ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (479) / 2023

Magdalena Piekara,

PRZEKSZTAŁCENIE TOŻSAMOŚCI I HIERARCHII (MAGDA SZCZEŚNIAK: 'PORUSZENI. AWANS I EMOCJE W SOCJALISTYCZNEJ POLSCE')

A A A
W 1981 roku Janusz Zaorski nakręcił film „Dziecinne pytania”, który z wiadomych (polityczno-cenzuralnych) względów dość szybko zniknął z ekranów, by zyskać „drugie życie” w mniej restrykcyjnej już końcówce lat 80. XX wieku. Dotyczył on właśnie zjawiska awansu społecznego, ale paradoksalnie, à rebours. Główny bohater tego obrazu, Miś (w tej roli występuje Adam Ferency – warto zaznaczyć, że to kreacja wybitna, szkoda, że film ten jest dość mało znany), przedstawiciel inteligencji technicznej. Jego zespołowi zlecono zaprojektowanie osiedla. Młodzi ludzie, którzy skończyli niedawno wyższe uczelnie, z głowami pełnymi ideałów o równości, równouprawnieniu, dostępie do dóbr materialnych i kultury, zostają zderzeni z rzeczywistością końca lat 70., gdy ich wymarzone osiedle już w fazie projektu traci przedszkole, basen, sklepy, szkołę, stając się pustynią z kapsułami mieszkalnymi (wykonanymi wedle niezbyt wysokich standardów) na końcu miasta, gdzie nie ma żadnej linii autobusowej czy tramwajowej, gdzie istnieje tylko błoto (gdy pada) albo piach (gdy wysycha), a na stworzenie terenów zielonych czy miejsc rozrywki zabrakło pieniędzy, a także, co znacznie bardziej boli bohatera – zainteresowania decydentów.

Miś, jako jedyny z zespołu, chce pozostać wierny ideałom, stara się być bezkompromisowy i pryncypialny, szczególnie, iż obserwuje swoich przyjaciół i widzi, że każdy z nich próbuje się jakoś „urządzić” czy „ustawić”. Ostatecznie Miś porzuca intratną posadę architekta, a przecież mógłby jak jego kolega (Wojtek) projektować wille dla aparatczyków komunistycznych albo godzić się na wszystko jak Kazik, udawać, że niczego nie widzi, nie słyszy, a dzięki takiemu postępowaniu dbać o rozwój kariery. Miś zostaje robotnikiem, pokazuje, że awans społeczny jest swoistą fikcją, że nadzieja na przyszłość związana jest nie z degenerującą się inteligencją pracującą, ale właśnie z klasą ludową. Jedna z końcowych scen filmu ukazuje Misia w pochodzie strajkujących stoczniowców. Można powiedzieć, że w tym obrazie kina moralnego niepokoju znajdziemy istotę układów społecznych w PRL-u, w tym także awansu społecznego, który okazuje się niezwykle trudny, a jego osiągnięcie wiąże się ze zbyt wysokimi kosztami jednostki. Miś, zatrzymany przez milicję z transparentem o treści „Absolwent uczelni technicznej szuka pracy nie wymagającej kompromisów”, trafia do aresztu, w którym prowadzi rozmowę z profesorem granym przez Zbigniewa Zapasiewicza. I te właśnie sceny więzienne owemu filmowi niestety nie służą. Postać inteligenta, chociaż sprawnie napisana i brawurowo zagrana, zawiera w sobie sporą dozę sztuczności – to prawie wolterowski Pangloss, chociaż pozbawiony optymizmu, musi wyjaśnić świat, jakby wszelkie jego tajemnice były wyłącznie dostępne dla jednej grupy społecznej, tej uzurpującej sobie prawa do duchowego przewodnictwa. Zapasiewicz, jak zawsze w rolach inteligentów z rodowodem przedwojennym, jest lekko protekcjonalny, lekko zirytowany, że ktoś nie rozumie rzeczywistości jak on sam. Miś nie ma więc preceptorów i musi, zniesmaczony kompromisami rówieśników i zmęczony monologiem profesora, spróbować przejść drogę, którą – podobno – ludowe państwo miało dla niego skrócić.

