ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 kwietnia 7 (487) / 2024

Kamila Czaja,

KORESPONDENCJA WOJENNA Z LA (MICHAEL SCHULMAN: 'OSCAROWE WOJNY. HISTORIA HOLLYWOOD PISANA ZŁOTEM, POTEM I ŁZAMI')

A A A
Michael Schulman, autor wydanej także w Polsce książki o Meryl Streep, współpracownik przede wszystkim „New Yorkera”, napisał obszerną, ze wszystkimi dodatkami liczącą ponad 650 stron, opowieść o Oscarach – od genezy Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej w latach 20. niemal do dziś (książka w oryginale ukazała się w 2023 roku, więc tłumaczenie dostajemy naprawdę szybko). A właściwie napisał Schulman opowieść o Oscarach, ale i znaczenie szerzej o świecie filmu. Jak twierdzi we wstępie: „W jedenastu rozdziałach tej książki staram się przekonać czytelnika, że na Oscary można też patrzeć z innej perspektywy i traktować je jako pole bitwy w rozmaitych wojnach kulturowych” (s. 10). I faktycznie ten ambitny zamiar realizuje, na dodatek w sposób kompozycyjnie nieoczywisty, a wyjątkowo skuteczny: „Zamiast omawiać Oscary rok po roku, postanowiłem wybrać kilkanaście historii” (s. 14).

Kawał historii filmu w złotym ludziku

Schulman faktycznie poświęca poszczególne rozdziały wybranym oscarowym wyścigom, nieraz rozszerzając zakres do kilku lat. Najpierw towarzyszymy tym, którzy zakładali Akademię (ze szczególnym uwzględnieniem Mary Pickford i Louisa B. Mayera), by zobaczyć wczesne relacje wytwórni, aktorów i aktorek, związków zawodowych oraz, niczym w „Deszczowej piosence”, obserwować wielką rewolucję, gdy „[j]ak na ironię początek kina dźwiękowego oznaczał, że na planach filmowych zapanowała cisza” (s. 49). Następnie, w latach 30., śledzimy walkę Akademii z gildiami, poznając też bliżej Betty Davis – w mniej niż zwykle demonizowanej wersji – oraz Franka Caprę. W rozdziale osnutym wokół roku 1942 dominują „Obywatel Kane” – który jednak samych Oscarów nie zdominował, bo „[p]ropaganda [„Sierżant York” – K.C.] okazała się bardziej kasowa niż prowokowanie magnatów prasowych (…)” (s.141) – oraz siostrobójcza walka Joan Fontaine i Olivii de Havilland. Rozdział czwarty i przełom dekad to paralelnie poprowadzona fascynująca historia trzech filmów: „Bulwaru Zachodzącego Słońca”, „Wszystkiego o Ewie” i „Urodzonych wczoraj”, ale i opowieść o tym, iż „każdej aktorce groziło, że stanie się Normą Desmond” (s. 165). Następnie – przy okazji pytania o nagrodę dla zagadkowego Roberta Richa – dostajemy wstrząsający rozdział o „czarnej liście”, głównie oparty na losach Daltona Trumbo, Carla Foremana i Michaela Wilsona, i odkrywamy, że “[w] ciągu trzynastu miesięcy Akademia zaliczyła wpadkę z filmem bez nazwiska scenarzysty w czołówce, z filmem napisanym przez fikcyjną osobę i z filmem napisanym przez Francuza, który nie znał angielskiego” (s. 244).

