Wydanie bieżące

1 listopada 21 (93) / 2007

Tomasz Stawiszyński,

Z GŁĘBI RESENTYMENTU

A A A
Ta książka jest jak sonda zapuszczona w otchłań – tę samą otchłań, o której Fryderyk Nietzsche pisał, że kiedy w nią spoglądamy, ona również spogląda w nas. Jean Amery, austriacki Żyd, który niegdyś nazywał się Hans Mayer, ale po wojnie przyjął francuskobrzmiący pseudonim żeby odciąć się jednoznacznie od niemieckiego dziedzictwa, przemożnie odczuł na sobie (czy też: w sobie) wzrok otchłani. Trafił do Oświęcimia, przeżył Holocaust, a w „Poza winą i karą” postanowił zrekapitulować to upiorne doświadczenie. Ta książka jest też swoistym eksperymentem. „Wyznaczyłem sobie jako cel” – pisze Amery na samym początku – „omówienie konfrontacji Auschwitz z umysłem”. Konfrontacji, powiedzmy od razu, która kończy się bezapelacyjnym, jednoznacznym i błyskawicznym zwycięstwem jednej ze stron – bowiem stosunek sił od samego początku jest nierówny. Cała owa (jak się okazuje nader krucha) konstrukcja zwana intelektem czy też kulturą rozpryskuje się już przy pierwszym ciosie nachajki wymierzonym w twarz torturowanego więźnia. Ulatuje w powietrze wraz z dymem dobywającym się z kominów krematoryjnych. Znika jak fatamorgana w obłokach cyklonu B emitowanego do komór gazowych...

W swoim poruszającym eseju Amery jest bezwzględny przede wszystkim wobec siebie. Nie próbuje w żaden sposób „przepracowywać” traumy obozowej, nie próbuje sobie z nią poradzić. Bo też i konfrontacja, którą podejmuje, nie ma na celu wzmocnienia, ozdrowienia, albo ostatecznego pozostawienia za sobą dramatycznej przeszłości. Zupełnie nie na miejscu są tutaj wszelkie emanujące optymizmem rytuały charakterystyczne dla współczesnej psychoterapii, której nienaruszalnym dogmatem wciąż pozostaje teoria odreagowania. Wedle tej – naiwnej i nieprawdziwej, jak dobitnie pokazuje przykład Amery'ego – koncepcji, wystarczy z odpowiednim zaangażowaniem wyrazić (poprzez dowolne pasmo ekspresji) wszystkie bolesne emocje, a każda nawet najbardziej głęboka i zaogniona rana błyskawicznie się zabliźni. Jednak autor „Poza winą i karą” naprawdę nie szuka ukojenia. Ma pełną świadomość, że ukojenie jest niemożliwe. Wypowiedzenie bólu i przerażenia, czy raczej – wypowiedzenie unicestwienia (bo właśnie unicestwieniem kończy się zetknięcie umysłu ze zorganizowaną machiną zła, jaką był nazizm), niczemu nie służy, nie ma żadnego pragmatycznego celu. Jest więc postawa Amery'ego postawą wyłącznie fenomenologiczną. Autor jedynie rejestruje pewien proces, odwzorowuje położenie intelektualisty w obozie zagłady, pyta o finalne konsekwencje takiego położenia.

Po co to robi? Powtarzam: po nic. Nie ma żadnej teleologii a Amery nie pokazuje najmniejszej nawet chęci zbudowania czegokolwiek ponad opowieść o losie ofiary, losie napiętnowanego swoim pochodzeniem Żyda. Losie tego, który przetrwał, choć miliony innych zginęły (jakkolwiek przetrwanie było tylko prolongatą nieuchronnego). W 1978 roku Jean Amery popełnił samobójstwo. Wcześniej zaś opublikował słynną książkę „O samobójstwie” stanowiącą wysublimowaną intelektualnie apoteozę śmierci z własnej ręki. W podobny sposób, choć osiem lat przed Amery'm, zakończył życie przywoływany w „Poza winą i karą” Paul Celan, jeden z najwybitniejszych poetów dwudziestego wieku, autor słynnego wiersza „Fuga śmierci”, również Żyd ocalały z Holocaustu. Amery w żadnym momencie nie stara się być obiektywny. Wręcz przeciwnie, pisze z głębi resentymentu, z głębi straszliwej krzywdy, jakiej doznał. Jest wściekły na swoich oprawców, jest rozgoryczony, jest przerażony światem, na którym tak potworna zbrodnia mogła się wydarzyć, jest przerażony Bogiem, który na taką zbrodnię pozwolił (choć Amery deklaruje się jako niewierzący, to przekonuje, że idea dobrego Boga-Stwórcy jest w kontekście naszej rzeczywistości nie do pomyślenia). Ma też odwagę przyznać, że jedyne, co mu pozostaje, to stanąć twarzą w twarz z własnym cierpieniem – bo jest ono nieusuwalne i nieprzekraczalne. I nie ma takiego sposobu, żeby zadośćuczynić ofierze, nie ma takiego sposobu, żeby ofiarę uratować, bowiem tak naprawdę nie ma już komu zadośćuczynić i nie ma kogo ratować.

Amery głosi w istocie wielki triumf nazizmu (który, skądinąd, jawi mu się jako oczywisty produkt kultury niemieckiej, jako jej nieusuwalne dziedzictwo), jego zwycięstwo trwające nieprzerwanie jeszcze przez wiele lat po zakończeniu zewnętrznej, politycznej historii III Rzeszy. Stając naprzeciw Auschwitz, stajemy bowiem naprzeciw własnej nicości. Jaka reakcja jest w obliczu takiej konfrontacji możliwa? Wybaczenie, zrozumienie, akceptacja – to wszystko sofistyka, mówi Amery. Bo odpowiedzią eseisty jest radykalny sprzeciw, postawa pełna świadomego resentymentu, przerażenie i nienawiść do oprawców, a wreszcie w pełni zaplanowana śmierć z własnej woli i z własnej ręki. Ta negacja świata w jego aktualnej postaci zbliża Amery'ego do starożytnych gnostyków, którzy pełni odrazy do zdominowanej przez zło i cierpienie rzeczywistości wyrzekali się jej – w imię świetlistego królestwa jakiegoś nieznanego, dalekiego, wytęsknionego bóstwa bytującego gdzieś poza granicami naszego kosmosu. Jednak autor „Poza winą i karą” nie zna żadnych innych światów a jego głos brzmi wyjątkowo autentycznie – zdania są ostre, przejrzyste i wysmakowane. Warto zapytać, czy w ogóle jakikolwiek komentarz jest tutaj możliwy? Co bowiem mielibyśmy odpowiedzieć Amery'emu? Że powinien zaakceptować swój ciężki los? Że zło jest częścią planu, który zna wyłącznie dobry Bóg? Być może. Ja w każdym razie nie poważyłbym się na klepanie takich banałów wobec niepojętej tragedii Jeana Amery'ego. Wobec niepojętej tragedii, jaką bywa ludzkie życie.
Jean Amery: „Poza winą i karą. Próby przełamania podjęte przez złamanego”. Tłum. Ryszard Turczyn. Homini. Kraków 2007. Autor jest redaktorem działu Kultura w "Dzienniku"