ISSN 2658-1086
Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Janusz Paliwoda, Włodzimierz Kowalewski,

SKUPIENIE ABSOLUTNE

A A A
Z Włodzimierzem Kowalewskim rozmawia Janusz Paliwoda
Janusz Paliwoda: Dlaczego pisanie „Excentryków” zajęło Panu aż siedem lat? Stworzył Pan coś w międzyczasie?

Włodzimierz Kowalewski: Napisałem kilka opowiadań, jakby z rozpędu, zaraz po ukończeniu „Bóg zapłacz!”. „Excentrycy” to realizacja mojego zamiaru stworzenia utworu o człowieku szczęśliwym, jakby na przekór innym współczesnym bohaterom literackim. Pisałem długo, z kilkuletnią przerwą. Nie potrafię siadać do stołu i niezależnie od nastroju bębnić w klawiaturę dziesięć stron dziennie. Do stworzenia powieści potrzebny jest przede wszystkim stan, który nazwałbym „skupieniem absolutnym”, poczuciem całkowitego przekonania do tego, co się chce zrobić. Żyje się wtedy sprawami bohaterów, myśli ich charakterami, powiedzonkami, dialogami, ma się wypełniony tym cały czas. Ja nie mogłem sobie pozwolić na taki luksus, musiałem przecież chodzić do pracy, miałem obowiązki, itp. Niektórzy prozaicy poświęcają na pisanie na przykład trzy godziny, regularnie, o jednej porze dnia, a potem przestawiają się, siedzą nad jakimiś dokumentami, prowadzą lekcje albo zajęcia, nawet piszą coś innego – ja tak nie mogę. No więc z trudem wielkim spłodziłem dwa pierwsze rozdziały, z niecierpliwości wydrukowałem je w „Borussi”, a potem przez kilka lat – nic, zanim nie wyjechałem na stypendium Bałtyckiego Centrum Pisarzy i Tłumaczy do Visby na Gotlandii. Genialne miejsce, otoczone murami średniowieczne miasto nad brzegiem morza, ruiny czternastowiecznych kościołów, ciepły październik, zachody słońca – i przede wszystkim totalny spokój, jakaś szczególna „cisza myśli”. Tam w ciągu miesiąca pobytu pozbierałem się do kupy, potem już robota poszła gładko, wróciłem do domu i skończyłem całość w pół roku.

J.P.: Co sprawiło Panu największą trudność? Dbałość o szczegóły dotyczące jazzu, techniki gry na instrumentach, tańca, stanów chorobowych, vauxhalla, a może kreacje bohaterów czy konstruowanie fabuły?

W.K.: Wie Pan, pisanie jakiejkolwiek powieści to w ogóle zadanie nie należące raczej do łatwych, a autor twierdzący co innego kłamie albo nieładnie sobie pogrywa z rozmówcą. W „Excentrykach” nie ma znowu aż takiej ilości szczegółów, wcale się zbyt wiele w tym względzie nie wysilałem. Znajomość jazzu nie przekracza poziomu wiedzy przeciętnego fana muzyki, do których się zaliczam, to samo ze znajomością tańców i instrumentów. Nie tańczę, na niczym nie gram, wydaje mi się, że pisałem o tym po dyletancku, ale przynajmniej zrozumiale dla czytelnika. Przecież bez sensu by było, gdybym na siłę wciskał tu jakąś potworną fachową terminologię. Trochę inaczej z samochodem, bo to moje prawdziwe doświadczenie. Dawno temu sam miałem podobnego vauxhalla, nie tak ekstrawaganckiego jak auto Fabiana, zwykły sedan, vauxhall-cresta, rocznik 1957. Wspaniały, z sześciocylindrowym silnikiem. Vagabond, którym jeździł Fabian, to była wersja cabrio tego modelu. W czasach komuny samochód nie do utrzymania, wszystkie śruby w calach, części zupełnie nieosiągalne, trzeba było dorabiać, kombinować. Musiałem sprzedać go pod koniec lat osiemdziesiątych, nie znam jego dalszych losów, może ktoś jeździ nim jako zabytkowym wozem.

J.P.: „Ekscentrycy” to utwór, jak Pan wspomniał, o człowieku szczęśliwym, a dotąd tworzył pan literaturę pesymizmu i ponuractwa, czego najlepszym przykładem jest „Bóg zapłacz!”. W Pańskiej najnowszej powieści jest sporo humoru sytuacyjnego, dowcipnych dialogów i zabawnych postaci. Dlaczego zdecydował się Pan wpuścić do swojej twórczości tyle światła?