O filmie Zaorskiego piszę nie tylko dlatego, że nie pojawił się w analizach tworzonych w książce „Poruszeni. Awans i emocje w socjalistycznej Polsce”, ale dlatego, iż – moim zdaniem – doskonale ukazuje złożoność sytuacji awansu społecznego w latach 70. i 80. XX wieku, a ponadto zaznacza dość wyraźne pęknięcie w obrębie samego procesu, a także jego nieprzystawalność do zmieniających się czasów, oczekiwań i potrzeb ludzkich.

Wśród wielu tematów i problemów dotyczących społeczeństwa w czasie PRL-u awans społeczny był tym, który domagał się całościowego opracowania, szczególnie tak dogłębnego, jakie proponuje Magda Szcześniak. Nie znaczy to jednak, iż z niektórymi postawionymi przez nią w książce tezami nie będę polemizować.

Awans społeczny był i jest pojęciem zgoła ambiwalentnym, ponieważ przejście z klasy chłopskiej czy robotniczej do inteligencji pracującej (zwanej też twórczą, co, chociaż zapisane w artykule 65. z Konstytucji z 1952 roku, zdaje się pojęciem tautologicznym) było związane ze znalezieniem się w funkcji „służebnej” wobec grupy, do której należała władza, czyli „ludu pracującego miast i wsi” (Konstytucja 1952: art. 1, r. 2). Notabene należy powtórzyć za Szcześniak, że awans społeczny z miasta i ten sam proces zachodzący na wsi nigdy nie były procesem tożsamym, chociaż w oficjalnych wypowiedziach najczęściej wykazywano, iż zjawisko to ma charakter jednorodny: „Choć oficjalna ideologia PRL mówiła o »sojuszu robotniczo-chłopskim«, w rzeczywistości, kulturowy dystans między wsią a miastem był dużo większy niż dystans fizyczny” (s. 25). Władza także dość często przypominała, że jest jedynym dysponentem tego procesu, co podkreśla także Szcześniak, bowiem w definicjach awansu za znaczącą uważać należy „sprawczość państwa, awans się »otrzymuje« lub zostaje on »umożliwiony«” (s. 19), a w większości narracji przywoływanych w omawianej książce podkreślano „dobroczynne działanie państwa”, co potwierdza „status nowego ustroju jako patrona” (s. 49).

Wspomniana sprawczość doskonale jest widoczna w przypadku punktów za pochodzenie, które można było otrzymać przy rekrutacji na wyższe uczelnie już od roku 1965, zaś w kolejnych latach uzyskiwały one coraz większe znaczenie – pierwotnie „za pochodzenie” przyznawano jeden punkt (za każdy egzamin zdany z oceną bardzo dobrą otrzymywało się punktów pięć), rok później pochodzenie społeczne było nagradzane już trzema punktami, zaś w roku 1968 –pięcioma, dodawano jeszcze dwa punkty za odbytą przed studiami służbę wojskową, a także za pracę zawodową podjętą przynajmniej na pół roku przed egzaminami na uczelnię. Ministerstwo Oświaty i Szkolnictwa Wyższego wydało w 1969 roku pismo „Wytyczne w sprawie zasad i trybu kwalifikowania kandydatów na I rok studiów” (notabene obowiązywały one do roku 1987), w którym przeczytamy, iż w komisjach rekrutacyjnych powinni zasiadać także przedstawiciele organizacji społecznych i młodzieżowych, co ewidentnie zmienia sam proces egzaminacyjny. Zmiany w procesie rekrutacyjnym na studia wprowadzone po zajściach marcowych nie wydają się przypadkowe – awans społeczny mógł się dokonywać tylko wówczas, gdy władza, przynajmniej iluzorycznie, mogła sobie zagwarantować „właściwych” kandydatów.

