ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 stycznia 2 (482) / 2024

Katarzyna Szkaradnik,

'JOHNNY WAHA SIĘ', WIDZOWIE JUŻ WIEDZĄ ('TIK, TIK... BUM!', REŻ. WOJCIECH KĘPCZYŃSKI)

A A A
Przez kilka lat w okresie świąteczno-noworocznym obowiązkowo towarzyszył mi „Rent” – musical, którego akcja toczy się głównie na przełomie roku i którym byłam zafascynowana. Choć jednak obejrzałam w Internecie sporo jego wersji, o autorze z początku wiedziałam niedużo poza tym, że odszedł ze świata młodo, a przedstawiona przezeń historia bohemy biedującej w Nowym Jorku w epoce, gdy AIDS zbierało śmiertelne żniwo, nawiązuje w pewnej mierze do jego własnych doświadczeń. Ta rockowa wariacja na temat „Cyganerii” Pucciniego – już w chwili premiery w 1996 roku okrzyknięta dziełem zarówno rewelacyjnym (co potwierdzają cztery nagrody „Tony”), jak i rewolucjonizującym gatunek – wciąż cieszy się zainteresowaniem (sama miałam szczęście zobaczyć ją w warszawskiej „Rampie” w 2015 roku). Natomiast postać Jonathana Larsona pozostawała nieco w cieniu, mimo iż nadała „Rent” aurę tytułu legendarnego, gdyż niespełna 36-letni kompozytor zmarł na tętniaka aorty dosłownie w przeddzień pierwszego pokazu swego późniejszego hitu. 

Że twórca ten jest wart przypomnienia, udowadnia inny jego musical, w jeszcze większym stopniu oparty na motywach autobiograficznych – powstały w 1990 roku „Tick, Tick… Boom!”. W 2001 roku ów „monolog rockowy”, z którym występował Larson, opracował na podstawie szkiców David Auburn, równocześnie zmieniając formułę na sztukę dla tercetu wykonawców. Od wystawienia na off-Broadwayu zdobywała ona przychylność odbiorców w USA i za oceanem, lecz jej rozpropagowanie stanowi zasługę Lina-Manuela Mirandy, musicalowego guru, który wyreżyserował adaptację „Tick, Tick… Boom!” według scenariusza Stevena Levensona, dystrybuowaną na „Netfliksie” od 2021 roku. Oddźwięk pojawił się od razu: na realizatorów posypały się nagrody, Amerykański Instytut Filmowy umieścił tę produkcję w czołowej dziesiątce filmów roku, a grający główną rolę Andrew Garfield otrzymał nominację do Oscara oraz Złoty Glob w kategorii „najlepszy aktor komedii lub musicalu”. Nie była zatem ryzykiem decyzja Wojciecha Kępczyńskiego, dyrektora Teatru Muzycznego „Roma”, by starać się o licencję na inscenizację dzieła Larsona, zwłaszcza że istnieje już w Polsce pokaźne grono miłośników gatunku, którzy nie musieli guglować tej pozycji, tylko entuzjastycznie przyjęli zapowiedź jej premiery i rzucili się na bilety (wiem, co mówię: zapisałam się na newsletter „Romy” jedynie w celu uzyskania dostępu do puli z przedsprzedaży). 