Rok 1970 przynosi mocno spóźnione („Hollywood weszło w lata sześćdziesiąte ze sporym opóźnieniem – ale nie tak sporym jak Akademia”[s. 266]) ożywienie po „wjeździe” „Nocnego kowboja” i „Swobodnego jeźdźca”, a o ile znaczenie Gregory’ego Pecka było dla mnie jasne przed lekturą, z zaskoczeniem odkryłam istotną tu rolę Candice Bergen. Z kolei Nowe Hollywood w rozdziale o roku 1976 to filmy Miloša Formana, Roberta Altman, Stanleya Kubricka i Sidneya Lumeta, ale atakują już rekiny („Szczęki” Stevena Spielberga), a „»Lot nad kukułczym gniazdem« okazał się największym triumfem Nowego Hollywood i zarazem początkiem jego końca” (s. 363). Później oglądamy „najgorsze Oscary w historii”, przygotowane w 1989 roku przez Allana Carra, i zastanawiamy się, czy na pewno, poza osławionym numerem z Królewną Śnieżką, były aż tak złe, zwłaszcza jak na „czas spektakularnych trwałych ondulacji i ogromnych budżetów filmowych”, gdy „[s]ubtelna elegancja wyszła z mody” (s. 365). Może o aż tak złej ich sławie decydują względy pozamerytoryczne? Chaos i napięcie powstawania tej ceremonii są jednak wręcz namacalne, na przykład gdy Schulman cytuje jednego z kostiumografów: „A to: »Dajemy goryle!«, a to »Rezygnujemy z goryli!«. Nikt wcześniej nie mówił mi nic o żadnych gorylach!” (s. 388).

Trzy ostatnie rozdziały to bliższe naszym czasom poważne tematy. Starcie „Szeregowca Ryana” i „Zakochanego Szekspira” w 1999 roku już wtedy było traktowane jako, szokująco przegrana („Jak to się mogło stać? Przecież w Hollywood zły nie wygrywa!” [s.456]), walka dobra ze złem, które to siły uosabiali, odpowiednio, Spielberg i Harvey Weinstein. Po dwóch dekadach, gdy wiadomo więcej o przestępczej działalności producenta (Schulman także to jego oblicze opisuje), takie manichejskie przeciwstawienie brzmi jeszcze mocniej. Zwłaszcza obok gorzkiego przypomnienia, że Hollywood czasem winy kontrowersyjnie wybacza, o czym świadczy honorowa nagroda w tym samym roku dla Elii Kazana, obciążającego kolegów przed komisją McCarthy’ego („Duch Daltona Trumbo wziął się zapewne do pisania kolejnego gniewnego listu” [s. 455]). Kolejny rozdział to trzy przykłady tokenizmu (Hattie McDaniel, Sidney Poitier, Halle Berry) i rozważania, na jakich warunkach biali dopuszczają sukces czarnych, którzy z tego „sukcesu” nie wychodzą bez szwanku: „Berry, podobnie jak McDaniel i Poitier, musiała reprezentować wszystkich i zarazem nikogo nie mogła zadowolić” (s. 509). A na koniec koszmarna wpadka z zamianą kopert, czyli „Moonlight” i „La La Land”, z kampanią #OscarsSoWhite w tle („Swobodni jeźdźcy Nowego Hollywood zdążyli się zestarzeć […]. Z reguły nie mieli ochoty myśleć o strukturalnych czynnikach, z powodu których branża filmowa stała się za bardzo zhomogenizowana” [s. 519]).

Hollywoodzka walka dobra ze złem (i inercją)

Książka jest, jak wspomniałam, obszerna, ale i tak imponuje ogrom treści, jakie Schulmanowi udało się w niej zmieścić. Autor wykorzystuje oscarowy rdzeń, a wokół niego buduje złożoną opowieść o genezie i konsekwencjach zmian w przemyśle filmowym. Opowiada makro, ale poprzez mikro – poprzez konkretne ceremonie, indywidualne biografie. „Oscarowe wojny” są dzięki temu, nawet w obliczu wycieczek wstecz i do przodu, precyzyjnie skonstruowane, a przy tym opowiadają historię amerykańskiego filmu w sposób oryginalny i wciągający.

Historia ta okazuje się w agonicznym ujęciu historią walki zachowawczości z postępem, ale jest też okazją do demaskacji rasizmu (ważne wydaje się choćby to, że wbrew dzisiejszej konserwatywnej narracji rasizm w filmach – takich jak „Pieśń Południa” – dostrzegano już w momencie premiery), antysemityzmu, seksizmu, ageizmu, homofobii obecnych w opisywanym świecie, w którym wszak, niejako wbrew oporowi i uprzedzeniom, a może właśnie pod wpływem tego napięcia, wciąż powstają rzeczy arcydzielne. W tym wszystkim Schulman staje jednak po stronie osób prześladowanych. Podziwia filmy wizjonerów, ale pisze też o krzywdach, jakie wyrządzali. Z szacunkiem traktuje natomiast tych bardziej staroświeckich uczestników gry, którzy – jak choćby Peck – umieli przekroczyć własne uprzywilejowanie i komfort, a przy tym byli ludźmi honoru. W ponurej wizji nieraz nieczystych walk o Oscary, prestiż i dominację autor dostrzega bowiem również przebłyski dobra i geniuszu.

