ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 lutego 3 (483) / 2024

Monika Ładoń,

RELACJA PO KOŃCU ŚWIATA (MARLEN HAUSHOFER: 'ŚCIANA')

A A A
Powieść „Ściana” austriackiej pisarki Marlen Haushofer otrzymała właśnie drugie czytelnicze życie, przynajmniej w Polsce. Przyznam, że przed lekturą byłam przekonana, że mamy do czynienia z zapoznanym arcydziełem, książką, którą przeoczyły pierwsze pokolenia czytelników, a u nas objawia się jako całkowita nowość. „Ściana” tymczasem to powieść napisana w latach sześćdziesiątych XX wieku, w Polsce znana już od roku 1990, kiedy ukazała się w przekładzie Zofii Kani w znanej PIW-owskiej serii Klub Interesującej Książki. Chociaż w latach dziewięćdziesiątych XX wieku poznawałam prozę światową m.in. dzięki tej serii (do dziś pamiętam niektóre fantastyczne okładki), to na książkę Haushofer nie trafiłam. Nadrobiłam zatem teraz zaległość, ale w gruncie rzeczy przez całą lekturę towarzyszyło mi uczucie nie anachroniczności i uzupełniania pustego miejsca powieści z drugiej połowy ubiegłego stulecia, a przeciwnie – wrażenie niezwykłej świeżości „Ściany”. Można bowiem czytać powieść Haushofer z uwzględnieniem różnych czynników historycznych kształtujących jej znaczenia, ale w równym stopniu należy jednak łączyć ją z nowoczesnymi strategiami czytania: ekokrytyką, feminizmem i nurtem postapokaliptycznym. Właśnie z tych powodów „Ściana” przeżywa obecnie czytelniczy renesans: opór, który wzbudzała przy lekturze kilkadziesiąt lat temu, zniknął; poczucie dziwności zastąpiła całkowita akceptacja i zrozumienie dla konwencji. Nie zmieniło się wszakże jedno – napięcie, w jakim trzyma nas (mnie z pewnością) ta książka, mimo że tyle innych (zdecydowanie bardziej przerażających) kulturowych obrazów postapokaliptycznych już widziałam.

Na czym zatem polega jej osobliwość i fenomen drugiego życia? Zacznijmy od krótkiej rekonstrukcji fabuły. Oto bezimienna bohaterka i narratorka książki przyjmuje zaproszenie od swojej kuzynki Luise i jej męża Hugona i przyjeżdża dokładnie 30 kwietnia, dokładnie na trzy dni, do ich domku myśliwskiego. Podkreślam te konkrety padające na pierwszych stronach relacji, bo później czas wymknie się narratorce z rąk, czytelnikom zresztą też. Wiele przyzwyczajeń z podlegającego rutynie i uporządkowanego wedle zegara i kalendarza życia trzeba będzie porzucić i wyrobić sobie nowe nawyki. Na razie jednak gospodarze udają się do gospody i pozostawiają swojego gościa w domku. Kobieta zauważa po pewnym czasie wracającego samotnie do domu psa Luchsa, zjada kolację i nie doczekawszy powrotu małżeństwa, kładzie się spać. Rano odkrywa ich przedłużającą się nieobecność i zaniepokojona wyrusza w stronę wioski. U wyjścia z górskiego wąwozu jej wyprawa nieoczekiwanie się kończy, drogę bowiem zagradza tytułowa ściana: „Osłupiała wyciągnęłam przed siebie rękę i dotknęłam czegoś gładkiego i chłodnego: coś gładkiego i chłodnego stawiało opór w miejscu, w którym nie powinno znajdować się nic poza powietrzem. Podjęłam jeszcze jedną nieśmiałą próbę i znów moja dłoń spoczęła jakby na okiennej szybie. Potem usłyszałam głośne walenie, rozejrzałam się więc wokół, lecz w końcu pojęłam, że to bicie własnego serca dudni mi w uszach. Nim zrozumiałam, serce już czuło strach” (s. 14–15). Niewidzialna ściana nie jest złudzeniem, a czymś (czym jednak?) namacalnym, faktycznym i niepojętym. Zagadka ściany nie zostanie wyjaśniona, mimo że bohaterka podejmie wokół niej wiele działań. Zbada ją, nada jej nazwę, uczyni ją widoczną, wetknie tuż przy niej leszczynowe gałęzie i utworzy granicę dzielącą ją od reszty świata. Bardziej przerażający od całkiem niedorzecznej obecności ściany jest właśnie świat widoczny przez nią: znieruchomiały i zastygły w pół gestu staruszek, jakby uśpiona kobieta siedząca przed domem, leżące krowy. Obrazy jak z pocztówek, jednak wywołujące przerażenie niepojętością wydarzeń, których przyczyny i przebiegu nie sposób dociec. Nic bowiem, żaden grymas na twarzy, nie sugerował, że śmierć – bo o tym bohaterka jest przekonana – wiązała się z bólem; obrazy podpowiadały, że życie zostało zatrzymane w ułamku sekundy. Jedyne, co trwało po tamtej stronie szyby, to przyroda; po tej – narratorka, pies Luchs i znaleziona następnego dnia krowa. Zwierzęcych bohaterów będzie jeszcze więcej i staną się równoprawnymi bohaterami tej opowieści.