Ten nieoczywisty wybór repertuarowy okazał się strzałem w dziesiątkę, lub raczej: w trzydziestkę. Wprawdzie tytuł „tik, tik… BUM!” może przywodzić na myśl farsę – i spektakl zawiera elementy komediowe – ale mamy do czynienia przede wszystkim z poruszającym dramatem. Protagonistę Jonathana poznajemy na tydzień przed 30. urodzinami, które w jego odczuciu są cezurą zamykającą okres, gdy mógł być po prostu obiecującym młodym kompozytorem. Bohaterowi doskwiera nieznośna świadomość, że czas płynie, a on utknął na mieliźnie: niczego nie osiągnął, nie założył rodziny i ledwo wiąże koniec z końcem, od paru lat pracując nad musicalem zatytułowanym znamiennie „Superbia” (‘duma’, ‘wyniosłość’), dzięki któremu, jak wierzy, jego gwiazda wreszcie zabłyśnie na Broadwayu. Poza wizją sławy i tantiem motywuje go przekonanie, iż uchwycił w libretcie pewne uniwersalia: „Może napisałem coś, co zdefiniuje nasze pokolenie?”. Czas przeszły w przytoczonych słowach wynika stąd, że niebawem ma się odbyć pokaz warsztatowy „Superbii”, co jednak tylko potęguje niepokój Jona, który traktuje owo wydarzenie jako swoją ostatnią szansę. Zarazem wystarcza mu dystansu, by zdiagnozować u siebie „kryzys wieku przedśredniego” i syndrom Piotrusia Pana. 

Zbieżność imion protagonisty i autora sugeruje upatrywanie w pierwszym alter ego drugiego. Wszak „Jonathan Larson sam był typowym przedstawicielem nowojorskiej cyganerii. (…) grał na kilku instrumentach, śpiewał i pisał. Studiował aktorstwo (…); ogrzewania w jego lokum (…) nie było. (…) pomieszkiwał z wieloma przedstawicielami wolnych zawodów (…). Tworzył wiele innych, drobnych form, skomponował setki piosenek. Ale przełomu w karierze nie doświadczył, kelnerował i pisał, »Rent« stał się jego obsesją” (Wyszogrodzki 2018: 438). Zmagał się zatem z dylematem podobnym do tego, który nurtował Jona. Czy postawić wszystko na jedną kartę i konsekwentnie podążać za marzeniami, choćby kosztem relacji z bliskimi? Czy dać za wygraną i wziąć się do „poważniejszego”, bardziej lukratywnego zajęcia? (doskonale oddaje to song „Johnny waha się” na trzy głosy). Może się tu nasunąć aforyzm: „Nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie”, lecz przecież szkopuł w tym, czy poświęca się czas właściwemu celowi. Z jednej strony rozgoryczony bohater „tik, tik… BUM!” czuje presję, iż jego idol Stephen Sondheim – niejako patronujący temu musicalowi – debiutował z sukcesem już przed trzydziestką (piosenki z „West Side Story”!), z drugiej strony przyjaciel i dziewczyna uparcie namawiają go do podjęcia dojrzałej decyzji i porzucenia mrzonek: „Obawiam się, że sam sobie szykujesz wielkie rozczarowanie”.

Rozczarowania na pewno nie doznają widzowie; jak sądzę, niezależnie od obsady. Recenzent omawiający spektakl w wykonaniu Macieja Pawlaka (Jon), Anastazji Simińskiej (Susan) i Piotra Janusza (Michael) spuentował swoje wrażenia: „W drugim secie na scenie występują Marcin Franc, Maria Tyszkiewicz i Maciej Dybowski – aż korci, żeby zobaczyć ich występ, bo ciężko sobie wyobrazić, że można to zrobić lepiej” (Zajdler 2023). Otóż 21 listopada, trzy dni po premierze, miałam sposobność oglądać ów alternatywny skład i moim zdaniem trudno byłoby pokonać poprzeczkę, którą właśnie ta obsada postawiła nader wysoko. Zaznaczam więc, że piszę o konkretnych odtwórcach ról, gdyż w wypadku tego kameralnego musicalu gra aktorska jest sednem i przypuszczalnie każde trio emanuje trochę innymi fluidami. Na wstępie mogę stwierdzić, że cała trójka kreuje postacie pełnowymiarowe – choć uczestniczymy zaledwie w urywku ich życia, wyczuwamy, iż niosą w sobie przeszłość, która w połączeniu ze złożoną osobowością determinuje ich posunięcia. 

