ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (483) / 2024

Kamila Czaja,

WYRZUĆ TEN GNIEW (BARBARA SADURSKA: 'BAJKA, BAJECZKA')

A A A
„Bajka, Bajeczka” to spora zmiana w twórczości Barbary Sadurskiej. Wcześniejsze książki, wydane przez Niszę „Mapa” i „Czarny hetman”, mieściły się w, nomen omen, niszy między powieścią a zbiorem opowiadań. Nowa publikacja jest większa rozmiarowo, stricte powieściowa. I chociaż dotyka pod niektórymi względami zbliżonych tematów i emocji, znów nie unikając mówienia o okrucieństwie świata, rozgrywa je jednak inaczej niż tamte pozycje.

Zaczynamy od sylwestrowego wyjazdu głównej bohaterki do Krakowa i już widzimy, że wejście w dwutysięczny rok odbywa się w Polsce innej niż nam znana. Potem cofamy się do dzieciństwa Balbiny – nazywanej przez ojca Bajeczką, a przez złośliwych Lady – spędzonego w Trzęsawiskach, w pobliżu rzeki Bajki, w rodzinie jakich wiele, tyle że, też jak wiele właściwie, przemocowej, źle dobranej, sfrustrowanej. Centrum egzystencji Balbiny to młodsza siostra i próba ochrony jej przed światem (łatwo się domyślić, że nie da się kogoś w pełni ochronić przed światem, zwłaszcza takim, jak ten z kart „Bajki, Bajeczki”). Matka niekochająca ojca, pijący ojciec, który miał być prorokiem, ale zrezygnował, babka niczym czarownica z baśni. A obok inne „porządne katolickie rodziny”, więc bliżej poznamy choćby losy syna organisty, Maćka Grabca, obecnego zawsze, choć z różnym skutkiem, w życiu Balbiny.

PRL-owskie dzieciństwo urodzonej 13 grudnia 1981 roku (owszem, niezbyt to subtelne) bohaterki upływa pod znakiem codziennej, dla otoczenia już przezroczystej przemocy rodzinnej, szkolnej, parafialnej, sąsiedzkiej, chociaż z zachowaniem rekwizytów dorastania blisko natury – co tym silnej obnaża częste idealizowanie tego typu „beztroskich” narracji w kulturze. Im dalej w przełom polityczny i lata 90., tym mocniej objawia się alternatywność proponowanej przez Sadurską wizji historii, przy czym z czasem odmienność tej rzeczywistości od faktycznej, na skutek innego charakteru przemian roku 1989, w toku książki narasta. Wpływ Kościoła katolickiego na kraj przybiera bowiem w „Bajce, Bajeczce” charakter bardziej formalny i wyraźnie drastyczniejszy – i chociaż McDonald przy Floriańskiej (stały element wszelkich wycieczek chyba nie tylko mojego pokolenia) jest na miejscu, to po Krakowie bez watykańskiej przepustki trzeba przemykać bocznymi uliczkami.

W dystopijnej wizji Sadurskiej najciekawsze wydaje się to ewoluowanie terroru od form pozornie niewinnych, aż za swojskich, po dyktaturę państwa wyznaniowego, przy czym najmocniej dają do myślenia te miejsca w tekście, które na pierwszy rzut oka są już częścią alternatywnej wizji, ale po zastanowieniu łatwo dojść do wniosku, że stanowią element faktycznego doświadczenia lub są bardzo prawdopodobne. Katechetyczna narodowa edukacja, od przekonania, że „Jezus mówi po polsku” (s. 90), po klepanie bez zrozumienia formułek czy dogmatów, które potem w dorosłym życiu są atawizmem nawet u osób niewierzących – to nie alternatywna rzeczywistość, to dzieciństwo w Polsce lat. 90. Hipokryzja osób otaczających Balbinę, chociaż ogromna, też nie wymyka się prawdopodobieństwu. Wszak „[n]ie godzi się na rodziciela donosić” (s. 189), nawet jak rodziciel to kazirodczy pedofil. Tragikomiczny fragment o tym, jak ksiądz do wspólnego oglądania zaproponował „Ojca chrzestnego”, myśląc, że to film o roli chrzestnych, a „[n]astępnego dnia na kazaniu wyjaśnił, że Kościół robi dobrze, a mafia źle. W razie gdyby prości ludzie nie zobaczyli różnicy” (s. 35), nie odbiega jakoś znacząco od medialnych doniesień o niektórych pomysłach na wygłaszane z ambony pomysły. Związki katolicyzmu z doraźną polityką mamy na co dzień (akurat kiedy zabierałam się za pisanie recenzji, jeden ze skazanych posłów prawicy zapewniał media, że jego wyjście z więzienia to „wielkie dzieło modlitewne”).

„Bajka, Bajeczka” w takich fragmentach umiejętnie pokazuje, że „Zjednoczone Mocarstwo Watykańskie” nie musi istnieć na mapie, żeby istnieć w mentalności, więc trudno zaskoczyć czymś ludzi, którzy żyją w Polsce. Jednak pisarka idzie znacząco dalej w wyobrażenia, co mogłoby się okazać efektem także formalnego rozlania się Watykanu na świat. Studenckie czasy Balbiny to już rzeczywistość spod znaku praktycznych („W Niemczech i świeckiej części Polski można już było kupić podpaski różowe albo w kwiatki, tak przynajmniej pokazywali w telewizji, ale w watykańskiej części nadal używało się waty lub ligniny. To, co było dobre dla kobiet przez tysiąc lat, jest dobre i teraz, mówiła nowa katechetka” [s. 194]) i intelektualnych rygorów katolickich („Nieźle radziła sobie także z biologią, choć przez pierwszą klasę przerabiali głównie siedem dni stworzenia i starali się umiejscowić pantofelka między wtorkiem a środą” [s. 201]).