Tak zrekonstruowany punkt wyjścia „Ściany” nie wyda się pewnie dzisiejszym czytelnikom przesadnie oryginalny, wszak historia o ostatnim człowieku na Ziemi została już wielokrotnie opowiedziana, a wyobrażenia świata po końcu zyskały mnóstwo wariacji w literaturze, filmach, serialach i grach. Z drugiej strony można zrozumieć, że w momencie premiery zagadkowa powieść – na co zwraca uwagę autorka posłowia, Monika Gromala – zaciekawiła krytyków, ale nie doprowadziła do sukcesu wydawniczego (Gromala 2023: 282). Tak jakby „Ściana” czekała na inny czas i warunki odbioru, nieodnoszące się jedynie do wojennych kontekstów XX wieku czy cienia konfliktu nuklearnego. Ten ostatni trop interpretacji sufluje sama narratorka, pytając siebie, czy odpowiedzialnymi za pojawienie się ściany są bliżej niesprecyzowani „zwycięzcy”, którzy kiedyś wejdą do jej świata. Absurdalność istnienia ściany może być bowiem rozumiana – potrzeba zrozumienia wszak nie znika – tylko w ludzkich kategoriach: wojen, najazdów, zniszczenia. Nie zdradzając finału książki, mogę jedynie dodać, że w tym intuicja bohaterki nie zawiedzie – zło przyniesie tu człowiek. Dla mnie siła „Ściany” tkwi jednak po pierwsze w sposobie prowadzenia narracji, po drugie w znamiennie rozłożonych akcentach między jej ludzkimi a nieludzkimi bohaterami, którzy tworzą w powieści wspólnotę pozbawioną przemocy i hierarchii, a opartą na trosce, wsparciu, porozumieniu. Zdaje się, że Haushofer wpisała w „Ścianę” sposób myślenia o relacjach między człowiekiem, przyrodą i zwierzętami radykalnie nieprzystający do powszechnych w XX wieku modeli.

Pozornie w „Ścianie” nic (albo prawie nic) się nie dzieje, ale można wiele napisać o tym, „jak” się nie dzieje. To właśnie powieść, która obywając się bez fabularnych fajerwerków, koncentrując na ukazaniu mozolnej codziennej pracy narratorki, trzyma w napięciu. Dodatkowo, od pewnego momentu narracji, czytelnik zdobywa pewność, że coś się wydarzy, narasta groza, niepokój, który odczuwa/przeczuwa również narratorka, wreszcie nazywając stratę, jaka ją dotknie. Właściwie tracimy orientację, w którym momencie czasowym jesteśmy, bo wiemy już, że zginą niektóre ze zwierząt towarzyszących kobiecie, chociaż wciąż niepewne jest, w jakich okolicznościach i kiedy dokładnie. Sprzyja temu swoiste wyjście z czasu: gubi się rytm kalendarza (np. kiedy narratorka choruje, nie wie, ile dni spędziła w gorączce), stają zegarki, a czas liczony jest przylotem wron. Bieg czasu wiąże się jedynie z naturą, porami roku, które następują po sobie jak w czasie sprzed ściany. Haushofer proponuje w gruncie rzeczy narrację radykalnie oddziałującą na odbiorcę – zamiast zdystansowanej trzecioosobowej narracji, czytelnik zostaje pochłonięty przez osobistą relację, która pozornie oszczędnie sprawozdaje – aż do wyczerpania papieru – samotne życie wspólnoty ludzko-nieludzkiej. „Nie piszę dlatego, że znajduję radość w pisaniu – określa swe motywy narratorka – w sytuacji, w jakiej się znalazłam, muszę pisać, żeby nie postradać zmysłów. […] Nie liczę na to, że ktoś kiedykolwiek odnajdzie moje zapiski. W obecnej chwili nie wiem nawet, czy chciałabym, by tak się stało” (s. 7). Właśnie fakt, że czytamy te zapiski, znosi obojętność i każe zadawać pytania o ich los. Pytania tym bardziej dręczące, że nie znajdziemy na nie odpowiedzi w narracji. Można domniemywać, czy pojawienie się w finale opowieści obcego mężczyzny oznacza, że przyjdą też inni. Może też bohaterka dokona podkopu pod ścianą, o którym myśli na samym początku, ale zarzuca ten pomysł. Ani jedno, ani drugie rozwiązanie nie tylko nie będzie miało potwierdzenia, ale przede wszystkim żaden spodziewany czy przeczuwany finał nie musi oznaczać, że bohaterka przeżyje/przeżyła. Czytelnik zawieszony w takiej niepewności zdaje się doskonale rozumieć (i podzielać) strach narratorki, jej oddanie ciężkiej pracy (fizycznej i pisarskiej), bo to one mogą zmęczyć, uchronić przed szaleństwem samotności i natrętnymi domniemywaniami. Kobieta pisze zatem, by ujarzmić umysł, poskromić złe sny, osaczające wspomnienia, nawet jeśli zawodzi ją pamięć, jeśli poszczególne epizody zamieniają się w majaki i imaginacje.