Ucieszyłam się, kiedy ujrzałam w zapowiedziach, że trafię na Marcina Franca, ponieważ „chłopak z sąsiedztwa” taki jak Jon wydaje się jego wzorcowym emploi. Protagonista ma szczególne zadanie – ani na moment nie schodzi ze sceny, ponadto prowadzi narrację, w której komentuje to, co się dzieje przed naszymi oczami, snuje wspomnienia i zwierza się z rozterek. Aktor, którego obserwowałam w „Aidzie” i „next to normal” i którego kojarzę również z serialem „Stulecie Winnych”, jakby pozbywa się innych wcieleń i przez sto minut jest jedynie Jonem; w dodatku nie próbuje konkurować z Garfieldem, tylko konstruuje bohatera na bazie własnej empatii. Bywa on zatem marzycielski i błyskotliwy, egocentryczny i uroczy, idealistyczny i żądny aplauzu, niepewny i uparty, wesoły i nerwowy; chociaż przygnębienie wysuwa się na pierwszy plan, to – jak zauważa autorka serwisu Kierunek Musical – „w bardziej energetycznych i dowcipnych numerach Marcin świetnie prezentuje swoje poczucie humoru, luz, zabawę konwencją i (…) frajdę, jaką sprawia mu ta rola” (Dąbkowska 2023). Mimo owego dualizmu, lub raczej wewnętrznego rozdarcia, mamy do czynienia z postacią spójną i przekonująco przedstawioną; rysy Jonathana oraz amplituda jego emocji zostają nakreślone za pomocą subtelnych gestów i mimiki, które jednak łatwo dostrzec ze względu na bliskość między sceną a widownią. Superlatywy pod adresem Franca za zasadne uznaje też m.in. recenzentka portalu Teatr dla Wszystkich: „[J]ako Jon po raz kolejny udowadnia, że każda jego rola to znak najwyższej jakości. Dzięki niemu ani przez chwilę nie wątpimy w wyjątkowość i wrażliwość głównego bohatera, pomimo że charakter Larsona z libretta nie należy do najsympatyczniejszych” (Serlikowska 2023).

Jak napomknęłam, 21 listopada Francowi partnerowali Maria Tyszkiewicz i Maciej Dybowski. Aktorzy grający dziewczynę i przyjaciela protagonisty mają przed sobą nie lada wyzwanie, odtwarzają bowiem również role epizodyczne; a ponieważ przez scenę przewija się wręcz parada trzecioplanowych postaci, oboje muszą przechodzić błyskawicznie transformacje, by powołać je do istnienia. Tak więc Tyszkiewicz widzimy przede wszystkim jako tancerkę Susan, która liczy na ustabilizowanie się ukochanego i wspólną wyprowadzkę z Nowego Jorku, ale choć marzy jej się domowe ognisko z dala od aglomeracji, nie rezygnuje dla mężczyzny z własnej szansy zawodowej. Aktorka wciela się jednak także w inne kobiety obecne w życiu Jona, zresztą diametralnie różne: jego matkę, agentkę (po zmianie barwy głosu na zachrypnięty od papierosów), szefową o naturze femme fatale czy nieco nachalnie uwodzicielską Karessę występującą w „Superbii” (sama ta ostatnia bohaterka ma dwojakie oblicze, co uderza, gdy komediową scenę w punkcie ze słodyczami zestawi się ze wzruszającym wykonaniem songu „Zmysły odzyskaj”, który skądinąd pozwala ocenić wokal Tyszkiewicz).