W.K.: No bo literatura powinna grać na wielu tonach. Utarło się u nas, że literatura ambitna, a już szczególnie poezja, powinna wgniatać w ziemię ciężarem ciemnych wizji i dramatyzmem losu człowieka. Tak było zawsze, poza czasem renesansu i krótkim epizodem początku „Skamandrytów”. Postanowiłem więc złamać, albo raczej nadłamać, trochę drasnąć ten wzorzec. Napisałem zatem nieco „inną” powieść. I co? Ponieważ rzeczywiście wiele w „Excentrykach” lekkości, dowcipu, bohaterów-oryginałów o „jajcarskim” podejściu do życia, więc zaraz pojawiły się zarzuty kilku mądrych krytyków, że skoro tak, to jest to „powieść popularna”, czyli wyzbyta artystycznego ciężaru, a więc należy ją zlekceważyć. I tak kręcimy się w kółko w naszym polskim dołku, bez szansy na wyjście do świata, gryząc własny ogon.

J.P.: Bez wątpienia najśmieszniejszą postacią jest Bayerowa. Skąd wytrzasnął Pan tak barwną bohaterkę?

W.K.: Kiedyś w Toruniu mieszkałem na stancji u starszej pani, pochodzącej z dawnych „wyższych sfer” mieszczańskich, w przeciwieństwie do Bayerowej chudej i zasuszonej, ale tak samo odpalającej jednego peta od drugiego oraz, delikatnie mówiąc, bez różnicy pory dnia i nocy nieustannie „używającej” alkoholu i tubalnym głosem powtarzającej nie do końca dla mnie zrozumiałą, katastroficzną chyba, formułkę: „Jesteśmy prze!”.

J.P.: Przed Fabianem co jakiś czas wyrasta facet, który za każdym razem mówi: „W nieodległej wsi spłonęła dzwonnica, dymu nie widać”. Jak Pan wpadł na ten motyw?

W.K.: Sparodiowałem polskie filmy sensacyjne i szpiegowskie z tamtych czasów. Pałętają się w nich rozmaite podejrzane indywidua, imperialistyczni agenci, geszefciarze walutowi i tym podobni – tak sobie wyobrażano działalność różnych wrogich organizacji i tak propagandowo nakręcano atmosferę zastraszenia – poprzez niedopowiedzenia, tajemnicze fakty. Na modłę sowiecką kreowano też powszechną podejrzliwość każdego wobec każdego, co zresztą w Polsce nie bardzo wychodziło. W powieści, w taki właśnie sposób, prymitywnie, nachalnie i komicznie, tajne służby sprawdzają, czy Fabian, który przecież dopiero co przyjechał z Londynu, nie jest aby emisariuszem emigracyjnego rządu. Czy naprawdę nie jest – czy może jest – to już kwestia do uznania dla czytelnika, kwestia indywidualnej interpretacji zakończenia, będącego metaforą, gdzie trzeba bardzo uważnie czytać poszczególne słowa.

J.P.: Mimo wielu zabawnych zwrotów akcji „Excentrycy” kończą się fatalnie m.in. dla Fabiana, Modesty, jazz bandu... Biorąc pod uwagę fakt, że akcja powieści toczy się w 1957 roku, finał nie mógł być inny. A może rozważał Pan jakieś alternatywne, szczęśliwe zakończenie?

W.K.: Przecież nie kończą się fatalnie. Może dla Modesty w jakimś sensie tak, ale nie będę zdradzał, kim jest Modesta. Fabian nie umiera na serce, tak jak „mąż”, bohater liryczny „Excentryków” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej; to byłoby zbyt banalne, przeczyłoby sensowi powieści. Zostaje uratowany przez doktora Vogta, pod znanym powszechnie pseudonimem zakłada potem popularną w kraju orkiestrę, towarzyszy piosenkarzom, lansuje szlagiery, robi karierę. To wcale nie fatalny koniec. I proszę nie zapominać, że ważnym słowem zakończenia jest słowo „misja”. To słowo otwiera wnikliwemu odbiorcy zupełnie nowy kontekst całej historii, którą przeczytał.

J.P.: Brał Pan pod uwagę w ogóle inne miejsce dla akcji niż Ciechocinek?