Co ciekawe, ta „ostatnia kobieta” sprawia wrażenie, jakby w świecie po końcu, w świecie za ścianą wreszcie odnalazła siebie – inną, wolną, decyzyjną, zorganizowaną, samodzielną. Można rzecz jasna powiedzieć, że ma trochę szczęścia, trafia przecież do domku myśliwskiego, którego właściciel – zbieracz i hipochondryk – zgromadził spore zapasy (m.in. żywności), pozwalające jej przetrwać najtrudniejszy pierwszy okres. Szybko jednak okazuje się, że narratorka zmuszona do tego, by przeżyć, radzi sobie nadspodziewanie dobrze. Nie jest jej łatwo, przeciwnie, ale konieczność przetrwania zmusza ją do improwizacji, działań intuicyjnych, odświeżania dawnych umiejętności (np. dojenia krowy czy koszenia trawy). Aktywność powoduje, że kobieta przestaje myśleć o ścianie, właściwie jako materialny obiekt znika ona wręcz z opowieści, choć jako figura uruchamiająca nowy tryb życia oczywiście wciąż istnieje. „Stawić czoła rzeczywistości” (s. 39) okazuje się podstawowym zadaniem bohaterki, a ono – rozciągnięte na długie miesiące i lata – zasadniczo ją zmienia: „Gdy dzisiaj myślę o kobiecie, którą byłam niegdyś, zanim w moim życiu pojawiła się ściana, nie umiem w tej postaci rozpoznać siebie” (s. 45), zanotuje narratorka. Bezimienna kobieta surowo ocenia swoje dawne życie, nieosiągnięte cele, wypalone małżeństwo, a coraz bardziej lubi nowe, mimo że ma poczucie, że gdzieś na horyzoncie czai się data jego końca, wyznaczona choćby malejącą liczbą zapałek czy amunicji. Zawieszeniu ulegają ponadto ramy określające życie kobiety: lustro, biżuteria, odzież, cudze oko, aż bohaterka napisze o sobie: „utraciłam świadomość bycia kobietą. Moje ciało, rozsądniejsze niż ja sama, dostosowało się i ograniczyło do minimum kobiece dolegliwości. Mogłam spokojnie zapomnieć, że jestem kobietą. […] Nie wyglądam ani brzydko, ani pociągająco, bardziej niż człowieka przypominam drzewo, żylasty, brązowy pieniek, próbujący za wszelką cenę przetrwać” (s. 83–84).