O ile więc sam przebieg (jak pisze Szcześniak: trajektoria) awansu społecznego np. w latach 50., zdobywanie wykształcenia, a później pracy, był jednym z kamieni milowych (wraz z np. elektryfikacją, likwidacją analfabetyzmu czy reformą rolną, a także walką z gruźlicą i tworzeniem struktury służby powszechnej zdrowia) przemian społecznych w Polsce powojennej, o tyle administrowanie (zarządzanie) tym procesem od lat 60. XX wieku doskonale ukazuje, iż był najczęściej przez państwo traktowany instrumentalnie i propagandowo. A podlegające temu procesowi osoby dość szybko zdawały sobie sprawę z tego faktu. Dlatego też należy się zgodzić z Magdą Szcześniak, iż kategoria emocji jest w tym przypadku kluczowa – widać to szczególnie dobrze w rozdziałach pierwszym i drugim, gdy dostrzegamy tragizm opisywanych osób, ich zniechęcenie, niemożność powrotu do rodziny czy przeciwnie, niemożność (mimo zdobytego wykształcenia i związanych z tym ambicji) znalezienia własnego miejsca w świecie, który – w zapewnieniach władzy – miał być przyjazny i otwarty dla każdego, kto włączył się w nurt przemian.

W publikacjach, które ostatnio czytałam, a nawet recenzowałam, zauważalny jest problem językowy, z jakim borykają się badaczki i badacze czasów PRL-u. Próbując zdefiniować pojęcie „Polska Rzeczpospolita Ludowa” (chociaż nazwa ta została stworzona dopiero w 1952 roku), używają różnorakich terminów, które – niestety – nadal uznawać można ze względu na niedokładność za mylące i nieprecyzyjne. Szcześniak używa pojęcia „socjalizm państwowy”, co, według podręcznika Andrew Heywooda (2018), oznacza ustrój, w którym własność wspólna jest tożsama z państwową, co nawet zostało zapisane w konstytucji Kraju Rad. Jednak w książce dość często zostaje użyta forma „socjalizm” bez żadnego przymiotnika, co jest upraszczające, a także prowadzi do rozmywania pojęć. Wydaje się to dość istotne, szczególnie gdy zwrócimy uwagę na dyskurs polityczny współczesnej Polski, gdzie w potocznym rozumieniu np. komunizm i socjalizm są pojęciami wymiennymi. Dlatego też zwracać należy uwagę na dyscyplinę terminologiczną, nawet jeśli wymaga to powtarzania niektórych fraz. Może przymiotniki np. „radziecki” czy „leninowski” (a nawet niekiedy „stalinowski”) prowadziłyby do uporządkowania tej kwestii, co zresztą bezpośrednio prowadzi do kolejnej, także w pewien sposób związanej z nazewnictwem.

Dość często traktuje się PRL jako pewien monolit, jako pewien projekt zaplanowany, nieustannie rozwojowy i realizowany, nie dostrzegając jednak, iż poszczególne okresy, które składają się na trwanie tej formacji ustrojowej (np. stalinizm, epoka gomułkowska, gierkowska, stan wojenny itd.), zdecydowanie się od siebie różnią, na dodatek bardzo często te następujące po sobie przedziały czasowe są – między innymi – bezpośrednim skutkiem protestów robotniczych i zmiany władzy, a tym samym zmiany priorytetów, języka, a także sposobu realizacji pewnych, w tym także kluczowych, kwestii ideologicznych, gospodarczych czy społecznych.

