantino i Rodrigueza uważają (słusznie), że jest to kino płytkie i pozbawione czegoś co zwykliśmy określać jako przesłanie. Efekciarskie i w gruncie rzeczy niewiele różniące się od grindhousowych śmieci, z których rzekomo kpi. Zwolennicy zwracają uwagę na wizualny aspekt filmu, na obraz, który ma stanowić o wyjątkowości filmów Tarantino i Rodrigueza wśród innych obrazów o podobnej treści; wszechobecną ironię, która pozwala twórcy zdystansować się wobec bohaterów i zdarzeń rozgrywających się w jego filmie. Reżyserzy nie chcą pouczać, nie chcą tworzyć wielkiej sztuki filmowej – chcą tylko się bawić i chcą wciągać do tej zabawy swoich widzów. A na dodatek wcale nie ukrywają swoich zamiarów. Uczciwe, prawda?

Spór pozostaje nierozstrzygnięty i raczej już tak zostanie, chyba że reżyserzy „Grindhouse” zmienią swoje zainteresowania. Nic jednak na to nie wskazuje. Jeśli prześledzi się ich kolejne filmy to zaczynają się one układać w świadectwo twórców, którzy jakimś dziwnym zbiegiem okoliczności zostali kiedyś okrzyknięci jako wielka nadzieja kina. To co w pierwszej chwili wydawało się być sprawą drugorzędną, czyli przywiązanie obydwu twórców do obszaru kultury niskiej, okazało się być w ich twórczości najistotniejsze. Nie wiem czy to dobrze czy źle, mogę tylko żałować, że bardziej utalentowany z tego duetu – Quentin Tarantino nie spróbował nakręcić filmu na nieco poważniejsze tematy. No ale to są tylko moje pobożne życzenia. Twórcy mają prawo kręcić takie filmy, jakie sami chcieliby zobaczyć w kinie. Mają także swoją publiczność, dla której ich filmy są kultowe. Ta widownia nie będzie czuła się zawiedziona dziełem tandemu Rodriguez – Tarantino. Natomiast jeśli ktoś czekał na rzecz nowatorską, to radziłbym na jakiś czas położyć krzyżyk na twórczości autorów „Grindhouse’u”, pozwoli to przynajmniej ustrzec się wielu rozczarowań. Jeśli zaś (na co w skrytości ducha liczę) panowie reżyserzy zechcą zmierzyć się z poważniejszą fabułą to być może czeka nas bardzo miłe rozczarowanie. W końcu Steven Spielberg też nie zaczynał kariery od nakręcenia „Imperium słońca” czy „Koloru purpury”. Nadzieja więc jest, ale z każdym kolejnym filmem mam jej jakby coraz mniej.