Trio dopełnia Dybowski jako Michael, zaprzyjaźniony z Jonem od dzieciństwa oraz wynajmujący z nim lichy loft w Soho. Wszakże do czasu: młody mężczyzna daje sobie spokój z rojeniami o aktorstwie i zatrudnia się w marketingu, z czym idzie w parze możliwość przeniesienia się do apartamentowca, zakupu BMW i ekskluzywnych gadżetów. Michael nie patrzy jednak na protagonistę z góry, tylko usiłuje mu pomóc; natomiast ten drugi odnosi się do pierwszego z mieszaniną zazdrości i pogardy, zarzucając mu oportunizm, nieświadom, że przyjaciel tai przed nim przytłaczające brzemię. Zgrabnie podsumowuje ową kreację redaktorka portalu Popkulturowcy: „To ze strony Michaela przychodzi niespodziewane BUM!, które otrzeźwia Jona i ucisza wszystkie inne »tik, tik« znajdujące się w jego głowie. W tej roli jak na dłoni widać, że dobre aktorstwo nie potrzebuje spektakularnych efektów, żeby zachwycić” (Chwiałkowska 2023). Ale i Dybowski przeobraża się w osoby krańcowo odmienne od łagodnego współlokatora: sprzedawcę łakoci („istnego Elvisa branży cukierniczej” [Dąbkowska 2023]), telefonującego ojca Jona czy stażystę w agencji reklamowej. 

Właśnie postacie epizodyczne umożliwiają obojgu wykonawcom zaprezentowanie znakomitego warsztatu. W zasadzie każda z nich jest karykaturalna, uobecniana dzięki symbolicznemu rekwizytowi typu czapka, płaszcz czy okulary, modulacji głosu i kilku przerysowanym gestom. Konieczność ekspresowych przeskoków między rolami sprawia, że wątła akcja nabiera wartkości i lekkości, a komizm sytuacyjny nadaje spektaklowi pewną młodzieńczą zadziorność. Przykładem niech będzie piosenka, w której Jon opowiada, jak z perspektywy kelnera wyglądają wizyty gości w wytwornej restauracji: „robi tu szum głupców tłum”, „tu w niedziele wszyscy brunche żrą”. We wnętrzu lokalu pośpiesznie zaaranżowanym na oczach widzów Dybowski i Tyszkiewicz wcielają się w klientów, by odegrać pantomimę parodiującą snobizm, z którego pokpiwa protagonista. Z kolei wybuchy śmiechu może wywoływać „etiuda-perełka”, mianowicie „kapitalna korpokarykatura, bezlitośnie drwiąca z korpobełkotu, korpopicu i blichtru systemu brutalnego mielenia indywidualności pod pozorem jej uwielbienia” (Mlącki 2023). W innej humorystycznej scenie Michael oprowadza głównego bohatera po swoim apartamencie. Obaj wynoszą pod niebiosa luksusowe sprzęty, które porównują z siermiężnymi warunkami w lofcie, czemu towarzyszą dynamiczna, rockowa piosenka i żywiołowy ruch, z tarzaniem się po ziemi włącznie. Rozbrajający jest też brawurowo zagrany i zatańczony pean na cześć łakoci, czyli epizod przy stoisku ze słodyczami. Takie fragmenty kontrastują ze scenami refleksyjnymi, ale nie powodują dysonansu ani nie stanowią tylko przerywników-wypełniaczy, przeciwnie – budują dramaturgię, a reżyseria wydaje się punkt po punkcie skrupulatnie przemyślana.

Przemyślane są jednak przede wszystkim role. Aktorzy muszą rozumieć na wskroś zarówno bohaterów, jak i siebie nawzajem, by osiągnąć właściwy efekt np. w fenomenalnym obrazku piętrzących się nieporozumień (sic!), tj. kłótni Jona z dziewczyną („Terapia”). Z realistycznymi replikami rzucanymi coraz szybciej do słuchawki telefonu korespondują tu mechaniczne, zsynchronizowane gesty i mimika, które oddają kuriozalność sytuacji. Na małej scenie, gdzie widzowie mają bezpośredni kontakt z aktorami, każdy zgrzyt staje się wyczuwalny, tymczasem w „tik, tik, BUM!” trudno zauważyć jakąkolwiek nieszczerość. Franc, Tyszkiewicz i Dybowski tworzą harmonijny tercet, w którym poprzez interakcje między bohaterami ujawniają się ich charaktery oraz relacje – wyraziste i zniuansowane zarazem. W tym wypadku minimalizm środków pozwala uzyskać maksimum przekazu.