Podczas lektury faktycznie czuje się wyraźnie narastające zniewolenie, zwłaszcza kobiet, zarówno w skali życia pojedynczego, jak i zbiorowego. Pełne tajemnic życie Balbiny i jej bliskich w takiej kościelnej epoce zaprezentowane zostało w ostry, brutalny sposób, więc nieraz i osoby czytające zalewa „fala wściekłości i upokorzenia” (s. 294). To w ogóle książka pisana na wysokich afektach – w temacie, w obrazowaniu (dużo tu brutalnych opisów) i w języku (sporo rwanych, dynamicznych fraz, podkreśleń przez powtarzanie słów). Siłę działania afektywnego wzmacnia przypisanie Balbinie odbierania świata przez nadmiernie wyczulony zmysł zapachu. To powieść celowo wyostrzona, taka, do której pasuje zdanie: „Żal rzucił jej się do gardła i przegryzł tchawicę” (s. 10).

Nikt, kto mnie zna, nie zarzuci mi raczej oporu wobec diagnoz z książki Sadurskiej. Bliskie są mi te lęki związane z wpływem Kościoła na pozareligijne sfery życia, mam w sobie ten gniew wobec prób zamachu na prawa kobiet. Jednak czytając „Bajkę, Bajeczkę”, mimo że miejscami mnie swoim rwącym nurtem porywała, miałam wątpliwości. Nie wobec wskazanego zagrożenia, nie wobec obnażania zgnilizny różnych systemów, a wobec tego, że nierozwiązywalną literacką tajemnicę, którą była „Mapa” i której ślady nosił „Czarny hetman”, zastąpiła w pisaniu Sadurskiej większa dosłowność. Tak, i tu są sekrety, i tu są międzyludzkie niewypowiedziane napięcia, i tu status świata nie okaże się jednoznaczny (nie chcę zbyt wiele zdradzać, ale pisarka konsekwentnie realizuje zamysł zacierania ontologicznych granic). Jednak odnoszę wrażenie, że próba pogodzenia w historii wielu tropów, pomysłów i celów nie skończyła się spektakularnym sukcesem.

Oczywiście, jest Sadurska zbyt świadoma pisarsko, by fundować nam czystą publicystykę. Buduje liczne zapory przed takim jasnym zaszufladkowaniem. Opowieść wpisana jest w zatarte ramy gatunkowe, w antybaśń, w dystopię. Tytuł ma kilka znaczeń. Wiele tu symboli, nie tylko w ekstremalnym finale. Sporo nasuwa się też kulturowych intertekstów, osłabiających nieco myśl, że gdybym chciała raz jeszcze obejrzeć dokument braci Sekielskich, to obejrzałabym jeszcze raz dokument braci Sekielskich. Trudno nie pomyśleć choćby o „Opowieści podręcznej” Margaret Atwood (swoją drogą, mój dystans wobec „Bajki, Bajeczki” w jakimś stopniu wytłumaczyć można tym, że nie jestem fanką tamtej dystopii, którą cenię za demaskowanie mechanizmów, ale która nie jest dla mnie literacko zachwycająca). Mentalność Trzęsawisk kojarzyć się może (wciąż, po dekadach!) z „Konopielką” Edwarda Redlińskiego, bezkarność możnych świata tego choćby z – znów, nielubianym przeze mnie jakoś szczególnie – serialem „Squid Game”. Skojarzenia, zwłaszcza z wnętrza czasów, których duch zaczął trochę sprzyjać narracjom emancypacyjnym (w tym płciowym i klasowym), można mnożyć. Nie czuję się jednak do tego mnożenia szczególnie zachęcona, bo o ile poprzednie książki Sadurskiej zostawiały mnie z natłokiem pomysłów interpretacyjnych i słodko-gorzką pewnością, że mi się w pełni nic tu nie zgodzi, o tyle tym razem zostałam wprawdzie po lekturze z wpisanym w powieść kobiecym gniewem (ciśnie się na klawiaturę mocniejsze słowo), ale bez poczucia, że to dla polskiej literatury, jak „Mapa”, mocny punkt na, nomen omen, mapie.

Doceniam nową powieść Sadurskiej za odwagę, za przestrogę (która na szczęście, choć pewnie nie dla samej książki, słabiej straszy po 15 października) i za werbalizację w prozie emocji wielu (kobietom) tak bliskich. Doceniam również przejmowanie pola alternatywnych historii Polski drugiej połowy XX wieku w literaturze, bo to nurt kojarzący mi się – może krzywdząco dla tytułów, które mi po drodze umknęły – z pisaniem przede wszystkim gatunkowym, głównie męskim, w dodatku często z pozycji konserwatywnych. Jakoś więc cieszy mnie alternatywna historia Polski opowiadana poza literaturą popularną, z perspektywy kobiecej i skrajnie niekonserwatywnej. Tyle że ta radość przyćmiona zostaje faktem, że w praktyce „Bajka, Bajeczka” porwała mnie tylko miejscami, a nie na całej długości nurtu. Rozumiejąc, że dla wielu osób to może być najważniejsza dotąd książka Sadurskiej, godząc się z tym, że celowo na tle wcześniejszych jest łatwiejsza (choć o trudnych tematach), doceniając elegancję wydania (wiadomo, Warstwy), nie odmawiając powieści rozmachu, solidnego stylu, mocnych scen, pozostaję na stanowisku, że w przypadku Barbary Sadurskiej mniej znaczy więcej.
 

Barbara Sadurska: „Bajka, Bajeczka”. Wydawnictwo Warstwy. Wrocław 2023.