Książka Szcześniak jest niezwykle inspirująca, prowokuje do dyskusji, dopowiedzeń, a przede wszystkim jest to ujęcie pionierskie, bowiem status i skala awansu społecznego do dziś budzą wiele pytań, często też powielają stereotypowe ujęcia, jak np. uwagi o istocie inteligencji PRL-owskiej, jakie zaproponował w felietonie Krzysztof Teodor Toeplitz, który jeszcze nie tak dawno, przed kilkunastu laty, dość protekcjonalnie pisał: „Inteligent z awansu okazywał się nierzadko znakomitym specjalistą, rzetelnym naukowcem, dociekliwym badaczem, tym jednak, co zazwyczaj odróżniało go od przedwojennego inteligenta, były niedostatki w warstwie obyczajowej, często dotyczącej także gustu estetycznego i tak zwanego obycia” (Toeplitz 2015). Dlatego więc książka Szcześniak, wolna od uprzedzeń, od protekcjonalizmu, pogardy i nonszalancji, wnikliwa i rozważna niesie ze sobą niezwykłą moc – swoistego odczarowania problemu, o którym wiele się mówi (tu szczególnie cenne są uwagi, przyznaję, że bardzo mi bliskie, jakie autorka formułuje wobec propozycji Andrzeja Ledera).

Chciałabym jeszcze skupić się na dwóch kwestiach, wobec których jestem nieco krytyczna. Po pierwsze: zakres analizowanych tekstów. Nie chodzi mi w tym momencie o ich liczbę, która jest niezwykle imponująca, o czym świadczy zamieszczona na końcu książki obszerna bibliografia pogrupowana w kilku obszarach. Raczej o zestawianie ze sobą dzieł tak bardzo różnych. Filmów fabularnych i seriali, powieści, kronik filmowych, artykułów prasowych oraz materiałów propagandowych, a także filmów dokumentalnych oraz pamiętników wydawanych w postaci zbiorów i drukowanych w prasie. Każdy z przywołanych przeze mnie gatunków ma różniące się od siebie, często w sposób znaczący, sposoby prezentacji i wypowiadania się bohaterów. Notabene w przypadku wszystkich tekstów (w tym filmowych) tworzonych w czasach PRL-u trzeba zaznaczyć obszar propagandy, a także zakres oddziaływania cenzury, który w poszczególnych okresach był różny. Nie są więc teksty analizowane przez Szcześniak neutralne, a ich zawartość – chociaż to trudne – trzeba poddawać dość żmudnej analizie, wieloaspektowej.

Problem ten najdobitniej ujawnił się w przypadku analizy „Poematu dla dorosłych” Adama Ważyka, gdy Szcześniak pisze o obrzydzeniu poety ukazanym we fragmencie o hotelu robotniczym, które „wypływa z klasowo naznaczonego rozczarowania klasą robotniczą odczuwaną przez przedstawiciela inteligencji” (s. 86). Notabene autorka idzie tu tropem zaproponowanym przez Catherine Lebow w książce „Unfinished Utopia. Nowa Huta, Stalinism, and Polish Society” wydanej w 2013 roku. Szcześniak także zauważa, że „manifest Ważyka czytać można więc także jako odrzucenie polityki ciągle rosnącej przepuszczalności granic klasowych” (s. 86). Pytanie, czy rzeczywiście można tak właśnie interpretować tekst Ważyka, szczególnie że autorka nie przedstawia w tekście swej książki żadnych, poza pomysłem Lebow (konfliktem między klasą ludową a inteligencją, której hegemonia została po wojnie odrzucona), lektur – dodajmy: najlepiej literaturoznawczych – na ten temat, a przecież wiersz Ważyka był przez ostanie kilkadziesiąt lat wielokrotnie czytany.

