ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

15 listopada 22 (94) / 2007

Piotr Bogalecki,

POZA ANGAŻ

A A A
Wygląda na to, że tak już być musi: wprowadzana co jakiś czas na salony idei kategoria sztuki zaangażowanej wywołuje dyskusje tyleż zaangażowane, co – zaaranżowane. Przyczyny tego stanu rzeczy wydają się tkwić głęboko w samej jej strukturze. Wszak sztuka, o jakiej mowa wyodrębnia się nie w efekcie angażu nowopowstałych dzieł w problematykę, jaką najogólniej określić można mianem politycznej, ale jako następstwo takiej aranżacji pola dyskursywnego, która zamyka dyskutantów w zaklętej przestrzeni binarnych opozycji, przyszywanych łatek i upraszczających etykiet. Nic więc dziwnego, że wielu twórców i myślicieli odwleka moment wstąpienia na tak przygotowaną scenę przedstawienia (na której wszyscy ci, którzy z jakiś powodów mieliby wobec zaangażowania jakiekolwiek obiekcje, zidentyfikowani zostaną jako figury nieczułe i obojętne wobec problemów tzw. rzeczywistości); inni, co przezorniejsi, podejmują próby wymknięcia się na zewnątrz jeszcze przed podniesieniem kurtyny. Poza artysty zaangażowanego usztywnia, mierzi i krępuje; poza kulisami zaczyna się życie, które – choć być może pozbawione kilku, mniej lub bardziej elektryzujących, bitewek – otwiera możliwość nieograniczonych działań artystycznych. Oczywiście i one stanowić będą musiały ponowną aranżację przestrzeni dyskursywnej, a jednak roli poszerzenia, jakiego być może dokonają, otwierając się na nowe języki, obszary i idee – nie sposób przecenić.

Parafrazując znane powiedzenie Borgesa, porównującego wyrażenie „literatura zaangażowana” do określenia „jeździectwo protestanckie”, powiedzieć by można, że w największym stopniu zaangażowana bywa zwykle nie literatura, która usiłuje się angażować, ale literatura literacka. Rzecz jasna, tyczy się to także i innych rodzajów działalności artystycznej: filmów filmowych, muzyki muzycznej, czy w końcu – czemu nie? – „sztuki sztucznej”. Każdorazowo chodzi tu o wciągnięcie istniejących dyskursów w taką grę, jaka spowodowałaby naruszenie ich efemerycznej homeostazy, a tym samym przeformułowanie utrzymujących ją sił.

Świadomość ta kształtuje myślenie wszystkich omawianych w tym miejscu autorów, jednakże każdy z nich wydaje się robić z niej nieco inny użytek. Solidną podbudowę teoretyczną dla likwidacji – jak powiada – „szkolnej opozycji między sztuką dla sztuki a sztuką zaangażowaną” daje Jacques Rancière; jednocześnie jednak rozpoznając i eksploatując tkwiące w niej założenia, proponuje nowe, bardziej subtelne i lepiej umotywowane rozróżnienia. Tym samym uproszczeniom i stereotypom interpretacyjnym (a jednak w zupełnie inny sposób) zadaje kłam Guy Debord, w którego filmach skrajny awangardyzm formalny twórczo spotyka się z równie silnym zaangażowaniem społeczno-politycznym. Wychodzący z perspektywy teoretycznoliterackiej i redefiniujący pojęcie „literackości”, Derek Attridge zmierza w stronę interdyscyplinarnego namysłu nad frapującą jakością ludzkich wytworów, określaną przez niego mianem „inwencyjności” i „odkrywczości”. Z tekstów autorów, którzy podjęli trud zmierzenia się z myślą Maurice’a Blanchota wyłania się przejmujący obraz śmierci jako jedynej perspektywy, z jakiej spoglądać winniśmy na sztukę, i jaka stanowić powinna ostateczny horyzont wszelkich naszych zaangażowań. Ta i inne idee, będące efektem kolejnych „zwrotów” w humanistyce, sprawdzane są przez Michała Pawła Markowskiego w ogniu jego ekstremalnie zaangażowanych interpretacji – nie w rzeczywistość jednak, a w egzystencję, aranżującą, jak się zdaje, jedyną przestrzeń jednostkowego angażu w świat.



Wraz z numerem niniejszym inaugurujemy istnienie nowego działu „artPAPIERU”. Zadaniem „IDEI” jest rejestracja ważniejszych ruchów, wstrząsów i przesunięć na terenie szeroko rozumianej humanistyki. Nasze spostrzeżenia prezentowane będą w ukazujących się co miesiąc numerach monograficznych – wierzymy bowiem w możliwość połączenia tradycyjnej „tematycznej” formy z charakterystyczną dla pism internetowych szybkością reakcji. Nie chcielibyśmy natomiast, by nasze zaangażowanie w kolejne tematy, mniej lub bardziej znane i dyskutowane, prowadziło do aranżacji doskonałych, a tym samym doskonale niegościnnych. Scena otwarta jest na dysonanse, kreacje indywidualne, interpretacje zbójeckie, niepokorne improwizacje.