Wydanie bieżące

1 listopada 21 (93) / 2007

Łukasz Iwasiński,

PLEMIENNY DISCO-PUNK

A A A
“Konono no 1/ Live at Couleur Cafe”. Crammed disc.
Szukacie niecodziennych, acz jaskrawych dowodów globalizacji w muzyce? – proponuje zainteresować się twórczością kongijskiego ansamblu Konono no 1. O grupie głośno zrobiło się dwa lata temu za sprawą albumu „Congotronics”. W jej skład wchodzą działający od ponad dwudziestu lat, wyposażeni głównie w likemby uliczni muzykanci, a także śpiewacy i tancerze. Fenomen wspomnianej płyty polegał na tym, że jej autorzy postanowili zelektryfikować swą orkiestrę, posiłkując się własnej roboty sprzętem zaczerpniętym m.in. ze starych samochodów i innych rupieci. Dodatkowo uzbroili ją w garnki, patelnie, gwizdki i megafony, tworząc jedyny w swoim rodzaju sound system. Korzenne afrykańskie granie, wsparte zaskakującą inwencją muzyków i doładowane elektrycznością nabrało zupełnie nowego, niespodziewanego kolorytu. Na kolejny album z serii „Congotronics 2” zaproszone zostało szersze grono artystów rodem z Czarnego Lądu, z których każdy zaprezentował własną koncepcję... plemiennego disco-punka (?!?). Wizja Konono została doceniona, w 2006 roku muzycy otrzymali prestiżową nagrodę BBC – Awards for World Music w kategorii „Newcomer” (tę samą, którą dwa lata wcześniej uhonorowano naszą Kapelę ze Wsi Warszawa). Warto także odnotować, że członkowie Konono pojawili się na ostatniej płycie wychwytującej w mig wszelkiego typu oryginałów Björk – usłyszeć ich możemy w utworze „Earth Intruders”.

Album “Konono no 1/ Live at Couleur Cafe” przynosi zapis koncertu kongijskiego zespołu z Belgii. Rozgłos i wyróżnienia w żaden sposób nie wpłynęły na muzykę grupy. Prym wiodą wszechobecne polirytmie generowane ze zamplifikowanych, niekiedy solidnie przesterowanych likemb oraz perkusji, gwizdków czy innych mniej lub bardziej tradycyjnych instrumentów. Zamiast, wzorem minimalistów, odwoływać się do rytualnych medytacji, członkowie formacji, przy wtórze żarliwych, plemiennych zaśpiewów, oddają się pełnym wigoru, szalenie transowym harcom. Ta ekspresja może wywoływać skojarzenia z (właśnie wznowionym we wzbogaconej, 6-płytowej wersji) legendarnym dziełem Milesa Davisa, „On The Corner” - albumem tak rytmicznie natrętnym, że może tylko albo absolutnie owładnąć słuchaczem, albo go totalnie zirytować i odrzucić. Puls Konono jest równie obsesyjny, niemniej jako całościowa idea, twórczość kongijskiego projektu stanowi jedyną w swoim rodzaju, niepowtarzalną jakość. Obrzędowej, etnicznej energii muzycy nadają formę przypominającą jakieś wykoślawione, rozwydrzone electro, a niekiedy osiągającą hipnotyzujący, bliski upojnemu techno czy dzikim rave’om wymiar. Doprawdy osobliwe.