W.K.: Skoro już mówimy o miejscu, to trzeba chyba najpierw powiedzieć o tak zwanej „pierwotnej inspiracji”, czyli o tej „pierwszej iskrze”, od której zaczyna się tworzenie czegokolwiek. Otóż mój przyjaciel, poeta Piotr Piaszczyński, opowiedział mi kiedyś historię swojego dziadka. Dziadek był oficerem w armii Andersa, po wojnie został w Anglii, jak tysiące innych. Pod koniec lat pięćdziesiątych jednak niespodziewanie wrócił do Polski, do żony, babci Piotra, którą los rzucił z Wilna do Krynicy Górskiej, gdzie pracowała jako dentystka. Dziadek miał dokładnie gdzieś PRL-owską rzeczywistość, nie wtopił się w szarą masę, nigdzie się nie zapisał, nie poszedł nigdzie do pracy. Babcia całymi dniami wierciła w zębach, zarabiając na ich oboje, a on… tańczył. Rano spacerował po uzdrowisku, a wieczorami chodził na popularne wtedy młodzieżowe „fajfy” i godzinami tańczył ze studentkami czy licealistkami, zresztą bez żadnych innych podtekstów. Mimo wieku zrobił furorę, był świetnym, rozchwytywanym tancerzem, mistrzem. Trwało to krótko, niedługo potem zmarł – niech Pan sobie wyobrazi – nagle, w lokalu, na parkiecie, tańcząc jakiegoś szaleńczego quick-stepa czy rock’n’rolla z młodą dziewczyną. A więc zupełnie jak w wierszu „Excentrycy” Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Taki jest „ekscentryk” – pierwowzór Fabiana z mojej powieści. Krynicy Górskiej nie znam, chyba nawet nigdy tam nie byłem, znam natomiast dobrze Ciechocinek, czuję duchową atmosferę tego uzdrowiska, które kiedyś było jednym z letnich salonów Warszawy, jednym z miejsc, gdzie intensywnie toczyło się życie polskiej inteligencji, dokąd przyjeżdżali i spotykali się znani ludzie – to tłumaczy taką a nie inną „lokalizację” akcji. Żadnej innej nie brałem pod uwagę, powieść od razu miała być „ciechocińska”, choć tak naprawdę miejsce ma tylko znaczenie metafory.

J.P.: Jedną z moich ulubionych scen książki jest ta, w której Wanda otwiera paczkę przysłaną przez Fabiana. Unosiła się z niej „ta szczególnie daleka, nierealna naftalinowo-mydlana woń Zachodu”. Doświadczył Pan kiedyś czegoś podobnego?

W.K.: Tak, doświadczyłem. Ja też miałem dziadka w Anglii, umarł tam w 1969 roku, w tym samym czasie, gdy dosłownie kilka ulic dalej Beatlesi nagrywali album „Abbey Road”; jest pochowany w Londynie. Był emigrantem wojennym, podobnie jak powieściowy Fabian i jak autentyczny dziadek mojego przyjaciela Piotra. Znałem Go tylko ze zdjęć, ale przez wiele lat był jakby obecny w domu. Przysyłał paczki, w ten sposób pomagał mamie i babci, którą ostatni raz widział w nocy, kiedy przyszło po niego NKWD, w 1940 roku. Więc przez te wszystkie lata był obecny właśnie przez zapach angielskich ubrań, smak grubej, twardej czekolady, rodzynek, migdałów, szelest kolorowych papierków. Dlatego wydawało mi się, że był łagodny i dobrotliwy, choć żył na innej planecie, oddalonej od PRL i od naszego Olsztynka o tysiące świetlnych lat nie do pokonania. Ale to kolejna staroświecka opowieść, jedna z tych, które dziś podobno już nikogo nie obchodzą.

J.P.: Pisząc „Excentryków”, oglądał Pan „Niewinnnych czarodziejów” Wajdy, a może czytał „Pożegnania” Dygata albo dzieła Tyrmanda czy Konwickiego? Ci twórcy są najczęściej wymieniani przez recenzentów wśród źródeł Pana inspiracji...

W.K.: Czytałem, oglądałem, choć niekoniecznie w trakcie pisania „Excentryków”. Ale gdybym już miał mówić o konkretnych literackich inspiracjach, to nie będą to ani filmy, ani powieści, tylko dwa wiersze: jazzowi „Excentrycy” Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej i… „Potęga smaku” Zbigniewa Herberta.

J.P.: Dziękuję za rozmowę.