„Stałam się rolnikiem” (s. 105), napisze w innym miejscu relacji, i warto dodać, że przede wszystkim opiekunką zwierząt. Rytm życia wyznaczany jest przez konieczne do wykonania prace rolnicze (poletko ziemniaków i fasoli, koszenie trawy, zbiory malin itp.) i oporządzanie zwierząt. Oporządzanie to jednak stanowczo złe słowo, nieprzystające do relacji między bohaterką a Luchsem, Bellą (krową), Bykiem, wronami (zwłaszcza jedyną białą) oraz pojawiającymi się i znikającymi kotami. Kobieta wykonuje wobec nich wszelkie potrzebne czynności, ale właściwie zwierzęta są nieludzkimi towarzyszami, z którymi rozmawia z przekonaniem o całkowitym zrozumieniu. Zwierzęta współodczuwają, empatyzują, dzielą te same emocje, wprowadzają życie, radość, szczęście. Fragmenty opisujące ich wygląd i zachowania są jednymi z najpiękniejszych w „Ścianie”. Może ta czułość spojrzenia powoduje, że tak bardzo przejmująca staje się strata Luchsa, zapowiadana w narracji: „Czasami, gdy chodzę sama po zimowym lesie, przemawiam, jak dawniej, do Luchsa. […] Droga jednak jest pusta, nic, tylko nagie krzewy i wilgotne kamienie. Nie dziwi mnie, że wciąż słyszę za sobą suche gałęzie trzaskające pod lekkimi krokami Luchsa. Gdzie indziej miałaby błąkać się jego mała psia dusza, jeśli nie po moich śladach?” (s. 117–118). Towarzysze nie znikają zatem z narracji, nawet jeśli fizycznie już ich nie ma, są nawet w tej formie bardziej realni niż skamieniałe postacie pod drugiej strony ściany czy blaknące wspomnienia rodziny. To miłość i troska o zwierzęta ratuje bohaterkę przed samotnością i szaleństwem, ale też za ich sprawą kobieta oddziela definitywnie od dawnego ja, pozwalając sobie stać się częścią jakiegoś „większego My” (s. 186), ludzko-zwierzęcej wspólnoty. Wydaje się, że aby bohaterka napisała i uwierzyła w zdanie „tutaj, w lesie, jestem na właściwym dla siebie miejscu” (s. 223), niezbędne były zwierzęta, ale nie te dzikie, do których czasem musiała strzelać, ale udomowione, które obdarzyła uczuciem innym niż nieobecnych w jej życiu ludzi („Współczucie to jedyna forma miłości, na jaką stać mnie wobec ludzi”, zanotuje, s. 229). Potrzeby, rozpoznawane jako tożsame (jedzenie, ciepło, troska, czułość, miłość), powodowały, że w bohaterce zachodziła głęboka przemiana, która w snach kazała jej wydawać na świat dzieci, wśród których były także nieludzkie, choć nieprzerażające jej swym wyglądem. 

„Nie istnieje żaden rozsądniejszy odruch niż miłość. To dzięki niej życie kochającego i kochanego staje się łatwiejsze do zniesienia. Powinniśmy byli tylko we właściwym czasie pojąć, że to nasza jedyna szansa, jedyna nadzieja na lepsze życie” (s. 239), notuje bohaterka. Wydaje się jednak, że dla świata jest już za późno, a wkroczenie do kobiecej przestrzeni obcego mężczyzny boleśnie dowiedzie, ile ona sama jest w stanie uczynić w imię miłości, a jaką wartością okaże się ona dla obcego przybysza. Z tego powodu narratorka „Ściany” nieustannie waha się między lękiem przed nadejściem intruzów czy „zwycięzców” a nadzieją, że „jakiś człowiek przeczyta moją relację. […] Serce zaczyna jednak bić mi szybciej, kiedy pomyślę sobie, że ludzkie oczy spoczną na tych linijkach, a ludzkie ręce będą odwracać zapisane kartki” (s. 85–86). To oczekiwanie nie jest jednak podszyte wiarą w przeżycie i odnalezienie, takiej perspektywy właściwie w narracji kobiety nie ma. Jest za to wiara w siłę słowa, które przynosi spokój: „Spoglądam odrobinę dalej. Widzę, że to jeszcze nie koniec. Wszystko toczy się nadal. […] Gdy nadejdzie czas, że zabraknie ognia i amunicji, zacznę się zastanawiać i poszukam rozwiązania. Teraz jednak mam do zrobienia coś innego” (s. 276). Finał narracji nie jest rozczarowujący, właściwie nie może być inny – dla osoby, jaką stała się odwiedzająca leśniczówkę kobieta, jedynym wyborem jest trwanie w lesie i troszczenie się o bliskie istoty nieludzkie, bo – jak można sądzić – odkrycie tego, co jest po drugiej stronie ściany, wiąże się z bólem, złem, z człowiekiem. „Ściana” dotyka współczesnych lęków i nadziei w tak prosty i niezwykły zarazem sposób, że trudno przejść wobec niej obojętnie. Życzyłabym wszystkim pisarkom i pisarzom popełnienia tak sugestywnego w gęstości i przekonującego w prostocie zdań dzieła, nawet jeśli na wymarzonych czytelników przyszłoby długo czekać.

Literatura:

Monika Gromala: „Czy koty potrafią przechodzić przez ściany? Kilka słów o Marlen Haushofer”. W: Marlen Haushofer: „Ściana”. Przeł. Małgorzata Garlińska, posłowie Monika Gromala. ArtRage. Warszawa 2023.
 

Marlen Haushofer: „Ściana”. Przeł. Małgorzata Garlińska, posłowie Monika Gromala. ArtRage. Warszawa 2023.