O minimalizmie można mówić także w odniesieniu do pozostałych komponentów spektaklu. W pierwszej kolejności trzeba tu wymienić umowną i pozbawioną przepychu scenografię Mariusza Napierały. Oto znajdujemy się w lofcie wynajmowanym przez bohaterów, gdzie w centralnym punkcie stoi – rzecz jasna – keyboard, a na wyposażenie składają się jeszcze odrapane biurko z masywnym monitorem, dwa krzesła, sofa i telefon; są też schody przeciwpożarowe wiodące na dach, na których Jon flirtuje z Susan (co przywodzi na myśl song „Out Tonight” z „Rent”). Jednak na mocy konwencji i wyobraźni przenosimy się w inne miejsca: do biura korporacji, do wnętrza samochodu czy do restauracji (wszak keyboard może się w parę sekund przeistoczyć w nakryty stół). Ważną rolę odgrywa światło, które nie tylko potęguje napięcie, lecz także wywołuje wrażenie ruchu czy pomaga odgraniczać ramę narracyjną od scenicznego „tu i teraz”. Najbardziej pomysłowe wydaje się tło – szara tapeta w postaci wyblakłych plakatów ze słynnych musicali; dekorację tę można identyfikować zarówno z wystrojem mieszkania fana, jak i z afiszami na Broadwayu, który przemierza nocą protagonista, marząc, by ujrzeć na nich własne nazwisko.

Za przejaw swoistego minimalizmu wolno też uznać czteroosobowy band z liderem i kierownikiem muzycznym Jakubem Lubowiczem, równie dobrze prezentujący się w mocniejszych kawałkach z pazurem („Trójka z przodu”), jak i w utworach lirycznych, melodramatycznych. Co warte podkreślenia, zespół jest widoczny za sceną, więc nie sposób zapomnieć, że muzykę Larsona wykonuje się na żywo. O choreografii już napomknęłam, ale muszę powtórzyć, że choć w spektaklu nie ma scen zbiorowych, układy opracowane przez Agnieszkę Brańską nie należą do najprostszych i wymagają od aktorów skoordynowania i szybkich reakcji (np. w tańcu z… ptysiami).

Jeśliby chcieć mówić o minimalizmie w kontekście przekładu, to w takim znaczeniu, że odbiorcy nieznający oryginału danego dzieła nieraz bagatelizują ów aspekt. Tymczasem tłumaczenie piosenek i libretta jest prawdziwą sztuką, której z zadowalającym rezultatem podołał Michał Wojnarowski: dialogi brzmią naturalnie, a teksty zostały płynnie dostosowane do linii melodycznej. O kunszcie translatorskim świadczy komizm słowny w scenie burzy mózgów w korporacji czy przekład tytułu „30/90” („Thirty/ninety”) jako „Trójka z przodu”. Bodaj tylko przebojowy song „Zmysły odzyskaj” w całości bardziej mi pasuje w wersji anglojęzycznej („Come to Your Senses”). Na marginesie wypada przypomnieć, że utwory są integralną częścią fabuły, jednak ich naczelną funkcję stanowi odzwierciedlanie życia wewnętrznego bohaterów. Ono zaś okazuje się – o czym już pisałam – bynajmniej nie minimalistyczne.

