Wydanie bieżące

1 grudnia 23 (95) / 2007

Martyna Markowska, Anna Klamecka,

PIĘĆ OPOWIEŚCI

A A A
Z teczek i archiwów: O „Czasie czerwonych gór” Petry Hulovej rozmawiają Anna Klamecka i Martyna Markowska
A.K.: „Czas Czerwonych Gór” Hulovej to dla mnie opowieść o słabości, a właściwie pięć odsłon niemal identycznej opowieści, której narratorkami są kobiety pochodzące bądź żyjące w rejonie mongolskich stepów.

M.M: Tak, a mówiąc językiem powieści: o kobietach z „bacgańskiego somonu”. Gdybym miała przygotować reklamowe slogany dla książki Hulovej, napisałabym tak: powieść czeskiej autorki o Mongolii, a właściwie o mongolskich kobietach. Na pozór hermetyczna i egzotyczna. Trochę saga, trochę manifest feministyczny w nieznanej scenerii. Hermetyzm rzuca się w oczy już po lekturze kilku pierwszych stron, kiedy napotykamy na szereg słów, do których rozpoznania przydałby się nam słownik: owo, guandz, ger, itp… Hulova daje nam sążnistą lekcję etnologii…

A.K.: We mnie powodowało to odczucie pewnego rodzaju nieszczerości. Nie domagam się oczywiście szeroko rozumianego literackiego realizmu, ale pozostaje kwestia wierności doświadczeń. Kobiety opisane prze Hulovą są bardzo europejskie…

M.M.: Tak, zwłaszcza, że znajomość mongolskich realiów wśród polskich czytelników nie jest chyba imponująca… Trudno nam więc ocenić, jak dalece fabuła „Czasu Czerwonych Gór” mogłaby być typowa dla życia setek tysięcy Mongołek.

A.K.: Między innymi dlatego tekst nie należy z pewnością do grupy „przyjaznych odbiorcy”. Głębszy problem tkwi jednak w formule narracji – stopniowo, opornie układa się ona w spójną całość i dopiero finał lektury gwarantuje „czytelniczą satysfakcję”. Wydaje się, że Hulova bardziej nastawiła się na „proces”, poprzez dynamikę tekstu chce podtrzymać złudzenie bezpośredniego uczestnictwa w opowieści.

M.M: I w tym budowaniu napięcia, w podtrzymywaniu dynamiki tekstu, należy Hulovej oddać sprawiedliwość. Nieznajomość mongolskich realiów schodzi na dalszy plan, a na pierwszym wyłania się historia bohaterek, a właściwie historie, bo jak wspomniałaś, jest ich pięć. Historie soczyste i ułożone nieco na zasadzie kontrastu barw: spowite piaskową, stepową szarością losy kobiet żyjących w gerze mongolskim oraz malowane jaskrawymi farbami, a głównie krwistą czerwienią życie w stolicy Mongolii.

A.K.: Zaskoczyła mnie konstrukcja postaci – imię bohaterki rozpoczynającej narrację poznajemy dopiero w relacjach bliskich jej kobiet, które zabierają głos w dalszej części powieści. Sprawia to wrażenie, jakby kobiety nie identyfikowały się ze swoim imieniem – z wyjątkiem matki (Alta) oraz młodej Dolgormy. Czy ten brak jednoznacznie określonej tożsamości mógłby oznaczać, że mamy do czynienia z pewnego rodzaju every(wo)man?

M.M.: Mam wrażenie, że wszystkie imiona oprócz Dolgormy są nieważne, nadane przez przypadek. Dolgorma natomiast funkcjonuje w rodzinie Dzai jako synonim siły, rodowej tradycji i mądrości. To imię powtarza się z czcią, wielokrotnie, a potem należy z rozwagą nadać je kolejnym przychodzącym na świat córkom.