Być może dzięki temu, że Schulman mimo nieraz kpiącego i bezlitosnego odzierania Hollywood z jego „pozłotki” znajduje miejsce na pozytywnych bohaterów i bohaterki oraz na wspaniałe filmy (nawet jeśli to nie one w danym roku wygrywają statuetkę), lektura „Oscarowych wojen” nie tylko przypomina o prozie życia: „Historia Oscarów lubi się powtarzać. Postacie, o których była mowa w tej książce, liczyły, że dzięki Akademii lub jej nagrodom osiągną swoje cele” (s. 563). Wbrew deziluzji publikacja ta sprawia, że chce się poczytać więcej, a przede wszystkim – więcej obejrzeć, a nawet wrócić do obejrzanych dawniej tytułów. Konkretne ludzkie motywacje i oscarowe werdykty bywają tu mało magiczne, ale magia kina zostaje zachowana, wbrew przyziemnym „wojenkom”.

Trudno w recenzji oddać sprawiedliwość potoczystości narracji i z tematycznego rozmachu Schulmana. Książka dzięki świetnie wymyślonej kompozycyjnej ramie okazuje się wciągającą opowieścią, nie stając się zbiorem ciekawostek (chociaż wiele anegdot zostaje w pamięci po lekturze). Równocześnie niewiele było miejsc, które wybijały mnie z historii. To najwyżej drobiazgi. Choć książka zawiera ogrom przypisów do imponującej listy źródeł, i tak zdarzają się miejsca, gdzie ich brakuje. „Jak oceniała Joan Didion, wszystko było w rozpadzie” (s. 291) – czytamy, ale brak odnośnika do konkretnej wypowiedzi Didion. Mimo masy użytych tytułów, czasem przydałby się kolejny – jak w anegdocie o tym, że „twórcy pewnego filmu” (s. 49) mikrofon zamontowali w garbie, więc garbata postać zawsze musiała stać tyłem do osoby mówiącej. Fascynujące, więc tym bardziej chciałoby się znać konkretny tytuł. Z kolei w ostatnim rozdziale język, wcześniej lekki, ale nienadmiernie potoczny, miejscami mnie drażnił, w każdym razie w polskim przekładzie, nadmierną slangowością („wywołała bekę w internecie” [s. 513], „pojechał po bandzie” [s. 543]). Z technikaliów: doceniam, że jest indeks nazwisk/wytwórni, ale żałuję, że nie ma indeksu filmów. I że w polskim wydaniu przy pierwszym użyciu tytułu tłumaczonego nie podawano w nawiasie oryginalnego.

***

Największym problemem „Oscarowych wojen” może stać się dotarcie do licznej grupy docelowej. Ja zdecydowanie odnalazłam się w tej lekturze, ale pewnie przynajmniej w części dlatego, że to coś idealnie dla mnie – osoby od lat zainteresowanej przemysłem filmowym i „starym kinem”, ale niezajmującej się zawodowo historią Hollywood. Profesjonaliści i profesjonalistki te wszystkie konteksty, konflikty, przemiany zapewne już znają, często głębiej, podobnie jak złożone czynniki, które decydują o nagrodach. Z kolei osoby traktujące Oscary w kategoriach corocznych bieżących rekomendacji filmowych czy pokazu czerwonodywanowej mody mogą nie znaleźć w sobie motywacji do przedzierania się przez opowieść tak obszerną i gęstą. Mam jednak nadzieję, że pierwsza grupa mimo posiadanej wiedzy da się porwać samej ciekawie skonstruowanej narracji, a druga zada sobie trud, by wiedzę zdobyć. Szkoda byłoby tę książkę przegapić, skoro „oscarowe wojny” doczekały się godnego korespondenta.
Michael Schulman: „Oscarowe wojny. Historia Hollywood pisana złotem, potem i łzami”. Przeł. Jan Dzierzgowski. Wydawnictwo Marginesy. Warszawa 2024.