Wydanie bieżące

1 listopada 21 (93) / 2007

Adam Wiedemann,

...W PRZEPYCHU SWOIM NIC WIĘCEJ

A A A
Niczym się te wiersze nie zalecają (specjalnie zacząłem tę recenzję takim oto zdaniem, zaznaczam). Bo też trudno oczekiwać, żeby Nic było zalotne, prawda? A jest to bodaj najbardziej „działające” słowo w tym tomiku. Nic, i to koniecznie z dużej litery. Wiersze te mają charakter próby, z premedytacją jak gdyby niechlujne, ale też figura nieporządku jest tutaj najciekawsza, nią chciałbym się zająć, a nie przenikliwością w opisywaniu dzieł sztuki, „oddawaniu” ich, transponowaniu na te słowa, które się koło siebie znalazły jakby od niechcenia, zastępczo, bez jakichś przesadnych aspiracji. Są, no to są – takie jest pierwsze wrażenie.

U Hoffmana zwraca uwagę (i to od samych początków jego twórczości) dziwaczne postępowanie z interpunkcją, żadnej tu konsekwencji, w ramach jednego wiersza mamy i zdania klasycznie zbudowane, i kulejące, kalekie, obciążone (bolesnym?) brakiem, a to przecinków, a to znamion początku i końca. Zupełna dowolność w tym względzie, służąca – ale czy na pewno – odzwierciedleniu ruchu piszącej ręki, podchodzącej do rzeczy raz tak, a raz siak, niepewnie, w poczuciu pewnej klęski, bądź też pychy wynikającej z przekonania, że nieważne jak, byleby stwierdzić. Ale na takim podejrzeniu nie poprzestanę teraz, bo w „A-dur” całe to bałaganiarstwo zaczęło przykuwać moją uwagę jakoś tak silniej, z mocą właściwą każdej demonstracji – niezbyt to przekonuje, ale trudno się opędzić.

Zajmiemy się zatem najpierw fragmentem którejś z tych fragmentarycznych całości, przez chwilę się pozajmujemy, a potem może coś z tego wyniknie bardziej ogólnego. Weźmy np. taki kawałek jednego z dwóch wstępnych utworów, umieszczonych przed częścią pierwszą, a przez to wyróżnionych – ten drugi zapisany został nie wiedzieć czemu kursywą (to zresztą prosta łamigłówka: w ten sposób oznaczone są w książce wiersze poświęcone zmarłej matce autora): „ (…) piszemy o sobie / dla tych, których kochamy // forma jest sucha”.

Jest to końcówka zdania rozpoczętego po Bożemu dużą literą i zamkniętego kropką. Rozpatrywany całościowo, fragment ten nie ma żadnego sensu, od biedy można go nazwać „pękniętym”. Zawiera jednak dwa sensy cząstkowe, możliwe do wydobycia drogą uzupełnienia interpunkcji. A zatem: „Piszemy o sobie dla tych, których kochamy. Forma jest sucha.” (tu funkcję nieobecnej kropki pełniłoby podwójne międzywersowe światło). Albo: „Piszemy o sobie. Dla tych, których kochamy, forma jest sucha”. Sensy odmienne, by nie rzec przeciwstawne, zwłaszcza jeśli spróbować przypasować je do następnego, definitywnie już kończącego utwór zdania: „Pęka przez to, / roni kroplę” – tym razem bez kropki. I przez co ona pęka? Przez to, że jest sucha, czy też że sucha jest dla tych, których kochamy? A może raczej przez to, że piszemy o sobie, czy też że o sobie dla nich? Pierwotna dwuznaczność podniesiona zostaje do kwadratu, w ramach dosyć prostego komunikatu otrzymujemy wyrafinowany czwórwiersz, fascynujący nie tym, co wyraża, lecz z jaką to robi dezynwolturą.

Dodatkowego komentarza dostarcza umieszczona parę stron dalej „Elegia”, w której (znowu kursywą) „Chory / bez przerwy oddaje mocz, kapie / kropelkami // wpierw umiera intelekt” – i jak w tym kontekście ma się tamta wzniosła „roniona kropla”? Zostaje sprowadzona do czystego fizjologizmu, tak? Czy jednak podniesiona jeszcze wyżej przez „umierający kropelkami intelekt”? Jedno i drugie, rzecz jasna. W całej rozciągłości (na tym zresztą historia tej kropelki się kończy, nic już jej więcej nie trzeba).

Tak właśnie działają wiersze Hoffmana, za to je lubię. Nie żebym całkowicie im sprzyjał, bo tego typu premedytacje nie zawsze są do wykrycia. Ale końcowy fragment wiersza „Bokser warujący” znowu budzi moją admirację: „on / jest / i / czuwa / i ma tu coś do powiedzenia”.

Utwór poświęcony jest jak najbardziej psu, jednak rozpoznajemy tu bez trudu słynny tekst, jaki Stanisław Barańczak chciałby umieścić na tablicy rejestracyjnej swojego samochodu (i który zdobi okładkę jego „Tablicy z Macondo”), a zatem sens przesuwa się znienacka od zwierzęcia w stronę Boga, i robi to bez ostentacji, właściwie nie tyle definitywnie się przesuwa, co raczej suwa w tę i z powrotem, na niczym nie poprzestając. Bo jednak Bóg jest, a pies to dla Hoffmana jedna z wyrazistszych figur Niczego, po Heideggerowsku aktywnie nicościującego. W niezbyt może istotnym wierszu o Heideggerze zwraca uwagę zdanie „Jest w swoim domu teraz” – filozof rozumiany jako uosobienie swoich poglądów zamieszkuje „teraz” podobnie jak właśnie pies, niezdolny zasiedzieć się we wspomnieniu, ani też w marzeniu. Wirtualnym słuchaczem medytacji nad „Ósmą Elegią” Rilkego również okazuje się „piesek” – itd. Co można przekazać psu? Przy całym swoim wysiłku zrozumienia spraw ludzkich pies niezdolny jest do metafizycznej rozpaczy, człowiek pozostanie dlań bytem dalece bezsensownym przy całym pozorze „radzenia sobie w życiu”.

Co pies może przekazać człowiekowi? Samego dziwi mnie ta odpowiedź, ale jest to metafizyczny optymizm. Hoffman nie uczy się go od Miłosza (który czuje się obrabowany z „drugiej przestrzeni”), uczy się od psa, który jest bądź co bądź tylko tymczasowo skondensowaną nicością. No ale również psu można się przyjrzeć głupiej albo mądrzej, tak samo jak istnieją głupsze bądź mądrzejsze psy. I które z nich są lepsze?
Kazimierz Hoffman: „A-dur”. Towarzystwo Przyjaciół Sopotu, Sopot 2007.