Bez inscenizacyjnego efekciarstwa, ze szczyptą ironii tonującej patos, „tik, tik… BUM!” porusza sprawy fundamentalne, stawia pytanie, co jest rzeczywiście istotne w obliczu nieuniknionego mijania czasu: „mieć” czy „być”. Czy warto przyznawać priorytet karierze? A co, jeśli nie chodzi o karierę, lecz o samorealizację? Jak długo można się karmić złudzeniami na przekór niepowodzeniom? Czy nonkonformizm zawsze oznacza właściwy wybór? I wreszcie – cytując Jona – „dlaczego musi się coś stać, byśmy zrozumieli, gdzie tkwi błąd?”. Ale przecież oprócz elementów psychologicznych i refleksji egzystencjalnych na ową skromną, jednoaktową sztukę składają się też inne warstwy. Larson szkicuje realia społeczne uboższych dzielnic amerykańskiej metropolii z przełomu lat 80. i 90. i niemal da się poczuć atmosferę ówczesnego Manhattanu. Podobnie jak w najsłynniejszym dziele tego twórcy pojawia się motyw nieheteronormatywności, ważną rolę odgrywa wątek dążenia do majątku i statusu (pamiętamy z „Rent”: „when you’re living in America / at the end of the millenium / you’re what you own”), a protagonista serwuje nam dowcipne i gorzkie obserwacje dotyczące obłudy high-life’u i show-biznesu. Jest to także musical autotematyczny, ukazujący znacznie więcej cieni niż blasków życia kompozytora utworów dla teatru muzycznego, a zarazem nasycone aluzjami do Sondheima, klasyka gatunku. Ostatecznie nie wychodzimy z widowni z niedosytem – w ciągu stu minut wydarza się wiele, aczkolwiek raczej w nas niż na płaszczyźnie fabularnej czy wizualnej.

Gdy odkryłam, że powstało już sporo recenzji „tik, tik… BUM!”, ogarnęły mnie ambiwalentne uczucia. Zorientowałam się, że będę miała kłopot, by napisać coś oryginalnego, niemniej przeważyła radość, że tytuł ten został dostrzeżony – wszak równolegle na scenie głównej „Romy” święci triumfy imponujące „We Will Rock You”, musical typu jukebox. Co ciekawe, obie produkcje wyreżyserował Kępczyński. Zobaczyłam je dzień po dniu i stwierdziłam, że w istocie są jak niebo i ziemia – spektakl osnuty wokół szlagierów Queen to feeria, cuda i błyskawice, natomiast „tik, tik… BUM!” to „przyziemne” migawki z codzienności trojga trzydziestolatków. Ale chociaż ubóstwiam Mercury’ego i spółkę, nie waham się nazwać „We Will Rock You” przerostem formy nad treścią. W metafizyczne niebo można jedynie wierzyć – ziemia jest namacalna, doświadczalna zmysłami (chciałoby się rzec: „come to your senses”). Przeznaczenie kameralnej Novej Sceny dla dzieła Larsona z pewnością nie wynika tylko z przewidywania jej mniejszego potencjału komercyjnego, lecz z oczywistego wniosku, że tam w pełni zalśnią walory tego spektaklu. Tam publiczność może nawiązać nieledwie osobisty kontakt z trójką aktorów i śledzić emocje odmalowujące się na ich twarzach, by przekonać się, że tak „sztuczna” forma jak musical potrafi być do bólu autentyczna. 