A.K.: Taką rozwagą nie kieruje się Dzaja, nadając imię babki swojej córce… Rodzina odbiera ten gest jako upokarzający. Historie kobiet z Czerwonych Gór mogą zostać uznane za banalne, odtwarzające znane już schematy, poraża jednak ich styl – przesiąknięty bezsilnością, rezygnacją, bierną akceptacją każdego dotykającego je zdarzenia. Kobiety żyją wbrew sobie, wbrew swoim aspiracjom, zmuszone do akceptacji istniejącego porządku społecznego i kulturowego. Porażająca jest łatwość, z jaką Dzaja zgadza się na pierwsze kontakty seksualne (jak się później okaże, jeden z nich miał charakter kazirodczy). Próba zmiany statusu społecznego równoznaczna jest z koniecznością wyrzeczenia się rodziny. Granica między stepem a Miastem okazuje się nie do przebycia dla tych członków rodziny, którzy nie chcą wyrzec się życia uświęconego przez tradycję.

M.M.: A jednak niektóre z nich próbują wydostać się z więzów tradycji obecnej w formie na poły koczowniczego trybu życia. Myślę, że bohaterki niezupełnie są zmuszone do ślepego poddania statusowi quo. Zdają sobie sprawę, że marzenie o życiu w Mieście, jak zwą Ułan-Bator, jest możliwe. Według mnie problemem staje się to, że każda z przybywających do miasta kobiet kończy w taki sam sposób. Choć też nie jestem pewna, czy w gruncie rzeczy traktują swoje życie jako porażkę. Przynajmniej wątpię w to w przypadku Nary. Dla mnie Nara jest postacią najciekawszą i zarazem najbardziej przypominającą europejskie kobiety-wampy, kobiety fatalne, szalone i wyklęte. Nara faktycznie wyrzekła się schedy po swych przodkach, ale czerpiąc ze wszystkich atutów kobiety świadomej słabości mężczyzn.

A.K.: Nara jest silna w sposób, pokusiłabym się o takie stwierdzenie, zachodni… W odróżnieniu od babki, która swą moc zawdzięcza temu, co nadprzyrodzone, Nara odnajduje moc w swojej cielesności. Jest to jednak siła niezwykle przewrotna. Podobnie jak wiele innych kobiet, które wyrwały się ze stepu, odważyły się na zmianę, skazana zostaje na „podwójne życie”, życie w kłamstwie. Gdy, oszołomione życiem w wielkim mieście, ulegają pokusom, pozostaje im sprzedaż swojego ciała. Stają się elementami jednego z najprężniej działających w Mieście mechanizmów, muszą zaakceptować jego reguły. A że są one niezwykle bezwzględne, o tym chyba nikogo nie trzeba przekonywać.

M.M: Do tego zmierzam. Hulova trochę bawi się konwencją prostytucji, co jest bardzo cenne w tej powieści. Trzy z bohaterek są uwikłane w to zjawisko i każda z nich na trzy różne sposoby: jedna staje się niewątpliwie ofiarą, druga – moim zdaniem uosabia „krwiopijcze oblicze kapitalizmu” wyzyskującego w największym stopniu właśnie kobiety, niezależnie od tego, czy wyzysk ów ma dotknąć członkinie rodziny. Z kolei trzecią z tych kobiet jest właśnie Nara. Takich niejednoznacznych kwestii, poplątanych relacji psychologicznych i społecznych, odnajdujemy w tekście Hulovej mnóstwo, choćby skomplikowaną rolę mężczyzn! Jednak każdemu z tych problemów można poświęcić osobne stronice i osobne rozmowy, na dodatek o wiele dłuższe. Zachęcamy?

A.K.: Generalnie moja ocena jest pozytywna, choć nie ukrywam, iż jest to lektura dla wytrwałych czytelników…
Petra Hulova: „Czas Czerwonych Gór”. Przeł. Dorota Dobrew. Wydawnictwo WAB. Warszawa 2007.