Co ciekawe, to Katarzyna Kobylarczyk w reportażu historycznym „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy”, rozmawiając z robotnicami, przedstawia inną historię, przypomina o kobietach, które bały się wyjść z hotelu po zmroku, o dwóch atakach gromady junaków, próbujących włamać się do żeńskich kwater. Szturm (drugi) na kobiecy hotel miał miejsce w październiku 1951 roku, doszło wówczas, poza obelgami słownymi, do wytłuczenia „wszystkich szyb”, miało także miejsce „wyrwanie okien z futrynami, skopanie i pobicie dziewcząt”. Podłoże ataku było stricte seksualne. W wyniku pierwszego napadu wezwano telefonicznie milicję i funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, którzy oddali około dwustu strzałów, śmiertelnie raniąc jednego z napastników. W czasie drugiego dziewczętom z hotelu robotniczego nie pomógł nikt. (zob. Kobylarczyk 2020: 57-58). Rozmówczynie Kobylarczyk opowiadają jej także o kobiecym niedojadaniu, na stołówkach bowiem pierwszeństwo mieli (albo je wymuszali) mężczyźni, dlatego one „ciepły posiłek jedzą tylko w soboty i niedziele, kiedy ugotują go sobie na węglowej kuchence” (Kobylarczyk 2020: 57). Warto byłoby się zastanowić nad tym, czy stanowisko Ważyka wynika z obrzydzenia klasowego, czy też stanowi reakcję na wydarzenia, które z pewnością były dość głośne, nawet jeśli nie były opisywane przez media (wszak kompromitowały system polityczny) i ukazywane w kronice filmowej. Tę część manifestu Ważyka (bynajmniej nie całość) można więc czytać także przez pryzmat przemocy patriarchalnej, jakże częstej w czasach PRL-u. I chyba jest to bardziej uprawnione aniżeli rozważania na temat antagonizmów klasowych i rozgoryczenia inteligenta (szczególnie w kontekście biografii tego twórcy).

Z podobnego powodu nietrafiony wydaje mi się fragment (chociaż trzeba oddać autorce sprawiedliwość, jest niezwykle erudycyjny) porównujący prozę Anne Ernaux i Carolyn Kay Steedman z robotniczymi pamiętnikami polskimi. Warunki, w których tworzyły Ernaux i Steedman, były diametralnie inne od tych, w jakich pisały polskie robotnice, w których teksty mogli (i z pewnością to robili) ingerować redaktorzy wydawnictw, kastrujący książki z niewygodnych ideologicznie fragmentów, a także cenzorzy. To, że nadawczynie są powiązane ze sobą trajektorią awansu społecznego, nie powoduje żadnego powinowactwa – właśnie ze względów politycznych i umiejscowienia podmiotu mówiącego.

Ze zbliżoną sytuacją mamy do czynienia, gdy Szcześniak analizuje dość dokładnie film „Pierwsze dni” w reżyserii Jana Rybkowskiego. Idzie z kolei tropem rozważań Padraica Kenneya, który na podstawie analizy tekstu Kazimierza Wyki wysnuł m.in. wniosek, że „Kradzież była sposobem na wymuszanie klasowej sprawiedliwości” (s. 77). To uproszczenie wydaje się szczególnie – w kontekście tej fabuły – krzywdzące. Nie dlatego, iż „Pierwsze dni” to jakaś wybitna produkcja filmowa tamtego okresu, ale dlatego, że motywacje głównego bohatera tego dzieła są złożone. Kwestia zakopanego mienia fabrycznego stanowi kluczowy element dla dojrzewania ideologicznego postaci tytułowego bohatera, zaś możliwość sprzedania mienia fabrycznego paserowi, chociaż nęcąca, ewidentnie budzi obrzydzenie. Co ciekawe, omawiany film powstał na podstawie książki Bogdana Hamery „Na przykład Plewa”, która na tle schematycznych powieści produkcyjnych lat 50. nie wyróżnia się jakoś nadmiernie, jednak rozważania bohatera (notabene awansującego stróża), które dotyczą wspólnoty, mienia, partii, a nawet stereotypu Rosjanina, nie są proste czy prymitywne. Szkoda, że Szcześniak nie zwróciła uwagi w trakcie oglądania filmu na to, co zostaje dość mocno zaznaczone w jego napisach początkowych: że mamy do czynienia z dwoma powiązanymi tekstami: literackim i filmowym. Wzięcie pod uwagę powieści (zestawionej z filmem, w którym niektóre z wątków uległy redukcji) mogłoby umożliwić stworzenie znacznie ciekawszej perspektywy, nieopartej na dość mało oryginalnej, niezwykle uproszczonej (w tym także klasowo) tezie Kenneya.