Obie pozycje repertuarowe zestawił również recenzent „Rzeczpospolitej” i wysunął podobną konkluzję: „Wszystkim widzom zabiegającym o zdobycie biletów na »We Will Rock You« (…) należałoby polecić obejrzenie też »tik, tik… BUM!«. Te dwa przedstawienia są jak awers i rewers monety, dopiero poznawszy oba, możemy zrozumieć, czym jest dzisiaj musical. Że nie ogranicza się do widowisk z oszałamiającymi efektami, monumentalną scenografią i przebojowymi piosenkami, ale (…) pokaz[uje] nawet najbardziej prywatne ludzkie problemy” (Marczyński 2023). Magnetyzm tego specyficznego gatunku zasadza się bowiem zwłaszcza na aktorstwie i śpiewie wysokiej próby, przejmującej fabule i muzyce oraz ponadczasowej aktualności emocji. W przeciwieństwie do rozbuchanego, lecz płytkiego „We Will Rock You” (który przecież oklaskiwałam i w którego obsadzie, notabene, występują również Tyszkiewicz i Dybowski) „tik, tik… BUM!” prezentuje, co podkreśla sam reżyser, „świat niełatwy – pełen sprzecznych uczuć, pełen raczej różnych odcieni szarości niż jaskrawych, jednoznacznych barw, pełen frustracji, ale też pełen nadziei” (Kępczyński, za: Bojanowicz 2023). Dzieją się w nim bowiem także rzeczy dramatyczne, a kapryśne fatum wymierza cios z najmniej spodziewanej strony. I chociaż nie zostajemy pozbawieni pocieszenia, deus ex machina nie przesłoni prawdy, że rewersem każdego wyboru okazuje się strata. 

„Czy to jest to?” – powątpiewają w trafność swoich decyzji bohaterowie. Publiczność opuszczająca Novą Scenę wie natomiast, że to było właśnie to. Być może czytelnik uzna, że przytaczam tu za dużo cudzych opinii, ale warto ich zbieżność potraktować jako tzw. społeczny dowód słuszności. Jeśli zaś dzięki niniejszemu omówieniu ktokolwiek postanowi wybrać się na „tik, tik… BUM!”, to spełniłam wyznaczone sobie zadanie. Jeśli w dodatku dzieło Larsona obejrzy ktoś, kto do musicali podchodzi z rezerwą, będę całkiem usatysfakcjonowana i spokojna: zapewne uda się pozyskać kolejną osobę do „rzędu dusz” zakochanych w tym gatunku.



Literatura



Bojanowicz J.: „tik, tik… BUM! w Teatrze Muzycznym ROMA”. Magazyn VIP, 19.11.2023. https://magazynvip.pl/tik-tik-bum-w-teatrze-muzycznym-roma/.

Chwiałkowska K.: „Tik, tik… bum! – recenzja spektaklu. Rób, a nie gadaj!”. Popkulturowcy.pl, 29.11.2023. https://popkulturowcy.pl/2023/11/29/tik-tikbum-recenzja-spektaklu/.

Dąbkowska M.: „Próbując przegonić czas”. KierunekMusical.pl, 10.12.2023. https://www.kierunekmusical.pl/2023/12/musical-tik-tik-bum-recenzja.html.

Marczyński J.: „»tik… tik… BUM«: musical wyjątkowy”. „Rzeczpospolita” [online], 20.11.2023. https://www.rp.pl/muzyka-popularna/art39433781-tik-tik-bum-musical-wyjatkowy.

Mlącki T.: „Dlaczego?”. Dziennik Teatralny Warszawa, 23.11.2023. http://www.dziennikteatralny.pl/artykuly/dlaczego.html.

Serlikowska A.: „Ballada o (nie)spełnieniu”. TeatrDlaWszystkich.eu, 27.11.2023. https://teatrdlawszystkich.eu/ballada-o-niespelnieniu/.

Wyszogrodzki D.: „Ale musicale! Złote stulecie 1918–2018”. Warszawa 2018.

Zajdler M.: „Wielkie bum na małej scenie”. NaszTeatr.pl [2023]. https://www.naszteatr.pl/zdjecia/grupa/00135293/wielkie-bum-na-malej-scenie-tik-tik-bum-teatr-roma.
 

„tik, tik… BUM!”. Libretto, muzyka i piosenki: Jonathan Larson. Reżyseria: Wojciech Kępczyński. Przekład: Michał Wojnarowski. Scenografia: Mariusz Napierała. Choreografia: Agnieszka Brańska. Kierownictwo muzyczne: Jakub Lubowicz. Premiera: 18.11.2023, Teatr Muzyczny „Roma”.