Z tego pierwszego zarzutu wynika kolejny. Rozumiem, że Szcześniak odwołuje się do najbardziej aktualnego stanu badań, myślę tu przede wszystkim o anglosaskich historyczkach i historykach spod znaku rewizjonizmu, co jest zrozumiałe, ponieważ prezentują one jakże ważną dla opracowania tematu awansu społecznego perspektywę klasową. Jednak pomijanie sporej części dorobku badaczek i badaczy, którzy zajmowali się poruszaną w książce tematyką, wydaje mi się krzywdzące. Być może, zamiast na przykład dość długich streszczeń fabuły niektórych analizowanych dzieł, które niewiele wnoszą, warto byłoby odnieść się, w tym polemicznie, do niektórych wcześniejszych tekstów badawczych, które powstały po 1989 roku. Zdaję sobie sprawę z faktu, że rozważania Wojciecha Tomasika czy Michała Głowińskiego dotyczące języka, klisz i stereotypów w dużej części są dziś niewystarczające, jednak, jak pokazałam wcześniej, mogłyby znacząco wzbogacić perspektywę (Głowiński poświęcił „Poematowi dla dorosłych” Ważyka tekst w książce „Rytuał i demagogia. Trzynaście szkiców o sztuce zdegradowanej”, który z pewnością mógłby pewne aspekty analizowanego przez Szcześniak tekstu zmienić). Zauważam także znaczący brak książki „Zapomniani bohaterowie. O bohaterach filmowych polskiego socrealizmu” Piotra Zwierzchowskiego, w której znajdują się analizy filmów dotyczących problematyki awansu społecznego. Szczególnie iż niektóre ustalenia Zwierzchowskiego i Szcześniak są podobne: po cóż więc wyważać otwarte drzwi?

Abstrahując od kwestii, z którymi dyskusja jest przywilejem czytelników i czytelniczek, warto zauważyć, że książka Szcześniak stanowi niezwykle ważną i wartościową propozycję wydawniczą. Niezwykle inspirującą, pod wpływem bowiem lektury tej książki zaczęłam zastanawiać się ponownie nad kwestią awansu społecznego w polskich powieściach socrealistycznych. W ostatnich kilku latach propozycje autorek takich jak Katarzyna Szopa, Agnieszka Mrozik czy właśnie Magda Szcześniak są niezwykle znaczące dla badań literaturoznawczych, historycznych i kulturoznawczych dotyczących czasów PRL-u.

LITERATURA:

Konstytucja Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej uchwalona przez sejm ustawodawczy w dniu 22 lipca 1952 r. Dziennik Ustaw Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej 1952 nr 33. Warszawa 1952.

Pismo Nr DU5-0241-33/69 w sprawie zasad i trybu kwalifikowania kandydatów na I rok studiów dziennych w szkołach wyższych w roku szkolnym 1969/70. Dziennik Urzędowy Ministerstwa Oświaty i Szkolnictwa Wyższego. Warszawa, 12 czerwca 1969.

Heywood A.: „Ideologie polityczne. Wprowadzenie”. Przeł. N. Orłowska, D. Stasiak, M. Habura. Warszawa 2008.

Kobylarczyk K.: „Kobiety Nowej Huty. Cegły, perły i petardy”. Kraków 2020.

Toeplitz K.T.: „Próba opisu inteligenta z PRL”. „Polityka” 15 grudnia 2005. https://www.polityka.pl/tygodnikpolityka/spoleczenstwo/166195,1,proba-opisu-inteligenta-z-prl.read.
Magda Szcześniak: „Poruszeni. Awans i emocje w socjalistycznej Polsce”. Wydawnictwo Krytyki Politycznej. Warszawa 2023 [seria: Seria Historyczna].